***
Do opowiadania dochodzi kolejna postać, którą znaleźć możecie w zakładce 'Bohaterowie' :)
***
Wylądowałam przed piwnicą Jeffa. Bałam się tam wejść po tym wszystkim. Z drugiej strony chciałam. Bijąc się z myślami postanowiłam, że wejdę.Założyłam kurtkę.
Zajrzałam do środka, nikogo nie było. Wzięłam swoją torbę i ubrania. Zmierzałam ku wyjścia, gdy nagle ktoś złapał mnie za rękę.Obejrzałam się i ujrzałam go. Stał zakrwawiony ze łzami w oczach.
-Zostawiasz mnie?- Zapytał po chwili.
-Zostaw mnie, jeszcze coś Ci zrobię.- Wyszarpnęłam swoją rękę i skierowałam się do wyjścia.
-Ale Eme, zaczekaj. Znaleźliśmy wyjście z całej tej chorej sytuacji.. Możemy Ci pomóc..- Odparł Jeff załamując głos co chwilę.
-A może dobrze jest tak jak jest?! Może mi się podoba?! - Odkrzyknęłam. Prawdą było, że bałam się tego. Bałam się moich skrzydeł. Już nie będę normalną osobą, no nie? Chcę być normalna!
-Cz..Czyli chcesz mnie nienawidzić? A co z tym co było między nami co?! To też pójdzie na marne?!- Dodał Jeff powstrzymując łzy. Bolało go to. Widać było po nim, że moje słowa trafiły prosto w te skamieniałe serce i rozbiły skorupę. Jeff znów był normalny? Oj chyba nie..
Spojrzałam na niego. Był zły. To znaczy, że nie rozbiłam jego skorupy, tylko go zdenerwowałam. Wybiegłam z piwnicy już gotowa do odejścia. On wybiegł za mną z uśmiechem.
-Nie tak prędko aniołku.- Odparł śmiejąc się i patrząc psychopatycznym wzrokiem.
Położyłam torbę na ziemi i zdjęłam kurtkę. We mnie też coś pękło. Byłam znów gotowa go zabić. Wymachiwałam skrzydłami, by wiedział, że nie jestem słaba. On jednak wyciągnął nóż. Mówił poważnie?
W jednej chwili rzucił się na mnie, gdy byłam zdezorientowana. Przyłożył mi nóż do gardła i wiedziałam że zaraz wykona ostateczny ruch. Odpuściłam. Nagle moje skrzydła zniknęły. Leżałam nieruchomo. Nie szarpałam się.
-Jesteś łatwiejsza niż mi się zdawało. HAHAHAHA- Zaczął śmiać się Jeff. Siedział na mnie i patrzył mi w oczy. One wróciły do naturalnego koloru. To było dziwne.
Byłam gotowa umrzeć. Nie chcę już tu być. Jako człowiek miałam swoje własne zasady. A teraz? Nic. Totalnie nic. Czekając na koniec mojego nędznego życia wypuściłam tlen. W końcu i tak mnie zabije..
-Hahahaha, nie dziwię się, że Ojciec Cię tak szybko brał hahahahaha. Łatwa jesteś. Naprawdę. Może zanim Cię zabiję, sam wypróbuję.- Dodał Jeff odkładając nóż. Zaczął rozpinać spodnie.
Łapiąc oddech powstrzymywałam płacz. Najpierw ojciec.. Teraz on? Czy ja naprawdę nie będę żyła w spokoju?
On śmiał się w niebo głosy. Zaczął zdejmować mi koszulkę. Odwróciłam wzrok by na to nie patrzeć.On po chwili przestał. Patrzył na mnie zaszokowany. Po moim policzku łzy bawiły się w wyścigi. Jedna ścigała się z drugą a za nimi kolejne.
Otarł je szybko, zdjął swoją bluzę. Zamknęłam oczy zaciskając je mocno. Jednak nie. Nie wydarzyło się to co najgorsze może wydarzyć się dziewczynie.On zszedł ze mnie. Podał mi bluzę pomagając założyć. Spojrzałam na niego jak na skończonego idiotę.
-Ty kretynie! Nienawidzę Cię.! - Krzyczałam szarpiąc go.
-E..Eme ja nie chciałem. J..Ja nie wiem c...co się właściwie stało..- Tłumaczył łapiąc mnie za nadgarstki. Naplułam mu na twarz.Dla mnie był już skończony.
-Zostaw mnie! Słyszysz?! Zostaw w spokoju! Zapomnij!- Krzyczałam na niego. On siedział i patrzył na mnie jakby nie rozumiał. Nadal mnie trzymał mocniej naciskając.-Puszczaj! - Dodałam.
Nic nie pomagało. On miał łzy w oczach, ja już płakałam. Wreszcie padłam z sił. On mnie puścił. Wstałam, założyłam kurtkę w razie czego i zawieszając torbę na ramieniu pobiegłam w stronę swojego domu.
Nie odwracałam się. Gdyby biegł za mną, usłyszałabym jego kroki.
***
Dobiegłam. Wbiegłam do domu i powędrowałam na górę. Oczywiście mój pokój był przecież spalony. To nic. Weszłam do środka. Zamknęłam drzwi i usiadłam w kącie. Wyciągnęłam nóż. Cięłam nowe rany. Coraz głębsze. Takie, które pomogłyby mi się stąd wynieść w końcu!
Patrzyłam na moją krew. Była taka piękna. Ten odcień.. Taki ciemny. Lubiłam ciemne kolory.
Nagle do pokoju wbiegł Jack. Eyeless Jack.
-Eme? Co Ty znowu wyprawiasz?!- Zaczął podbiegając do mnie. Rozerwał kawałek swojej bluzy i obwiązał mi ranę. Siedziałam skulona i płakałam.
-Zostaw mnie! Wszyscy się odwalcie! Było dobrze, jak was nie było!- Krzyczałam.
-Ale Eme.. Posłuchaj. To dzięki nam, Twój ojciec jest już w Hadesie. - Tłumaczył.
-Spadaj. - Odpowiedziałam krótko.
-Eme, co on Ci zrobił?- Zapytał spokojnie.
Nic nie odpowiedziałam. Do oczu napłynęła mi kolejna fala łez. Miałam ochotę to wszystko zakończyć. Przeciąć sobie gardło. Niech wszyscy patrzą, co ze mną zrobili.
-Emeli, on nie chciał. Działam zawsze najpierw robiąc, potem myśląc. Musisz mi uwierzyć. On Cię naprawdę kocha..- Tłumaczył Jeffa.
-Kłamiesz. A teraz wyjdź. Nie chcę z wami rozmawiać!
Jack wedle mojego życzenia wyszedł i już nie wrócił.
Przez cały weekend siedziałam w tym samym miejscu. Nic nie jadłam, nie piłam, nie robiłam.Po prostu siedziałam i zastanawiałam się, jak to wszystko skończyć. Z nowymi znajomymi nie utrzymywałam żadnego kontaktu.Zeszłam na dół. Chciałam wziąć butelkę wody i znów zamknąć się w pokoju. Dziwi mnie to, że przez ten czas nie przyszła mama.
Sięgnęłam do lodówki, wyjęłam wodę i poszłam na górę. Mama w tym czasie rozmawiała z kimś na progu. W połowie mojej podróży zawołała.
-Emeli, możesz zejść na chwilę?!
Zeszłam więc.
-O co chodzi?- Zapytałam ściskając butelkę wody w rękach.
-Masz gościa. - Odparła otwierając szerzej drzwi. Ujrzałam tam jakiegoś faceta.
-Witam.. My się znamy?- Odparłam zdziwiona.
-Emeli Rockbell. Miło Cię widzieć. Mogę wejść? Ja w sprawie Twojej ręki. Twój przyjaciel mnie przysłał.- Wytłumaczył.
Mama uśmiechnęła się na słowo 'przyjaciel'. Wpuściła gościa do środka. Poszłam na górę a on za mną.
Gadał coś pod nosem. Weszłam do pokoju i usiadłam w moim stałym miejscu. On zamknął drzwi i usiadł na spalonym łóżku.
-Bardzo ładny pokój.- Odparł.
-Czego chcesz?- Zapytałam wprost.
-Słyszałem, że jesteś przeklęta. Czyżby Jana tu była?- Zaczął się śmiać. Zdjął kaptur. Był kościsty! Zamiast twarzy widniała czaszka a zamiast ciała szkielet. Okropny widok.
-Ta. Coś jeszcze?- Odparłam zniechęcona rozmową z kimkolwiek o czymkolwiek.
-Twój ojciec tu leży? Widziałem go w Piekle.
-Co mnie to interesuje..- Dodałam spławiając go.
-Wiem co Ci robił. Wszyscy wiedzą. Wiemy o Tobie wszystko Emelli Rockbell.- Na te słowa wzdrygnęłam się i spojrzałam na niego.-No dziecko, pokaż te Twoje skrzydełka.- On wstał. Podszedł i kucnął przede mną.
Wstałam. Zdjęłam kurtkę. Skrzydła się nie pojawiały. On pstryknął a w jego ręku pojawiła się kosa. Zgrabnym ruchem przeciął mi bluzę i stanik nie udrożniając skóry. Nagle pojawiły się skrzydła. W pierwszej chwili się wystraszył. One szybko mnie okryły. Owy 'człowiek' zaczął sprawdzać moje łopatki. To właśnie z nich wyrosły skrzydła. Na brzegach, jakby granicach moich skrzydeł były rany. Zaczął ich dotykać. Syczałam.
-Nie boli Cię to?
-Auć. Boli. Przestań!- Krzyknęłam. W tej samej chwili moje skrzydła zrobiły ruch obronny. Zdmuchnęły tego kolesia przewracając go.
Starzec wstał, otrzepał się i mamrotał coś pod nosem.
-Mogę Ci je wyciąć.- Odparł po chwili.
-Naprawdę? Czyli będę znów normalna?-Zapytałam uradowana.
-W nocy będziesz miała bóle i dwa ślady po cięciu. A tak, to normalna..-Wytłumaczył.
-Pomyślę.-Odparłam.
-Dobrze. Jak coś, wezwij mnie. Krzyknij 3 razy ''Shadow, Shadow, Shadow'' a zjawię się.- Odpowiedział, po czym zniknął.
Stałam w pokoju całkiem sama. Sięgnęłam do szafki po nową bieliznę i bluzę. Założyłam a skrzydła zniknęły.
Właściwie nie przeszkadzały mi. Teraz nawet gdy byłam w staniku, nie pojawiały się.
Usadowiłam się znów w kącie mojego ciemnego pokoju. Zgasiłam światło i patrzyłam na ciemność. Płakałam cicho, by nikt nie słyszał..Nawet nie pamiętam kiedy zasnęłam.
Następnego dnia postanowiłam się ogarnąć. Umalowałam kosmetykami mamy, uczesałam, ubrałam i gotowa na nowy dzień- poniedziałek, zabrałam ubrania robocze i poszłam na przystanek. Poprawiłam torbę na ramieniu. Sprawdziłam wyświetlacz telefonu. Była godzina 5:15. O 5:25 miałam autobus do pracy.
Usiadłam na ławeczce. Czekałam w skupieniu rozglądając panicznie czy czasem ktoś nie idzie. Czułam na sobie czyjś wzrok. Tylko nie wiedziałam czyj.
Założyłam słuchawki i włączyłam muzykę. Akurat na kolejce była Nightcore- I Won't Give Up.
Bardzo lubiłam tą piosenkę, więc w myślach śpiewałam razem z nią.
When I look into your eyes
It's like watching the night skyOr a beautiful sunriseBut there's so much they holdAnd just like them old starsI see that you've come so farTo be right where you are
Nagle zauważyłam grupkę osób. Zamilkłam więc czekając aż przejdą, by znów pośpiewać.Na marne. Okazało się, że byli to dzielnicowi 'Zbóje'.Zasadę mieli jedną. Jeśli im podpadniesz, po Tobie.
Siedziałam więc w ciszy aż pójdą sobie z tego przystanku.W pewnej chwili gotowa byłam nawet iść na następny. Zauważyłam jednak, że podjechał samochód. Nie komentowałam, chociaż miałam ochotę.
Oni nie wsiadali. Kierowca wysiadł ,przywitał się i podeszli do mnie.
-Mała, podwieźć Cię gdzieś?- Zapytał jeden cwaniak. Milczałam. Spojrzałam na nich z ławki i znów zatopiłam się w ekranie telefonu. Oni zaczęli mieć pretensje że ich olewam. Jednak nie okazali tego.
Ten sam, który zagadał złapał mnie za ramię. Zaczął szarpać.
-Słuchaj. Albo zrobisz co Ci każemy, albo giniesz.- Odparł surowo.
-To ja wolę zginąć niż wam usługiwać.- Odpowiedziałam spokojnie. To fakt, już nic mnie tutaj nie trzyma.
Oni jednak nie cieszyli się z kolejnej ofiary to zabicia. Zaciągnęli mnie do auta. Zawiązali oczy opaską, bym czasem nie widziała gdzie jedziemy.
Po około 10 minutach byliśmy już na miejscu.A wiecie gdzie?! Oczywiści na ruinach Jeffa. Jego chyba nie było 'w domu', gdyż mimo moich krzyków, nikt mnie nie usłyszał. Szarpałam się. Bardzo dobrze znałam ten las.Jak na złość było ich 5.
Jeden z nich chwycił mnie mocno za ręce. Miałam tam świeże rany. Bolało jak cholera. Skuliłam się przy jego uścisku. Drugi z kolesi rozpiął mu rozporek. Zacisnęłam zęby. Na pewno nie!!
Piszczałam, krzyczałam. Oni ciągnęli mnie za włosy, za ubrania. Gdy już nie zgodziłam się na loda koleś zaczął mną szarpać. Krzyczałam. Bolało mnie kopanie po żebrach, zwłaszcza z każdej strony.Z drugiej strony chciałam umrzeć. Jednak liczyłam na szybką śmierć a nie męczarnie.
Po krótkiej zmowie postanowili mnie sobie przywłaszczyć. Poszli w stronę samochodu. Jeden wysoki trzymał mnie za włosy i ciągnął do samochodu. Już nie wiedziałam, czy sama się mam zabić, czy oni zrobią to za mnie.
Całkiem zapomniałam o tym staruchu, który mnie nawiedził.. Może on by mi pomógł..Chyba coś ze mną nie tak, gdyż chciałam załatwić coś sama.
W aucie oni przyłożyli mi jakąś szmatę do ust. Nie pamiętam trasy.
Przebudziłam się w jakiejś starej piwnicy. Sprzęt i wszystko były przygotowane. W rogu zauważyłam klatkę. Czy ja wyglądam na szczura? Nim zdążyłam dokładnie przyjrzeć się, gdzie właściwie jestem, oni wpakowali mnie do klatki. Całkiem jak jakąś szmatę. W podartej bluzie i majtkach. Było tu strasznie zimno. Trzęsłam się jak bym miała padaczkę. Nadal czułam na sobie wzrok, mimo, iż nikogo tu nie było. Moi 'nowi koledzy' poszli gdzieś, sama nawet nie wiem gdzie. Skuliłam się w kącie i milczałam. Nagle zorientowałam się, że jest tutaj jakiś nacięty fragment klatki. Podciągnęłam rękaw bluzy i przejechałam dość porządnie po nim. Gdy ujrzałam swoją krew- ulżyło mi..
Po chwili oni wrócili.
Ogólnie jest ich 5.
Trzech z nich wyszło, zostawiając mnie z tą dwójką, akurat najgorszą ze wszystkich całkiem samą. Zdenerwowana, gdyż nie wiedziałam co knują rozglądałam się panicznie, by w razie czego, zapamiętać chociaż fragment tego pomieszczenia. Jeden z nich otworzył klatkę.
-Kici Kici Koteczku- Zawołał drugi po czym wszedł do środka. Założył mi pasy na ręce i wyciągnął siłą ze środka. Położył na jakimś metalowym łóżku i związał.
W pewnej chwili z okolic okien dachowych usłyszałam trzask beli. Jeden poszedł zobaczyć co się dzieje a drugi zatykał mi właśnie buzię jakąś szmatą.
-Nie martw się, to nie zaboli. Dziewica?- Zapytał po chwili. Nie odpowiedziałam. Co za tuman, miałam szmatę w buzi...
Po około 20 minutach ten drugi nie wracał. Tuman poszedł sprawdzić co się dzieje, jednak wyjście z pomieszczenia przeszkodził mu Jeff wpadający właśnie z wizytą. Patrzyłam uważnie na całe to zdarzenie.
Jeff jednym ruchem noża podciął mu gardło i wyciął uśmiech na twarzy. Nie obyło się również bez dźgania w różne części ciała tego chłopaka.
Po skończonej robocie podszedł do mnie rozwiązując pasy.
-Czy ja Cię zawsze muszę ratować?- Zaśmiał się. Wziął mnie na ręce i wyszedł.
-Nie prosiłam o to.- Odparłam zbulwersowana.
-Wcale.- Odparł. Wsadził mnie na miejsce pasażera. Zapiął pasami i przykrył kocem. Sam usiadł za kierownicą. Odpalił samochód i ruszyliśmy w stronę ruin.
~/Eme ♥
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz