niedziela, 14 grudnia 2014

Rozdział 5

Dobiegłem do tego zasranego wodospadu. Stała tam grupka osób. Nieśli ciało dziewczyny o ciemnych włosach. Schowałem się za krzaczkami i obserwowałem. To Emeli! Oni zabierali ciało Emeli! O niee !!
Postanowiłem iść za nimi, by dowiedzieć się co knują.
Doszliśmy do jakiejś wioski. Nim się zorientowałem jej ciała nie miałem na widoku. Zabrali ją do jakiejś chałupy.Przeczekałem wszystko stercząc w krzakach dzikiej róży. Dla Emeli warto.
Nagle dwaj mężczyźni wynieśli jej ciało zawinięte w jakąś szmatę. O dziwo, ona się ruszała. !! Moja Emeli żyje! To jakiś cud !
Położyli ją na drewnianym stelażu nakrytym słomą. Wszyscy zgromadzili się wokół niej.Jeden facio szedł z pochodnią. Chwila, chcieli ją spalić?!
Nie za bardzo słyszałem o czym mówią, więc podszedłem bliżej.
-Spalmy tą wiedźmę!- Krzyczał jeden.
-Na stos!- Wołała jakaś kobieta.
Nim się zorientowałem, koleś z pochodnią szedł w jej kierunku. Wyciągnąłem zza bluzy nóż i zachodząc od tyłu podciąłem mu gardło. Szybkim ruchem wyciąłem mu uśmiech na twarzy. Panowie rzucili się na mnie.
-Ktoś jeszcze chce być piękny?! - Krzyczałem. Zaczęła się  sieczka. Jedna kobieta wzięła pochodnię i szła w kierunku rzekomej wiedźmy.
-Ona nie jest wiedźmą! To człowiek!- Wołałem biegnąć do tej zasranej stary bulwy. Ona mnie nie słuchała. Ci debile namotali jej w głowie, że wiedźma zrobi im prania mózgu. Podciąłem jej gardło zadeptując pochodnię w piasku. Resztę zgromadzonych też wybiłem wycinając każdemu uśmiech na twarzy.
Wspiąłem się na stelaż i zabrałem Emeli na ręce skacząc na ziemię.Zawiesiłem ją na ramię, by nie przeszkadzała mi w ucieczce.
Jacyś niedorobieni kolesie biegli za nami z włóczniami w rękach. Serio?! Właśnie wybiłem im rodzinę i przyjaciół a oni nadal mnie gonią? Żałosne.
Teleportowałem się na dziką plażę, obok tych skał, gdzie prawie pocałowałem Eme.
Ona była nieprzytomna. Bez zastanowienia zabrałem ją do domu.
Ułożyłem jej ciało na kanapie i poszedłem do sali po Slendera.
-Stary, musisz mi pomóc.- Odparłem.
-Aż dziwne, że prosisz mnie o pomoc. No dobrze, o co chodzi?- Odpowiedział mi Slender.
-Emeli, ona żyje, ale jest w ciężkim stanie. Proszę, ulecz ją. -Chwyciłem go za rękę i szarpiąc zaprowadziłem do mojej piwnicy. Gdy ją ujrzał załamał się.
-Wybacz przyjacielu, ale nie mogę jej pomóc. Nie jestem w stanie.- Odparł Slenderman znikając w korytarzu. Zły na cały świat, że nie mogę jej pomóc kopałem wszystko co było na mojej głowie.
Nagle przypomniałem sobie o zestawie lekarza. Wziąłem tą osraną walizeczkę i wyciągnąłem waciki. Polałem na nich wodą z tej małej buteleczki, tak jak robiła to Eme ze mną.
Przyłożyłem waciki do jej ran, by je obmyć. Bynajmniej tak zrobiła dziewczyna.
Zapiszczała z bólu. Znaczy że jeszcze żyje!
Wtedy przyszła Jane. Zasłoniła rękami usta nie dowierzając, że moja nowa Przyjaciółka jeszcze jest tutaj z nami.
-Możesz spadać.- Odparłem oschłym głosem.
-Pomogę Ci. Poczekaj.- Podeszła do mnie, przykucnęłam przy Eme i zaczęła owijać jej rany bandażami. Zdziwiło mnie to, że chce jej pomóc. W końcu prawie ją zabiła!
Nagle przypomniałem sobie o Jana'ie.
Odepchnąłem Jane i wziąłem Emeli na ręce. Teleportowałem się na plażę, gdzie właśnie spacerowała Jana.
Uśmiechnięty, że może kapłanka mi pomoże podszedłem do niej.
Jane również się teleportowała. Jednak schowała się, by obserwować co robię z ciałem dziewczyny.
Ułożyłem niebieskooką na piasku, zgodnie ze wskazówkami Jana'y.
-Teraz daj mi dwie złote monety.- Odparła poprawiając kapelusz.
-Nie mam.. Nic nie mówiłaś o kasie..- Powiedziałem zdziwiony. Nie przypominam sobie, by wspominała o monetach.
-Eh, no dobrze, pożyczę Ci moje.- Odpowiedziała wyciągając z kieszeni swojej spódniczki dwie złote monety. Coś mi w nich nie pasowało, jednak to kapłanka. Ona wie co robi.
-Dlaczego one mają inne symbole?- Zapytałem z ciekawości.
-To monety samego Boga. -Kłamała.-Teraz się odsuń.
Zrobiłem jak kazała. Ona zaczęła swoje modły.
-Ona chce być aniołem tak?- Zapytała przerywając wszystko.
-N..Nie wiem, Chyba tak.
-To zostanie najjaśniejszym aniołem na niebie.Jako znak, że przetrwała upadek z ponad 300 metrów.
-O..Okej.Zaczynaj.
Ona bez zastanowienia odprawiała dalej swoje modły co chwilę robiąc jakieś dziwne miny i ruchy rękami. Nagle zza skały wybiegła Jane rzucając się na Jana'e.
-Zostaw ją! Ona nie będzie kolejnym Twoim diabełkiem! Już ich wystarczy!- Krzyczała szarpiąc się z Jana'ą.
-Jeff, jeśli chcesz by ona żyła, rozchyl jej usta i włóż do nich 3 monetę.- Tłumaczyła Jana zwalając z siebie Jane.
Zrobiłem jak kazała. Odsunąłem się oślepiony białym światłem który wydalał się z Emeli. Nagle białe światło zniknęło, a z Eme wydobywał się czarny dym. Przerażony czekałem na dalszą reakcję  dziewczyny. Jana zaczęła się śmiać. Jane strzeliła jej w twarz i wbiła nóż prosto w miejsce, gdzie powinno być serce. Zrzuciła z niej pelerynę.
Ku moim oczom Jane wyrosły dwa czarne skrzydła. Zaczęła się bitwa dziewczyn.
Nożowniczka vs  Anielica.
Podbiegłem do Emeli trząsając ją, by się przebudziła. Ona otworzyła oczy. Jednak coś z nimi było nie tak. Zamiast tego promiennego niebieskiego blasku ujrzałem czarne jak smoła tęczówki. Odsunąłem się zdziwiony.
-Zdejmuj jej bluzę! Słyszysz?! Zdejmij!- Krzyczała do mnie Jane rozcinając Anielicy  gardło. Zamiast krwi, z Jana'y wydobywała się czarna maź. Zaszokowany podbiegłem do Eme i zdjąłem jej bluzę. Nim się zorientowałem, miała dwa skrzydła. Białe i czarne. Przerażony padłem na piasek próbując poukładać sobie to wszystko w głowie.
Emeli w mgnieniu oka rzuciła się na Jane powalając ją na ziemię. Miała niesamowitą siłę. Jana padła martwa.
Nowa Anielica wzniosła się do nieba, i wymachując skrzydłami rzuciła na Jane falę powietrzną, co powaliło ją martwą. Nie mogłem uwierzyć w to wszystko. Podbiegłem do Jane i i teleportowałem ją do sali,  by nic więcej jej się nie stało. Zostałem sam na sam z Emeli.
-Emeli,Ty żyjesz.- Podbiegłem do niej przytulając się gdy tylko wylądowała.
Ona mnie odepchnęła dając mi w twarz.
-Nienawidzę Cie. Musisz zniknąć z powierzchni ziemi. Jesteś zerem.- Mówiła do mnie spokojnym głosem. Patrzyła na mnie jak na największego wroga.
-Co? Eme co Ty wygadujesz?! To ja, Jeff.- Tłumaczyłem bezbronny.
-Jeff? - Odezwała się znów.
-Tak, Jeff. Mieszkamy razem przecież. Leżeliśmy obok siebie. Kilka razy. Nie pamiętasz?- Wspominałem.
Nagle jakby w jej głowie pojawiła się jedna myśl. ' Zabić Jeff'a '.

***
Wracamy do punktu myślenia Eme ;3
***
Kłóciłam się z myślami. Z jednej strony miałam ochotę rzucić mu się na szyję i przytulić. Z drugiej chciałam go zabić. Przewyższyła jednak ta druga strona i rzuciłam się na niego z nienawiścią.
Niezbyt umiem posługiwać się nową bronią, jaką są skrzydła. W końcu w jednej chwili z człowieka, stałam się aniołem.
Szarpałam Jeff'a a on zdezorientowany nawet się nie bronił. Już prawie miałam go zabić, gdy nagle moja 'dobra' strona powiedziała 'NIE, DOŚĆ, NIE TERAZ'
Odsunęłam się od niego i uniosłam w górę.
-Eme, wracajmy do domu.- Odparł Jeff podnosząc się z ziemi i patrząc na mnie.
W tej chwili jak i w każdej innej nienawidziłam go.
Ze wszystkimi miałam te same relacje. Tylko Jeff'a zaczęłam nienawidzić. Może dlatego, że Jana przekręciła modlitwy? Właściwie, kto to Jana?
Nim się zorientowałam Jeff teleportował nas do siebie. Podał mi bluzę, bym zakryła skrzydła. Założyłam i poszłam przywitać się ze zgromadzonymi. Zdjęłam te tandetne bandaże, w końcu nic mi już nie było.
Podeszłam do L. Jack'a i go przytuliłam. To samo zrobiłam z Toby'im i E. Jack'iem.
Slender był bardzo zdziwiony moim zachowaniem, gdyż jego też przytuliłam.
-Emeli jak się czujesz? -Zapytał zszokowany. Dobrą godzinę temu umierałam!
-Wspaniale, dziękuję że pytasz Slendi.- Odparłam z uśmiechem.
Slenderman spojrzał na Jeffa. Powędrowałam za jego wzrokiem i rzuciłam zwykłe 'Dupek'
Jeff podszedł do nas a ja strzeliłam mu w twarz.
Widać bolało go moje zachowanie, bo milczał. Znosił wszystko i milczał.
Zaczęłam go szarpać i tarmosić nim. Rzucałam o wszystkie ściany a w pewnej chwili zaczęłam go dusić.
Nie panowałam nad tym. To te skrzydła!
Tylko że to dzięki nim żyję..
Slenderman rozdzielił mnie i Jeff'a. Postanowił, że będę spać dziś u niego, a Jeff u siebie. Może jakoś to pomoże.
Poszłam więc za Slenderem do jego mieszkania.
Było bardzo ładnie ustrojone. Tak przyjemnie.
-Mogę się przespać?- Zapytałam.
-Oczywiście.- Odparł Slender wskazując mi wolne łóżko.Od razu się położyłam i usnęłam.

*Z punktu widzenia Jeff'a*
Bolało mnie to,jak ona mnie traktuje. Przecież to nie moja wina, że spadła. Chciałem ją uratować.
Poszedłem do swojej piwnicy i zażenowany całym tym zdarzeniem usiadłem na kanapie. Schowałem ręce w dłoniach, by przez chwilę móc pomyśleć.Nagle przyszedł E.Jack.
-Co jest z Eme? Dziwnie się zachowuje. I te oczy. Coś się stało?- Dopytywał.
Nagle wparowała Jane, cała zdyszana i zakrwawiona.
-Jeff, musimy ratować Emeli. Jana to posłaniec Szatana. Łapie ofiary i zamienia w demony obierając im jakiś cel do morderstwa. Jeśli im się to uda, zostaną diabłami. Jeśli też ma kaprys zabija swoje ofiary odsyłając ich dusze do piekła, gdzie Szatan się nimi bawi. Jeśli Eme Cię zabije, zostanie demonem.- Wytłumaczyła. Jack stał wryty ale już miał pomysł.
-Czekaj, jak to My? Gdyby nie Ty, nic by się takiego nie stało. Nie chcę byś się wtrącała.- Odparłem wstając z miejsca. Popatrzyłam na Jane z pogardą.
-Ale Jeff. Pzyznaję, byłam zazdrosna. To nie moja wina, że czytam w myślach!
-Ej ej, spokojnie koty. Mam pomysł.- Odparł Jack rozdzielając nas.-Co powiecie na rozdzielenie i stopniowe przypominanie Eme, kto to dla niej Jeff.
-A może niech mnie zabije? Ja nie wytrzymam bez niej! Ale przyznam, zrobiła się strasznie silna.-Wziąłem głęboki wdech.
-Właśnie. Jeff jesteś nam potrzebny. Chcesz żeby dziewczyna zajęła Twoje miejsce? Żeby to ona była z nas wszystkich najlepsza? Bo coś mi się nie wydaje.-Dodał Jack.
-Co? Nie pozwolę się wygryźć. Więc co mam robić?- Odparłem.
-Plan jest taki. Będziemy stopniowo przypominać Emeli, kim był dla niej Jeff. I powoli ich do siebie zbliżać. To jedyne wyjście, by wróciło wszystko do normy. Teraz tylko od niej zależy, czy będzie chciała wrócić do nas.- Wytłumaczył.
-Chodźmy już teraz! - Krzyknąłem podekscytowany tym szalonym pomysłem.
Jane, Jack i ja poszliśmy do sali pytając Slendera gdzie Emeli.
-Śpi u mnie w pokoju.Nie zróbcie bałaganu.- Odpowiedział pokazując korytarz prowadzący do jego mieszkania.
We trójkę weszliśmy do pokoju. Emeli od razu wstała. Schowałem się za przyjaciół.
-O witajcie. O co chodzi?- Odparła z fałszywym uśmiechem na twarzy.
-Chodzi o Jeffa.- Odparła Jane.

*Wracamy do punktu widzenia Emeli*
Gdy usłyszałam, po co oni tutaj przyszli, mina mi zrzedła.
-Chyba nie mamy o czym gadać.- Odpowiedziałam powstrzymując złość. Właściwie nie wiem czemu go tak nienawidziłam. To wina tej dziewczyny. To ona coś namieszała.
-Emeli posłuchaj. Uspokój się, to po pierwsze. - Odparła Jane podchodząc do mnie. Usiadła obok i zaczęła tłumaczyć całe to zamieszanie z Jana'ą.
Jack stał nadal w tym samym miejscu coś ukrywając. Nagle zauważyłam, że zanim jest ktoś jeszcze. Szybko wstałam. Okazało się, że to Jeff. Od razu się na niego rzuciłam. Zaczęłam go okładać pięściami, a on się nawet nie bronił. Zaszokowało mnie to. Bo przecież język, w jakim swoje modły odprawiała Jana, wnioskował, że Jeff to zawodowy morderca, którego trzeba się pozbyć. A on ma taką słabą obronę? Dlaczego więc mnie nie atakuje?
-Emeli, jemu  na Tobie zależy. On da się zabić, byle byś była bezpieczna. - Wytłumaczył Jack zdejmując mnie z niego. Jane pomogła mu wstać. On otarł swoją twarz z krwi.Podszedł do mnie. Jack nadal mnie trzymał zwiększając nacisk.
-Puść  ją. Najwyżej mnie zabije.- Odparł Jeff. Jack spełnił jego prośbę.
Jane była czujna, wiedziała, że jeśli zabiję Jeffa, stanę się zagrożeniem dla wszystkich. W końcu po spełnieniu zadania, dostanę następne. Kto będzie następny?
O dziwo stałam spokojna. Jeff podszedł, popatrzył na mnie.
-Gdzie ta niebieskooka Emeli, która pokazała mi jak używać apteczki? Gdzie ta dziewczyna, która strasznie bała się swojego domu? Obroniłem Cię, pamiętasz?- Mówił. Milczałam, w środku kłóciłam się ze sobą. Kto ma rację? Jana, która tak strasznie namieszała mi w głowie? Czy Jeff, opowiadający wszystko, co zdążyliśmy razem zrobić? On kontynuował.- Gdzie do cholery dziewczyna, której udało się skraść moje serce?! No pytam się, gdzie?!-Zaczął mną trząść. Stałam bez ruchu. Coś pękło...
Czy on powiedział 'skradła moje serce' ?!
To niemożliwe.
Wszystko znów wróciło, jednak z mniejsza siłą. Rzuciłam się na niego dusząc go. Jeff znów się nie bronił. Był gotowy umrzeć.Puściłam go. Zdjęłam bluzę i wybiegłam z domu. Pofrunęłam w górę. Te skrzydła są straszne. Ciężko mi było utrzymać równowagę. Trzęsłam się na wszystkie strony.
W pewnej chwili zabolało mnie ramie. Nim zdążyłam zobaczyć dlaczego, zabolało mnie drugie ramie. To strzały. Dwie strzały. Dostałam. Spadam w dół. Znów spadam. To się nie skończy prawda?
-Wyciągnęłam strzały i popatrzyłam na ich właściciela. Stałam zakrywając się skrzydłami. Były jak moja tarcza. Nic się przez nie nie przebije. W pewnej chwili jednym trzepotem zdmuchnęłam go z ziemi. Wylądował kilkanaście metrów dalej.
Znów poszybowałam w górę osłabiona. Wylądowałam na dachu jednego z większych budynków miasta. Obserwowałam wszystko i wszystkich zadając sobie to najważniejsze pytanie.
-I co teraz?.




~/Eme ♥

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz