poniedziałek, 29 grudnia 2014

Rozdział 7

Jeff zaparkował kawałek przed lasem. Wysiadł i zaszedł mnie od drzwi pasażerskich. Przez całą drogę milczeliśmy.Otworzył mi drzwi, ja w tym czasie zdarłam z siebie koc i odpięłam pas. Wysiadłam osłabiona. Pobita i zmęczona powędrowałam w stronę mojego domu.
Jeff podbiegł do mnie, złapał za rękę delikatnie.
-Zostań u mnie.- Odparł patrząc mi w oczy.
-Tylko dziś. -Dodałam, idąc w przeciwnym kierunku.
On szedł za mną łapiąc mnie co chwilę. Byłam strasznie słaba.
-Może Cię zaniosę?- Zapytał w połowie drogi.
-Dam radę sama.- Odparłam oschle i poszłam do przodu.
On jednak nie odpuścił. Zaszedł mnie od tyłu. Wziął na ręce i jak pannę młodą zaniósł do piwnicy. Tam posadził mnie na kanapie, sam natomiast krzątał się w kuchni, by przygotować mi coś  do zjedzenia.Przez cały ten czas mnie obserwował, więc wiedział doskonale co robiłam.
-Jeff nie mam się w co ubrać..- Odparłam po chwili orientując się, iż ubrania mam w domu.
-Przyniosę Ci moją bluzę. Albo Sally z Jane Ci coś pożyczą. Zaczekaj.
Nim się zorientowałam Jeff zniknął w korytarzu. Podniosłam się więc. Ujrzałam na ziemi apteczkę. Przypomniałam sobie po chwili wszystko. Wszystko co Jeff dla mnie zrobił. To jak się starał.
-Shadow Shadow Shadow.- Odpowiedziałam. Nim dobrze się rozejrzałam starzec był już przede mną.
-Połóż się na plecach, zaciśnij ręce i szczękę. Może zaboleć.- Odparł poprawiając płaszcz. Zrobiłam wedle jego życzenia.
Nagle wszedł Jeff razem z Sally i Jane
-Ej, co Ty jej robisz Stary? Zostaw i się odsuń!- Krzyknął podbiegając i szarpiąc Shadow'a.
-Jeffrey Woods. -Odparł Starzec odpychając od siebie mleczno-skórego  chłopaka i poprawiając płaszcz.- Jestem tu w celach roboczych. Twoja Dziewczyna poprosiła mnie o pozbycie się skrzydeł. Chyba chce do was wrócić.
Na słowa ''Twoja Dziewczyna'' Jeff jak i również ja zarumieniliśmy się. Spojrzeliśmy po sobie. Jeffrey się uśmiechnął a ja zagryzłam wargę i odwróciłam głowę.
-Więc on Ci wytnie skrzydła?- Zapytał Jeff kierując swe pytanie w moją stronę.
-Raczej tak. -Odparłam.
-To my znajdziemy Ci coś do ubrania.- Palnęła Jane szarpiąc Sally za rękę, by też się odezwała. Ta jakby była nieobecna.
-T..Tak. O..Ok. Poszukam. - Syknęła wychodząc. Za nią wyszła Jane.
-A ja zostanę.- Zagabnął Jeff.
-Wyjdź chłopcze. - Odparł Shadow wyrzucając go z pomieszczenia.
Od razu zabrał się do roboty. Odsunął się i rozciął bluzę na plecach. Skrzydła się ujawniły.
-Aby na pewno chcesz się ich pozbyć? Taki okaz. Czarno-Białe skrzydła to rzadkość i to baaardzo wielka. Jesteś pierwszą osobą, jaką widzę z takimi skrzydłami.
-Wytnij. - Odparłam stanowczo.
-Wiesz, one mogą Ci się bardzo przydać. Mogę pomajsterkować tak, że będą jak na życzenie. Dużo Ci moją dać, a co najważniejsze lata życia.
-Tyle że ja nie chcę żyć, nie rozumiesz?- Odparłam.
-Dlaczego się nie zabijesz?- Zapytał.
-Boję się. - Wytłumaczyłam chowając głowę w poduszkę.
-Oj, Maleńka, Maleńka, Ty jeszcze mało wiesz o życiu.
-Nie mów tak do mnie.
-Młodziutka Młodziutka lepsze?- Zaśmiał się.
-Nie jestem aż taka młoda, poza tym jestem już dorosła.- Nafuczyłam się.
-W porównaniu do mnie jesteś smarkaczem jakich mało.- Znów się zaśmiał.
-Tak? To ile masz lat?- Zapytałam.
Shadow spoważniał, ale odpowiedział.
-Około 500 lat. Nie pamiętam, nie liczę już.
Milczałam nie dowierzając jego słowom.
-Trudno uwierzyć prawda? - On chyba był w dobrym humorze bo co chwilę się śmiał.
-No dobra, to mi je 'zaczaruj'..- Dodałam.
Shadow zaczął swoje modły. Dosłownie jak Jana, tyle że jego brzmiały całkiem inaczej. Nic z tego nie rozumiałam. To był jakiś inny język..
-Na jakie słowo mają reagować?- Zapytał po chwili.
-To jest coś jak hipnoza? - Odpowiedziałam pytaniem.
-Powiedzmy. Na jakie słowo mają się pojawiać? A na jakie znikać?- Znów zapytał. - Mam dwa słowa, na które reagują moje skrzydła.
Po chwili przerwał modły.
-Pokażę Ci moje skrzydła.- Odparł.- 'Shikoni' - Dodał. Z jego kręgosłupa wyrosły dwa czarne skrzydła.-A teraz się ich pozbędę.
-'Edin' - Odparł a jego skrzydła zniknęły.
-Woooow ja też tak chcę. Też te słowa.- Odparłam zaszokowana.
-No dobrze. -Odpowiedział Shadow zaczynając modły od początku. Trochę śmiesznie, bo gdy mówił te słowa, pojawiały się i znikały jego skrzydła.

Minęła godzina. Trochę jęczałam z bólu.. Shadow wbijał mi kosę w plecy. No, ale już jest po wszystkim. Położyłam się spać, gdyż byłam strasznie zmęczona. Shadow podał mi z szafki jakąś bluzę Jeff'a, bym mogła się czymś okryć.
Starzec poszedł do reszty moich znajomych, by z nimi pogadać.  Jeff od razu zjawił się w piwnicy. Sprawdził co robię, a gdy zorientował się, że śpię położył się za mną obejmując ramieniem.
Nie spał, bo nie może ze względu na to jak wygląda. Co jakiś czas sapałam przez sen a Jeff w tym czasie pochylał się nade mną i sprawdzał czy nadal śpię. W pewnej chwili pocałował mnie w czoło.
-Nic Ci nie grozi. Cii.. Śpij Aniołku.-Szepnął mi do ucha wtulając się w moją szyję. Byłam owinięta bandażami jak i jego bluzą. Nie miałam jej założonej, po prostu byłam nią przykryta. Nie miałam koca ani pościeli, tylko bluzę.
Jeff otarł ręką po moim udzie. Miał szorstkie ręce. Dostałam gęsiej skórki. Ocierał dalej delikatnie muskając ręką o nogę. Co jakiś czas całował mnie po ramieniu.
W drzwiach oddzielający korytarz, prowadzący do sali a piwnicę zamieszkaną przez Jeff'a stanął Laughing Jack.
-Ja to bym już zamoczył.- Odparł z uśmiechem na twarzy.
-Nie jestem Tobą.- Syknął Jeff odklejając się ode mnie. Zrobiło mi się zimno, więc się przebudziłam.
Rozglądałam się po piwnicy. Za mną siedział Jeff i wpatrywał się w moje ciało. Jack również patrzył jak zaczarowany.
Nim się zorientowałam, że Shadow zrobił mi psikusa i zamiast kulturalnie zapiąć mi stanik, zostawił odpięty. Ten zsunął się podczas gdy się podniosłam jak i również bluza Jeffa.
Wpatrywałam się w dwóch panów zalanych rumieńcami. Sama też spaliłam buraka.
Nim zdążyłam zasłonić piersi bluzą, zza Jack'a wyszedł Toby.
-Ulala.- Zaśmiał się.- Ale macie widoki..- Dodał także wpatrując się w moją osobę.
Jeff szybko zareagował. Usiadł przede mną i zasłonił mnie.Szepnął coś w stylu 'Ubierz się' a sam zabijał wzrokiem chłopaków.
-Wypad! Już! - Krzyknął. Ja w  tym czasie zakładałam bluzę. Gdy Jeff zauważył, że jestem w cenzuralnej strefie wstał i wyprowadził zaciekawionych gapiów. Toby wychodząc dodał, iż mam 'fajne balony', jednak to zignorowałam. Zauważyłam, że Jeff się rumienił jak i również ja.
Na pewno na sali zaczną się plotki na mój temat, bo to normalne. Taką informacją trzeba się podzielić.
-Eme.. Jesteś zmęczona?- Zapytał Jeff po chwili ciszy.
-Nie już nie..- Dodałam oschle.
-Nadal mnie nienawidzisz? - Znów zapytał lekko załamany. Podszedł do mnie i usiadł obok. Cały czas patrzył mi w oczy.
To zadziwiające. Jest jedyną osobą jaką znam, która podczas rozmowy ze mną, patrzy mi w oczy. No i jedyną też osobą której tak strasznie na mnie zależy.
Dla mnie Jeff był jak przyjaciel. Szczerze? Na razie nie chcę z nim być. Boję się, że wszystko się zepsuje.
-Nie.- Dodałam pod nosem. Ku mojemu zdziwieniu on od razu się na mnie rzucił. Przytulił mnie i ściskał. Byłam zaszokowana jego zachowaniem.-Bo mnie udusisz zaraz noo... - Dodałam odklejając się od niego.
On jednak przysunął się i delikatnie mnie przytulił. Tak to ja mogę się przytulać. Odwzajemniłam uścisk.

***
Następnego dnia wstałam, rozciągnęłam się i rozejrzałam po piwnicy. Miałam na sobie czarne majtki i białą bluzę Jeff'a. Dziwi mnie ile on ich ma. Spojrzałam na chłopaka. Leżał wtulony we mnie i patrzył na mnie, co robię. Uśmiechnął się do mnie, jak i również ja do niego.
-Dzień Dobry Aniołku :)
-Dzień Dobry Diabełku, hah - Zaśmiałam się.
-Wiesz, jesteśmy jak yin i yang.- Odparł Jeff.
-Czemu tak uważasz?- Zapytałam zaszokowana.
-Przecież przeciwieństwa się przyciągają no nie? - Wytłumaczył. Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Położył się na mnie i zaczął gilgotać. Śmiałam się. Byłam wtedy szczęśliwa, że mam kogoś przy sobie.
Sprawdziłam godzinę, była 10:35.
-O matko, zaspałam. - Po czym wstałam i szybko wybiegłam z piwnicy pędząc w stronę domu.
Jeff zorientował się po chwili, co właśnie zrobiłam i wybiegł za mną.
Gdy dobiegłam już do drzwi mojego domu, ktoś krzyczał za mną, wołał mnie.Odwróciłam się i ujrzałam Jeffa dobiegającego tuż do mnie. Spojrzałam na niego a on na mnie.
-O co chodzi?- Zapytałam po chwili.
On nic nie odpowiedział pochylił się nade mną i pocałował w usta.
Były szorstkie. Na początku się wystraszyłam, jednak odwzajemniłam pocałunek. Nasze usta ocierały się o siebie nawzajem.
Przechodnie tylko stały i obserwowały całe to 'zdarzenie'. Jedna kobieta rozpoznała Jeff'a i zadzwoniła po gliny. My zdezorientowani całowaliśmy się dalej.
W pewnej chwili odsunęłam się od niego.
-Wow, świetnie całujesz.- Odparł Jeff patrząc mi w oczy.
-Dziękuję, wzajemnie.- Odparłam z uśmiechem.- Muszę już iść..- Dodałam dając mu buziaka w policzek. Weszłam do domu i zamknęłam drzwi. Zajrzałam przez okno, byłam ciekawa jego reakcji.
Chłopak zadowolony szedł w stronę lasu podskakując co trzeci krok. Zaśmiałam się i poszłam na górę. W moim pokoju siedziała mama.
-Wieczorem pogrzeb ojca. Przygotuj się jakoś.- Dodała ze spokojem w głosie.
-Muszę tam iść?- Zapytałam z niechęcią w głosie.
-Oczywiście, to Twój Ojciec.- Odparła stanowczo matka.
-To ja idę na zakupy.- Dodałam.
Założyłam czarne, wysokie ponad kolana skarpety, do tego białe trampki, jeansowe spodenki i luźną bluzkę. Wzięłam portfel ojca, który był u niego w kurtce. Zawsze pozwalał mi coś kupować za jego kasę. A teraz chyba portfel idzie do mnie w spadek no nie?
Wyszłam z domu i poszłam w stronę miasta.
Po drodze spotkałam znajomą ze szkoły.
-Cześć. Gdzieś Ty była? Przykro mi z powodu ojca. A Ciebie co? Porwali? Rany współczuję Ci. Ten Jeff był u Ciebie no nie? On chyba jakiś wymyślony jest pewnie. Przecież on nie istnieje.A Ty co o Tym sądzisz?- Gadała.
-Ja? Muszę iść. Cześć.- Odparłam. Wyminęłam ją i poszłam dalej. Planowałam po pogrzebie iść na imprezę.Tak się najebać i zapomnieć o wszystkim. Ooo tak.
Rozejrzałam się po sklepach. Na wystawie jednego z nich była przepiękna sukienka.
(Która wygląda o tak )
Weszłam do sklepu by ją kupić, jednak nie było mnie na nią stać. Przeliczałam chyba z 5 razy pieniądze, jednak nadal brakowało mnie 400 zł.
Na szczęście w tym samym sklepie znalazłam buty, idealne do tej sukienki, bynajmniej dla mnie.
Na nie, było mnie stać. Kupiłam je od razu, przymierzając wcześniej kilkanaście razy.
Nadal było mi przykro z powodu sukienki.
Wyszłam ze sklepu i poszłam dalej na zakupy.
Kupiłam nowe zestawy kosmetyków, bym miała czym się pomalować.
Po dwóch godzinach szukania nie znalazłam odpowiedniej sukienki. Postanowiłam więc wziąć  jakąś z moich. Gdy wracałam, na wystawie tego sklepu nie było już mojej sukienki. No trudno.

Weszłam do domu i od razu poszłam na górę. Otworzyłam drzwi do pokoju a na spalonym łóżku stał czarny prezent owinięty morską wstążką.
Położyłam zakupy na ziemi i podeszłam do prezentu. Otworzyłam delikatnie, by nie rozwalić niczego.
W środku znajdowała się ta śliczna sukienka, w odpowiednim dla mnie rozmiarze i list.
Wzięłam więc list, otworzyłam i czytałam.
Droga Emeli                                                                                                                          Widziałem, że strasznie podoba Ci się ta sukienka. Nie śledziłem Cię, po prostu przechodziłem obok. W sklepie dowiedziałem się, że byłaś tam i przymierzałaś. Sprzedawczyni mówiła, że wygląda ona na Tobie prześlicznie, ale była za droga. Buty wybrałaś do niej idealne. Tylko co to za strój bez sukienki? Myślę, że prezent się podoba. Rozmiar powinien się zgadzać. Miłego pogrzebu.                                                                                                                                                    Twój Jeff
 Odłożyłam kartkę zaszokowana. Wyciągnęłam sukienkę z pudełka i od razu zabrałam się za przymiarkę. Buty idealnie pasowały do sukienki. Tylko teraz makijaż... Tym akurat się nie martwiłam. Delikatny makijaż, podkreślający oczy myślę, że wystarczy.
Jest godzina 15:35. A pogrzeb o 17:00. Co by tu porobić?
Przejrzałam wszystkie ubrania w poszukiwaniu mojej skórzanej kurtki.

()
Postanowiłam, że przejdę się jeszcze do Jeff'a, przed całą tą 'imprezą'/
Wyszłam z domu ubrana w sukienkę, buty, umalowana, no po prostu gotowa.
Nie wiedziałam jednak, że jestem obserwowana przez tajniaków.
Zadowolona poszłam do piwnicy Jeff'a. 
Tajniacy w tym czasie wezwali posiłki. Wiedzieli, że to tutaj ukrywa się Jeff.

-Jeff, jak wyglądam?- Zapytałam zadowolona.
On się uśmiechnął.
-Świetnie Aniołku.
-Poza tym, dziękuję Ci za sukienkę. Nie musiałeś..- Odparłam. Czułam się zadłużona. Przecież winna mu jestem 700 zł !!!
-Drobiazg. Dla mnie to nie problem.- Odparł po czym się uśmiechnął.

Czas mijał, my siedzieliśmy i rozmawialiśmy o niczym. Czasem daliśmy sobie jakiegoś buziaka. Nic więcej.
W pewnej chwili ktoś z kopa wywalił drzwiczki do piwnicy. Jeff się zerwał w mgnieniu oka. Na dół zbiegli funkcjonariusze z bronią w rękach. Na czele nich stał główny dowodzący tą sprawą.
-Wreszcie go dorwiemy. Dzięki Emeli, za pomoc.- Odparł po chwili z uśmiechem.
-Co? Ty im pomogłaś tu się dostać? - Jeff popatrzył na mnie zawiedziony.
-Co? Nie. Nie znam ich.- Tłumaczyłam się. Jednak chyba na marne, bo on mnie w ogóle nie słuchał. Teleportował się do sali by wszystkich ostrzec.
-Gdzie on jest?! Znowu nam zwiał!- Wściekał się funkcjonariusz. -To Twoja wina, Ty głupia suko! - Skierował swoje słowa w moją stronę, po czym strzelił mi w twarz.
Wszyscy wyszli. Jeff znów się zjawił. Zobaczył, że dostałam z liścia i sam strzelił mi z drugiej strony.
-Wynoś się stąd. Słyszysz? Wypad! - Krzyczał na mnie. Zabrałam swoje rzeczy  i wyszłam. Zdjęłam buty i pobiegłam w stronę domu..
Jest 16:55. Zaraz odbędzie się pogrzeb. Ogarnęłam się, założyłam buty, delikatnie związałam włosy i poszłam. Na piechotę miałam jakieś 2km, jednak nie pojechałam samochodem. Spacer nikomu nie zaszkodzi. 
Gdy doszłam do kościoła msza już trwała. Weszłam do środka z poważnym wyrazem twarzy. Oczy wszystkich skierowały się w moją stronę. Wszyscy patrzyli na mnie. Matka była zła, że odstawiam sceny ale miałam to gdzieś. Usiadłam w 7 rzędzie i wsłuchiwałam się  w swoje myśli, nie w to co mówił Ksiądz.
Wszyscy zaczęli płakać. Ja się śmiałam. Cieszyłam się, że on już nie żyje. Że już nikt nie będzie mnie męczył.
Po mszy wszyscy poszli na stypę. Ja sobie odpuściłam. Powędrowałam do clubu.Tam od razu zamówiłam 4 kieliszki wódki. Wypiłam wszystkie od razu. Ktoś zapraszał mnie do tańca, odmówiłam. Wypiłam jeszcze 4 kieliszki i wyszłam.  Znów wybrałam się na spacer.
Myślałam cały czas o Jeff'ie i o tym zdarzeniu.Postanowiłam iść do niego by to wszystko wyjaśnić.
Szłam przez las. Akurat znajdowałam się przy domu dziewczyn.  Stanęłam za ścianą, bo słyszałam czyjeś kroki.
-Nie wierzę, że ona nas wydała.- Mówiła Jane.
-A ja tak.. Nigdy jej nie ufałam i nie mam zamiaru jej ufać.- Syczała Sally.
-Oj weź, jest bardzo miła. - Broniła mnie Jane.
-I tak jej nie ufam. Zabrała Ci Jeffa. Od razu jak się pojawiła, zaczęły się kłopoty. A teraz co? Przez nią musimy się wyprowadzać. To chore.
Zapomniałam dodać, że Sally nauczyła się nowej magii. Laleczki voodo. W każdej chwili może rzucać Tobą o ścianę.
-Jest idiotką, która myśli, że gdy tylko się pojawi, wszyscy będziemy jej przyjaciółmi. To żałosne. Ona ogólnie zachowuje się jak idiotka. Marnuje tylko niezbędny dla nas tlen. Może ją też wykończymy? Będzie fajnie. O jednego przygłupa mniej. Nie lubię aniołów, więc dla mnie to i nawet lepiej. Widziałaś co ona sobie robi? Tnie się. To chore. Jak można się ciąć? A jej ojciec? Pewnie go kusiła albo sama zaciągała do łóżka. Ale nieee.. To ojciec ją gwałci. No pewnie. Co jeszcze nazmyśla? - Dalej gadała Sally.
Nie mogłam już tego słuchać. Jej kłamstwa i obelgi kierowane do mojej  osoby.Wyszłam więc zza ściany stając z nią twarzą w twarz.
-Coś jeszcze masz mi do powiedzenia?- Zapytałam poważna.
-O popatrz Jane. Jeszcze nas podsłuchuje.- Odparła Sally z obelgą w głosie.
-Sally daj spokój...- Szarpała ją Jane. Czarnowłosa wiedziała jaką mam siłę. Sally jak widać sama chciała jej doświadczyć.
-No słucham. Coś jeszcze masz do powiedzenia?- Powtórzyłam pytanie.
-Oj dużo. Kłamczucho.- Odparła.
-A ja Ci powiem tak. Nic o mnie nie wiesz. Więc po chuj komentujesz? - Odparłam dając jej plaskacza z całej siły.
Sally oddała mi ciągnąc za włosy.
To chore. Jak ona śmie?
-Shikoni.
Pojawiły się moje skrzydła. 
-I co teraz zrobisz Sally?


/Eme ♥

wtorek, 16 grudnia 2014

Rozdział 6

***
Do opowiadania dochodzi kolejna postać, którą znaleźć możecie w zakładce 'Bohaterowie' :)
***

Zbliżał się wieczór. Wstałam z dachu i zrobiłam krok do przodu. Spadając na ziemię rozłożyłam skrzydła i poszybowałam w górę.
Wylądowałam przed piwnicą Jeffa. Bałam się tam wejść po tym wszystkim. Z drugiej strony chciałam. Bijąc się z myślami postanowiłam, że wejdę.Założyłam kurtkę.
Zajrzałam do środka, nikogo nie było. Wzięłam swoją torbę i ubrania. Zmierzałam ku wyjścia, gdy nagle ktoś złapał mnie za rękę.Obejrzałam się i ujrzałam go. Stał zakrwawiony ze łzami w oczach.
-Zostawiasz mnie?- Zapytał po chwili.
-Zostaw mnie, jeszcze coś Ci zrobię.- Wyszarpnęłam swoją rękę i skierowałam się do wyjścia.
-Ale Eme, zaczekaj. Znaleźliśmy wyjście z całej tej chorej sytuacji.. Możemy Ci pomóc..- Odparł Jeff załamując głos co chwilę.
-A może dobrze jest tak jak jest?! Może mi się podoba?! - Odkrzyknęłam. Prawdą było, że bałam się tego. Bałam się moich skrzydeł. Już nie będę normalną osobą, no nie? Chcę być normalna!
-Cz..Czyli chcesz mnie nienawidzić? A co z tym co było między nami co?! To też pójdzie na marne?!- Dodał Jeff powstrzymując łzy. Bolało go to. Widać było po nim, że moje słowa trafiły prosto w te skamieniałe serce i rozbiły skorupę. Jeff znów był normalny? Oj chyba nie..
Spojrzałam na niego. Był zły. To znaczy, że nie rozbiłam jego skorupy, tylko go zdenerwowałam. Wybiegłam z piwnicy już gotowa do odejścia. On wybiegł za mną z uśmiechem.
-Nie tak prędko aniołku.- Odparł śmiejąc się i patrząc psychopatycznym wzrokiem.
Położyłam torbę na ziemi i zdjęłam kurtkę. We mnie też coś pękło. Byłam znów gotowa go zabić. Wymachiwałam skrzydłami, by wiedział, że nie jestem słaba. On jednak wyciągnął nóż. Mówił poważnie?
W jednej chwili rzucił się na mnie, gdy byłam zdezorientowana. Przyłożył mi nóż do gardła i wiedziałam że zaraz wykona ostateczny ruch. Odpuściłam. Nagle moje skrzydła zniknęły. Leżałam nieruchomo. Nie szarpałam się.
-Jesteś łatwiejsza niż mi się zdawało. HAHAHAHA- Zaczął śmiać się Jeff. Siedział na mnie i patrzył mi w oczy. One wróciły do naturalnego koloru. To było dziwne.
Byłam gotowa umrzeć. Nie chcę już tu być. Jako człowiek miałam swoje własne zasady. A teraz? Nic. Totalnie nic. Czekając na koniec mojego nędznego życia wypuściłam tlen. W końcu i tak mnie zabije..
-Hahahaha, nie dziwię się, że Ojciec Cię tak szybko brał hahahahaha. Łatwa jesteś. Naprawdę. Może zanim Cię zabiję, sam wypróbuję.- Dodał Jeff odkładając nóż. Zaczął rozpinać spodnie. 
Łapiąc oddech powstrzymywałam płacz. Najpierw ojciec.. Teraz on? Czy ja naprawdę nie będę żyła w spokoju?
On śmiał się w niebo głosy. Zaczął zdejmować mi koszulkę. Odwróciłam wzrok by na to nie patrzeć.On po chwili przestał. Patrzył na mnie zaszokowany. Po moim policzku łzy bawiły się w wyścigi. Jedna ścigała się z drugą a za nimi kolejne.
Otarł je szybko, zdjął swoją bluzę. Zamknęłam oczy zaciskając je mocno. Jednak nie. Nie wydarzyło się to co najgorsze może wydarzyć się dziewczynie.On zszedł ze mnie. Podał mi bluzę pomagając założyć. Spojrzałam na niego jak na skończonego idiotę.
-Ty kretynie! Nienawidzę Cię.! - Krzyczałam szarpiąc go.
-E..Eme ja nie chciałem. J..Ja nie wiem c...co się właściwie stało..- Tłumaczył łapiąc mnie za nadgarstki. Naplułam mu na twarz.Dla mnie był już skończony.
-Zostaw mnie! Słyszysz?! Zostaw  w spokoju! Zapomnij!- Krzyczałam na niego. On siedział i patrzył na mnie jakby nie rozumiał. Nadal mnie trzymał mocniej naciskając.-Puszczaj! - Dodałam.
Nic nie pomagało. On miał  łzy w oczach, ja już płakałam. Wreszcie padłam z sił. On mnie puścił. Wstałam, założyłam kurtkę w razie czego i zawieszając torbę na ramieniu pobiegłam w stronę swojego domu.
Nie odwracałam się. Gdyby biegł za mną, usłyszałabym jego kroki.
***
Dobiegłam. Wbiegłam do domu i powędrowałam na górę. Oczywiście mój pokój był przecież spalony. To nic. Weszłam do środka. Zamknęłam drzwi i usiadłam w kącie. Wyciągnęłam nóż. Cięłam nowe rany. Coraz głębsze. Takie, które pomogłyby mi się stąd wynieść w końcu!
Patrzyłam na moją krew. Była taka piękna. Ten odcień.. Taki ciemny. Lubiłam ciemne kolory.
Nagle do pokoju wbiegł Jack. Eyeless Jack.
-Eme? Co Ty znowu wyprawiasz?!- Zaczął podbiegając do mnie. Rozerwał kawałek swojej bluzy i obwiązał mi ranę. Siedziałam skulona i płakałam. 
-Zostaw mnie! Wszyscy się odwalcie! Było dobrze, jak was nie było!- Krzyczałam.
-Ale Eme.. Posłuchaj. To dzięki nam, Twój ojciec jest już w Hadesie. - Tłumaczył.
-Spadaj. - Odpowiedziałam krótko.
-Eme, co on Ci zrobił?- Zapytał spokojnie.
Nic nie odpowiedziałam. Do oczu napłynęła mi kolejna fala łez. Miałam ochotę to wszystko zakończyć. Przeciąć sobie gardło. Niech wszyscy patrzą, co ze mną zrobili.
-Emeli, on nie chciał. Działam zawsze najpierw robiąc, potem myśląc. Musisz mi uwierzyć. On Cię naprawdę kocha..- Tłumaczył Jeffa.
-Kłamiesz. A teraz wyjdź. Nie chcę z wami rozmawiać!
Jack wedle mojego życzenia wyszedł i już nie wrócił.


Przez cały weekend siedziałam w tym samym miejscu. Nic nie jadłam, nie piłam, nie robiłam.Po prostu siedziałam i zastanawiałam się, jak to wszystko skończyć. Z nowymi znajomymi nie utrzymywałam żadnego kontaktu.Zeszłam na dół. Chciałam wziąć butelkę wody i znów zamknąć się w pokoju. Dziwi mnie to, że przez ten czas nie przyszła mama.
Sięgnęłam do lodówki, wyjęłam wodę i poszłam na górę. Mama w tym czasie rozmawiała z kimś na progu. W połowie mojej podróży zawołała.
-Emeli, możesz zejść na chwilę?!
Zeszłam więc.
-O co chodzi?- Zapytałam ściskając butelkę wody w rękach.
-Masz gościa. - Odparła otwierając szerzej drzwi. Ujrzałam tam jakiegoś faceta.
-Witam.. My się znamy?- Odparłam zdziwiona.
-Emeli Rockbell. Miło Cię widzieć. Mogę wejść? Ja w sprawie Twojej ręki. Twój przyjaciel mnie przysłał.- Wytłumaczył.
Mama uśmiechnęła się na słowo 'przyjaciel'. Wpuściła gościa  do środka. Poszłam na górę a on za mną.
Gadał coś pod nosem. Weszłam do pokoju i usiadłam w moim stałym miejscu. On zamknął drzwi i usiadł na spalonym łóżku.
-Bardzo ładny pokój.- Odparł.
-Czego chcesz?- Zapytałam wprost. 
-Słyszałem, że jesteś przeklęta. Czyżby Jana tu była?- Zaczął się śmiać. Zdjął kaptur. Był kościsty! Zamiast twarzy widniała czaszka a zamiast ciała szkielet. Okropny widok. 
-Ta. Coś jeszcze?- Odparłam zniechęcona rozmową z kimkolwiek o czymkolwiek.
-Twój ojciec tu leży? Widziałem go w Piekle.
-Co mnie to interesuje..- Dodałam spławiając go.
-Wiem co Ci robił. Wszyscy wiedzą. Wiemy o Tobie wszystko Emelli Rockbell.- Na te słowa wzdrygnęłam się i spojrzałam na niego.-No dziecko, pokaż te Twoje skrzydełka.- On wstał. Podszedł i kucnął przede mną.
Wstałam. Zdjęłam kurtkę. Skrzydła się nie pojawiały. On pstryknął a w jego ręku pojawiła się kosa. Zgrabnym ruchem przeciął mi bluzę i stanik nie udrożniając skóry. Nagle pojawiły się skrzydła. W pierwszej chwili się wystraszył. One szybko mnie okryły.  Owy 'człowiek' zaczął sprawdzać moje łopatki. To właśnie z nich wyrosły skrzydła. Na brzegach, jakby granicach moich skrzydeł były rany. Zaczął ich dotykać. Syczałam.
-Nie boli Cię to?
-Auć. Boli. Przestań!- Krzyknęłam. W tej samej chwili moje skrzydła zrobiły ruch obronny. Zdmuchnęły tego kolesia przewracając go.
Starzec wstał, otrzepał się i mamrotał coś pod nosem.
-Mogę Ci je wyciąć.- Odparł po chwili.
-Naprawdę? Czyli będę znów normalna?-Zapytałam uradowana.
-W nocy będziesz miała bóle i dwa ślady po cięciu. A tak, to normalna..-Wytłumaczył.
-Pomyślę.-Odparłam.
-Dobrze. Jak coś, wezwij mnie. Krzyknij 3 razy ''Shadow, Shadow, Shadow'' a zjawię się.- Odpowiedział, po czym zniknął.
Stałam w pokoju całkiem sama. Sięgnęłam do szafki po nową bieliznę i bluzę. Założyłam a skrzydła zniknęły.
 Właściwie nie przeszkadzały mi. Teraz nawet gdy byłam w staniku, nie pojawiały się. 
Usadowiłam się znów w kącie mojego ciemnego pokoju. Zgasiłam światło i patrzyłam na ciemność. Płakałam cicho, by nikt nie słyszał..Nawet nie pamiętam kiedy zasnęłam.

Następnego dnia postanowiłam się ogarnąć. Umalowałam kosmetykami mamy, uczesałam, ubrałam i gotowa na nowy dzień- poniedziałek, zabrałam ubrania robocze i poszłam na przystanek. Poprawiłam torbę na ramieniu. Sprawdziłam wyświetlacz telefonu. Była godzina 5:15. O 5:25 miałam autobus do pracy. 
Usiadłam na ławeczce. Czekałam w skupieniu rozglądając panicznie czy czasem ktoś nie idzie. Czułam na sobie czyjś wzrok. Tylko nie wiedziałam czyj.
Założyłam słuchawki  i włączyłam muzykę. Akurat na kolejce była Nightcore- I Won't Give Up.
Bardzo lubiłam tą piosenkę, więc w myślach śpiewałam razem z nią.

When I look into your eyes
It's like watching the night skyOr a beautiful sunriseBut there's so much they holdAnd just like them old starsI see that you've come so farTo be right where you are
Nagle zauważyłam grupkę osób. Zamilkłam więc czekając aż przejdą, by znów pośpiewać.Na marne. Okazało się, że byli to dzielnicowi 'Zbóje'.Zasadę mieli jedną. Jeśli im podpadniesz, po Tobie.
Siedziałam więc w ciszy aż pójdą sobie z tego przystanku.W pewnej chwili gotowa byłam nawet iść na następny. Zauważyłam jednak, że podjechał samochód.  Nie komentowałam, chociaż miałam ochotę.
Oni nie wsiadali. Kierowca wysiadł ,przywitał się i podeszli do mnie.
-Mała, podwieźć Cię gdzieś?- Zapytał jeden  cwaniak. Milczałam. Spojrzałam na nich z ławki i znów zatopiłam się w ekranie telefonu. Oni zaczęli mieć pretensje że ich olewam. Jednak nie okazali tego.
Ten sam, który zagadał złapał mnie za ramię. Zaczął szarpać.
-Słuchaj. Albo zrobisz co Ci każemy, albo giniesz.- Odparł surowo.
-To ja wolę zginąć niż wam usługiwać.- Odpowiedziałam spokojnie. To fakt, już nic mnie tutaj nie trzyma.
Oni jednak nie cieszyli się z kolejnej ofiary to zabicia. Zaciągnęli mnie do auta. Zawiązali oczy opaską, bym czasem nie widziała gdzie jedziemy.

Po około 10 minutach byliśmy już na miejscu.A wiecie gdzie?! Oczywiści na ruinach Jeffa. Jego chyba nie było 'w domu', gdyż mimo moich krzyków, nikt mnie nie usłyszał. Szarpałam się. Bardzo dobrze znałam ten las.Jak na złość było ich 5.
Jeden z nich chwycił mnie mocno za ręce. Miałam tam świeże rany. Bolało jak cholera. Skuliłam się przy jego uścisku. Drugi z kolesi rozpiął mu rozporek. Zacisnęłam zęby. Na pewno nie!!
Piszczałam, krzyczałam. Oni ciągnęli mnie za włosy, za ubrania. Gdy już nie zgodziłam się na loda koleś zaczął mną szarpać. Krzyczałam. Bolało mnie kopanie po żebrach, zwłaszcza z każdej strony.Z drugiej strony chciałam umrzeć. Jednak liczyłam na szybką śmierć a nie męczarnie.
Po krótkiej zmowie postanowili mnie sobie przywłaszczyć. Poszli w stronę samochodu. Jeden wysoki trzymał mnie za włosy i ciągnął do samochodu. Już nie wiedziałam, czy sama się mam zabić, czy oni zrobią to za mnie.
Całkiem zapomniałam o tym staruchu, który mnie nawiedził.. Może on by mi pomógł..Chyba coś ze mną nie tak, gdyż chciałam załatwić coś sama.
W aucie oni przyłożyli mi jakąś szmatę do ust. Nie pamiętam trasy.

Przebudziłam się w jakiejś starej piwnicy. Sprzęt i wszystko były przygotowane. W rogu zauważyłam klatkę. Czy ja wyglądam na szczura? Nim zdążyłam dokładnie przyjrzeć się, gdzie właściwie jestem, oni wpakowali mnie do klatki. Całkiem jak jakąś szmatę. W podartej bluzie i majtkach. Było tu strasznie zimno. Trzęsłam się jak bym miała padaczkę. Nadal czułam na sobie wzrok, mimo, iż nikogo tu nie było. Moi 'nowi koledzy' poszli gdzieś, sama nawet nie wiem gdzie. Skuliłam się w kącie i milczałam. Nagle zorientowałam się, że jest tutaj jakiś nacięty fragment klatki. Podciągnęłam rękaw bluzy i przejechałam dość porządnie po nim. Gdy ujrzałam swoją krew- ulżyło mi..

Po chwili oni wrócili. 
Ogólnie jest ich 5. 
Trzech z nich wyszło, zostawiając mnie z tą dwójką, akurat najgorszą ze wszystkich całkiem samą. Zdenerwowana, gdyż nie wiedziałam co knują rozglądałam się panicznie, by w razie czego, zapamiętać chociaż fragment tego pomieszczenia. Jeden z nich otworzył klatkę.
-Kici Kici Koteczku- Zawołał drugi po czym wszedł do środka. Założył mi pasy na ręce i wyciągnął siłą ze środka. Położył na jakimś metalowym łóżku i związał. 
W pewnej chwili z okolic okien dachowych usłyszałam trzask beli. Jeden poszedł zobaczyć co się dzieje a drugi zatykał mi właśnie buzię jakąś szmatą.
-Nie martw się, to nie zaboli. Dziewica?- Zapytał po chwili. Nie odpowiedziałam. Co za tuman, miałam szmatę w buzi...

Po około 20 minutach ten drugi nie wracał. Tuman poszedł sprawdzić co się dzieje, jednak wyjście z pomieszczenia przeszkodził mu Jeff wpadający właśnie z wizytą. Patrzyłam uważnie na całe to zdarzenie. 
Jeff jednym ruchem noża podciął mu gardło i wyciął uśmiech na twarzy. Nie obyło się również bez dźgania w różne części ciała tego chłopaka.
Po skończonej robocie podszedł do mnie rozwiązując pasy.
-Czy ja Cię zawsze muszę ratować?- Zaśmiał się. Wziął mnie na ręce i wyszedł.
-Nie prosiłam o to.- Odparłam zbulwersowana.
-Wcale.- Odparł. Wsadził mnie na miejsce pasażera. Zapiął pasami i przykrył kocem. Sam usiadł za kierownicą. Odpalił samochód i ruszyliśmy w stronę ruin.




~/Eme ♥




niedziela, 14 grudnia 2014

Rozdział 5

Dobiegłem do tego zasranego wodospadu. Stała tam grupka osób. Nieśli ciało dziewczyny o ciemnych włosach. Schowałem się za krzaczkami i obserwowałem. To Emeli! Oni zabierali ciało Emeli! O niee !!
Postanowiłem iść za nimi, by dowiedzieć się co knują.
Doszliśmy do jakiejś wioski. Nim się zorientowałem jej ciała nie miałem na widoku. Zabrali ją do jakiejś chałupy.Przeczekałem wszystko stercząc w krzakach dzikiej róży. Dla Emeli warto.
Nagle dwaj mężczyźni wynieśli jej ciało zawinięte w jakąś szmatę. O dziwo, ona się ruszała. !! Moja Emeli żyje! To jakiś cud !
Położyli ją na drewnianym stelażu nakrytym słomą. Wszyscy zgromadzili się wokół niej.Jeden facio szedł z pochodnią. Chwila, chcieli ją spalić?!
Nie za bardzo słyszałem o czym mówią, więc podszedłem bliżej.
-Spalmy tą wiedźmę!- Krzyczał jeden.
-Na stos!- Wołała jakaś kobieta.
Nim się zorientowałem, koleś z pochodnią szedł w jej kierunku. Wyciągnąłem zza bluzy nóż i zachodząc od tyłu podciąłem mu gardło. Szybkim ruchem wyciąłem mu uśmiech na twarzy. Panowie rzucili się na mnie.
-Ktoś jeszcze chce być piękny?! - Krzyczałem. Zaczęła się  sieczka. Jedna kobieta wzięła pochodnię i szła w kierunku rzekomej wiedźmy.
-Ona nie jest wiedźmą! To człowiek!- Wołałem biegnąć do tej zasranej stary bulwy. Ona mnie nie słuchała. Ci debile namotali jej w głowie, że wiedźma zrobi im prania mózgu. Podciąłem jej gardło zadeptując pochodnię w piasku. Resztę zgromadzonych też wybiłem wycinając każdemu uśmiech na twarzy.
Wspiąłem się na stelaż i zabrałem Emeli na ręce skacząc na ziemię.Zawiesiłem ją na ramię, by nie przeszkadzała mi w ucieczce.
Jacyś niedorobieni kolesie biegli za nami z włóczniami w rękach. Serio?! Właśnie wybiłem im rodzinę i przyjaciół a oni nadal mnie gonią? Żałosne.
Teleportowałem się na dziką plażę, obok tych skał, gdzie prawie pocałowałem Eme.
Ona była nieprzytomna. Bez zastanowienia zabrałem ją do domu.
Ułożyłem jej ciało na kanapie i poszedłem do sali po Slendera.
-Stary, musisz mi pomóc.- Odparłem.
-Aż dziwne, że prosisz mnie o pomoc. No dobrze, o co chodzi?- Odpowiedział mi Slender.
-Emeli, ona żyje, ale jest w ciężkim stanie. Proszę, ulecz ją. -Chwyciłem go za rękę i szarpiąc zaprowadziłem do mojej piwnicy. Gdy ją ujrzał załamał się.
-Wybacz przyjacielu, ale nie mogę jej pomóc. Nie jestem w stanie.- Odparł Slenderman znikając w korytarzu. Zły na cały świat, że nie mogę jej pomóc kopałem wszystko co było na mojej głowie.
Nagle przypomniałem sobie o zestawie lekarza. Wziąłem tą osraną walizeczkę i wyciągnąłem waciki. Polałem na nich wodą z tej małej buteleczki, tak jak robiła to Eme ze mną.
Przyłożyłem waciki do jej ran, by je obmyć. Bynajmniej tak zrobiła dziewczyna.
Zapiszczała z bólu. Znaczy że jeszcze żyje!
Wtedy przyszła Jane. Zasłoniła rękami usta nie dowierzając, że moja nowa Przyjaciółka jeszcze jest tutaj z nami.
-Możesz spadać.- Odparłem oschłym głosem.
-Pomogę Ci. Poczekaj.- Podeszła do mnie, przykucnęłam przy Eme i zaczęła owijać jej rany bandażami. Zdziwiło mnie to, że chce jej pomóc. W końcu prawie ją zabiła!
Nagle przypomniałem sobie o Jana'ie.
Odepchnąłem Jane i wziąłem Emeli na ręce. Teleportowałem się na plażę, gdzie właśnie spacerowała Jana.
Uśmiechnięty, że może kapłanka mi pomoże podszedłem do niej.
Jane również się teleportowała. Jednak schowała się, by obserwować co robię z ciałem dziewczyny.
Ułożyłem niebieskooką na piasku, zgodnie ze wskazówkami Jana'y.
-Teraz daj mi dwie złote monety.- Odparła poprawiając kapelusz.
-Nie mam.. Nic nie mówiłaś o kasie..- Powiedziałem zdziwiony. Nie przypominam sobie, by wspominała o monetach.
-Eh, no dobrze, pożyczę Ci moje.- Odpowiedziała wyciągając z kieszeni swojej spódniczki dwie złote monety. Coś mi w nich nie pasowało, jednak to kapłanka. Ona wie co robi.
-Dlaczego one mają inne symbole?- Zapytałem z ciekawości.
-To monety samego Boga. -Kłamała.-Teraz się odsuń.
Zrobiłem jak kazała. Ona zaczęła swoje modły.
-Ona chce być aniołem tak?- Zapytała przerywając wszystko.
-N..Nie wiem, Chyba tak.
-To zostanie najjaśniejszym aniołem na niebie.Jako znak, że przetrwała upadek z ponad 300 metrów.
-O..Okej.Zaczynaj.
Ona bez zastanowienia odprawiała dalej swoje modły co chwilę robiąc jakieś dziwne miny i ruchy rękami. Nagle zza skały wybiegła Jane rzucając się na Jana'e.
-Zostaw ją! Ona nie będzie kolejnym Twoim diabełkiem! Już ich wystarczy!- Krzyczała szarpiąc się z Jana'ą.
-Jeff, jeśli chcesz by ona żyła, rozchyl jej usta i włóż do nich 3 monetę.- Tłumaczyła Jana zwalając z siebie Jane.
Zrobiłem jak kazała. Odsunąłem się oślepiony białym światłem który wydalał się z Emeli. Nagle białe światło zniknęło, a z Eme wydobywał się czarny dym. Przerażony czekałem na dalszą reakcję  dziewczyny. Jana zaczęła się śmiać. Jane strzeliła jej w twarz i wbiła nóż prosto w miejsce, gdzie powinno być serce. Zrzuciła z niej pelerynę.
Ku moim oczom Jane wyrosły dwa czarne skrzydła. Zaczęła się bitwa dziewczyn.
Nożowniczka vs  Anielica.
Podbiegłem do Emeli trząsając ją, by się przebudziła. Ona otworzyła oczy. Jednak coś z nimi było nie tak. Zamiast tego promiennego niebieskiego blasku ujrzałem czarne jak smoła tęczówki. Odsunąłem się zdziwiony.
-Zdejmuj jej bluzę! Słyszysz?! Zdejmij!- Krzyczała do mnie Jane rozcinając Anielicy  gardło. Zamiast krwi, z Jana'y wydobywała się czarna maź. Zaszokowany podbiegłem do Eme i zdjąłem jej bluzę. Nim się zorientowałem, miała dwa skrzydła. Białe i czarne. Przerażony padłem na piasek próbując poukładać sobie to wszystko w głowie.
Emeli w mgnieniu oka rzuciła się na Jane powalając ją na ziemię. Miała niesamowitą siłę. Jana padła martwa.
Nowa Anielica wzniosła się do nieba, i wymachując skrzydłami rzuciła na Jane falę powietrzną, co powaliło ją martwą. Nie mogłem uwierzyć w to wszystko. Podbiegłem do Jane i i teleportowałem ją do sali,  by nic więcej jej się nie stało. Zostałem sam na sam z Emeli.
-Emeli,Ty żyjesz.- Podbiegłem do niej przytulając się gdy tylko wylądowała.
Ona mnie odepchnęła dając mi w twarz.
-Nienawidzę Cie. Musisz zniknąć z powierzchni ziemi. Jesteś zerem.- Mówiła do mnie spokojnym głosem. Patrzyła na mnie jak na największego wroga.
-Co? Eme co Ty wygadujesz?! To ja, Jeff.- Tłumaczyłem bezbronny.
-Jeff? - Odezwała się znów.
-Tak, Jeff. Mieszkamy razem przecież. Leżeliśmy obok siebie. Kilka razy. Nie pamiętasz?- Wspominałem.
Nagle jakby w jej głowie pojawiła się jedna myśl. ' Zabić Jeff'a '.

***
Wracamy do punktu myślenia Eme ;3
***
Kłóciłam się z myślami. Z jednej strony miałam ochotę rzucić mu się na szyję i przytulić. Z drugiej chciałam go zabić. Przewyższyła jednak ta druga strona i rzuciłam się na niego z nienawiścią.
Niezbyt umiem posługiwać się nową bronią, jaką są skrzydła. W końcu w jednej chwili z człowieka, stałam się aniołem.
Szarpałam Jeff'a a on zdezorientowany nawet się nie bronił. Już prawie miałam go zabić, gdy nagle moja 'dobra' strona powiedziała 'NIE, DOŚĆ, NIE TERAZ'
Odsunęłam się od niego i uniosłam w górę.
-Eme, wracajmy do domu.- Odparł Jeff podnosząc się z ziemi i patrząc na mnie.
W tej chwili jak i w każdej innej nienawidziłam go.
Ze wszystkimi miałam te same relacje. Tylko Jeff'a zaczęłam nienawidzić. Może dlatego, że Jana przekręciła modlitwy? Właściwie, kto to Jana?
Nim się zorientowałam Jeff teleportował nas do siebie. Podał mi bluzę, bym zakryła skrzydła. Założyłam i poszłam przywitać się ze zgromadzonymi. Zdjęłam te tandetne bandaże, w końcu nic mi już nie było.
Podeszłam do L. Jack'a i go przytuliłam. To samo zrobiłam z Toby'im i E. Jack'iem.
Slender był bardzo zdziwiony moim zachowaniem, gdyż jego też przytuliłam.
-Emeli jak się czujesz? -Zapytał zszokowany. Dobrą godzinę temu umierałam!
-Wspaniale, dziękuję że pytasz Slendi.- Odparłam z uśmiechem.
Slenderman spojrzał na Jeffa. Powędrowałam za jego wzrokiem i rzuciłam zwykłe 'Dupek'
Jeff podszedł do nas a ja strzeliłam mu w twarz.
Widać bolało go moje zachowanie, bo milczał. Znosił wszystko i milczał.
Zaczęłam go szarpać i tarmosić nim. Rzucałam o wszystkie ściany a w pewnej chwili zaczęłam go dusić.
Nie panowałam nad tym. To te skrzydła!
Tylko że to dzięki nim żyję..
Slenderman rozdzielił mnie i Jeff'a. Postanowił, że będę spać dziś u niego, a Jeff u siebie. Może jakoś to pomoże.
Poszłam więc za Slenderem do jego mieszkania.
Było bardzo ładnie ustrojone. Tak przyjemnie.
-Mogę się przespać?- Zapytałam.
-Oczywiście.- Odparł Slender wskazując mi wolne łóżko.Od razu się położyłam i usnęłam.

*Z punktu widzenia Jeff'a*
Bolało mnie to,jak ona mnie traktuje. Przecież to nie moja wina, że spadła. Chciałem ją uratować.
Poszedłem do swojej piwnicy i zażenowany całym tym zdarzeniem usiadłem na kanapie. Schowałem ręce w dłoniach, by przez chwilę móc pomyśleć.Nagle przyszedł E.Jack.
-Co jest z Eme? Dziwnie się zachowuje. I te oczy. Coś się stało?- Dopytywał.
Nagle wparowała Jane, cała zdyszana i zakrwawiona.
-Jeff, musimy ratować Emeli. Jana to posłaniec Szatana. Łapie ofiary i zamienia w demony obierając im jakiś cel do morderstwa. Jeśli im się to uda, zostaną diabłami. Jeśli też ma kaprys zabija swoje ofiary odsyłając ich dusze do piekła, gdzie Szatan się nimi bawi. Jeśli Eme Cię zabije, zostanie demonem.- Wytłumaczyła. Jack stał wryty ale już miał pomysł.
-Czekaj, jak to My? Gdyby nie Ty, nic by się takiego nie stało. Nie chcę byś się wtrącała.- Odparłem wstając z miejsca. Popatrzyłam na Jane z pogardą.
-Ale Jeff. Pzyznaję, byłam zazdrosna. To nie moja wina, że czytam w myślach!
-Ej ej, spokojnie koty. Mam pomysł.- Odparł Jack rozdzielając nas.-Co powiecie na rozdzielenie i stopniowe przypominanie Eme, kto to dla niej Jeff.
-A może niech mnie zabije? Ja nie wytrzymam bez niej! Ale przyznam, zrobiła się strasznie silna.-Wziąłem głęboki wdech.
-Właśnie. Jeff jesteś nam potrzebny. Chcesz żeby dziewczyna zajęła Twoje miejsce? Żeby to ona była z nas wszystkich najlepsza? Bo coś mi się nie wydaje.-Dodał Jack.
-Co? Nie pozwolę się wygryźć. Więc co mam robić?- Odparłem.
-Plan jest taki. Będziemy stopniowo przypominać Emeli, kim był dla niej Jeff. I powoli ich do siebie zbliżać. To jedyne wyjście, by wróciło wszystko do normy. Teraz tylko od niej zależy, czy będzie chciała wrócić do nas.- Wytłumaczył.
-Chodźmy już teraz! - Krzyknąłem podekscytowany tym szalonym pomysłem.
Jane, Jack i ja poszliśmy do sali pytając Slendera gdzie Emeli.
-Śpi u mnie w pokoju.Nie zróbcie bałaganu.- Odpowiedział pokazując korytarz prowadzący do jego mieszkania.
We trójkę weszliśmy do pokoju. Emeli od razu wstała. Schowałem się za przyjaciół.
-O witajcie. O co chodzi?- Odparła z fałszywym uśmiechem na twarzy.
-Chodzi o Jeffa.- Odparła Jane.

*Wracamy do punktu widzenia Emeli*
Gdy usłyszałam, po co oni tutaj przyszli, mina mi zrzedła.
-Chyba nie mamy o czym gadać.- Odpowiedziałam powstrzymując złość. Właściwie nie wiem czemu go tak nienawidziłam. To wina tej dziewczyny. To ona coś namieszała.
-Emeli posłuchaj. Uspokój się, to po pierwsze. - Odparła Jane podchodząc do mnie. Usiadła obok i zaczęła tłumaczyć całe to zamieszanie z Jana'ą.
Jack stał nadal w tym samym miejscu coś ukrywając. Nagle zauważyłam, że zanim jest ktoś jeszcze. Szybko wstałam. Okazało się, że to Jeff. Od razu się na niego rzuciłam. Zaczęłam go okładać pięściami, a on się nawet nie bronił. Zaszokowało mnie to. Bo przecież język, w jakim swoje modły odprawiała Jana, wnioskował, że Jeff to zawodowy morderca, którego trzeba się pozbyć. A on ma taką słabą obronę? Dlaczego więc mnie nie atakuje?
-Emeli, jemu  na Tobie zależy. On da się zabić, byle byś była bezpieczna. - Wytłumaczył Jack zdejmując mnie z niego. Jane pomogła mu wstać. On otarł swoją twarz z krwi.Podszedł do mnie. Jack nadal mnie trzymał zwiększając nacisk.
-Puść  ją. Najwyżej mnie zabije.- Odparł Jeff. Jack spełnił jego prośbę.
Jane była czujna, wiedziała, że jeśli zabiję Jeffa, stanę się zagrożeniem dla wszystkich. W końcu po spełnieniu zadania, dostanę następne. Kto będzie następny?
O dziwo stałam spokojna. Jeff podszedł, popatrzył na mnie.
-Gdzie ta niebieskooka Emeli, która pokazała mi jak używać apteczki? Gdzie ta dziewczyna, która strasznie bała się swojego domu? Obroniłem Cię, pamiętasz?- Mówił. Milczałam, w środku kłóciłam się ze sobą. Kto ma rację? Jana, która tak strasznie namieszała mi w głowie? Czy Jeff, opowiadający wszystko, co zdążyliśmy razem zrobić? On kontynuował.- Gdzie do cholery dziewczyna, której udało się skraść moje serce?! No pytam się, gdzie?!-Zaczął mną trząść. Stałam bez ruchu. Coś pękło...
Czy on powiedział 'skradła moje serce' ?!
To niemożliwe.
Wszystko znów wróciło, jednak z mniejsza siłą. Rzuciłam się na niego dusząc go. Jeff znów się nie bronił. Był gotowy umrzeć.Puściłam go. Zdjęłam bluzę i wybiegłam z domu. Pofrunęłam w górę. Te skrzydła są straszne. Ciężko mi było utrzymać równowagę. Trzęsłam się na wszystkie strony.
W pewnej chwili zabolało mnie ramie. Nim zdążyłam zobaczyć dlaczego, zabolało mnie drugie ramie. To strzały. Dwie strzały. Dostałam. Spadam w dół. Znów spadam. To się nie skończy prawda?
-Wyciągnęłam strzały i popatrzyłam na ich właściciela. Stałam zakrywając się skrzydłami. Były jak moja tarcza. Nic się przez nie nie przebije. W pewnej chwili jednym trzepotem zdmuchnęłam go z ziemi. Wylądował kilkanaście metrów dalej.
Znów poszybowałam w górę osłabiona. Wylądowałam na dachu jednego z większych budynków miasta. Obserwowałam wszystko i wszystkich zadając sobie to najważniejsze pytanie.
-I co teraz?.




~/Eme ♥

sobota, 13 grudnia 2014

Rozdział 4

***
Jejku, cieszy mnie, że tak wam się podoba moja historia :D
***

 Spojrzałam mu w oczy i gdy już mieliśmy się pocałować, nagle zza skały przyszła Jane.
-AAAA Jeff, coś mnie ugryzło AAAA Strasznie boli, mógłbyś zobaczyć? - Krzyczała w niebo głosy.
Odsunęłam się od Jeff'a, usiadłam na skale i  czekałam aż sobie pójdzie. Byłam zła, tak blisko jego warg, jednak wciąż tak daleko.
On podszedł do Jane, ta chyba ma jakieś magiczne moce, bo oni zniknęli.. Zostałam sama na tej zasranej plaży.
Poszłam więc na jakieś wysokie skały, i zorientowałam się że to wodospad. Stanęłam na krawędzi, gdy nagle pojawili się Jeff z Jane.
-A no bo wiesz, to jutro tak? HAHAHAHA- Cała radosna Jane szła w moją stronę. Stałam na skarpie i patrzyłam w dół. Chciałabym nauczyć się latać, jak anioł..
-Tak Jane, a teraz możesz zostawić nas samych? - Pytał Jeff idąc za nią. Jane podeszła do mnie.
-Fruń aniołku.- Szepnęła mi do ucha i popchnęła w przepaść. Sama nie wiem jak to się stało, ale od samego spadania straciłam przytomność. Pamiętam tylko że nie umarłam. Nie kontaktowałam, ale wiedziałam, że Jane się śmieje. Wiedziałam, że Jeff'owi jest przykro.
Z góry zapewne nie było widać mojego ciała i miejsca upadku, gdyż było to między krzakami.
Ja nadal spadam, czuję że lecę w dół. Nie wiem jak długo jeszcze, ale jestem niewładna nad swoim ciałem.
Spadłam, czuję posadzkę. Ziemię, zimną ziemię i krew w ustach. Umieram?
Słyszałam krzyki z góry. To był Jeff. Zakłopotany wołał mnie. Lekko rozchyliłam usta, znów nie kontaktowałam.

***
Emeli znika aż do następnego rozdziału, nie umrze, nie martwcie się, teraz opisywać wszystko będę z punktu widzenia Jeff'a ;)
***

Stałem na tej zasranej górze i krzyczałem. Jane stała obok uśmiechnięta i wypinała swoje donice.
-EMELI, EMELI ODEZWIJ SIE. EMELI !!!- Ciągle odpowiadała mi cisza. Załamany sam nie wiedziałem co mam robić.
-Jeff, ona nie żyje. Wracajmy do domu..- Nakłaniała mnie Jane. Nie wiem dlaczego jej posłuchałem. Nie poszedłem sprawdzić na dół, czy dziewczyna, na której zaczęło mi zależeć jeszcze żyje.
Teleportowaliśmy się do mnie. Załamany usiadłem na kanapie chowając twarz w dłoniach. Mój wieczny uśmiech przestał mieć już sens. Jane usiadła mi na kolanach całując mnie po szyi. Na prawdę, miałem ochotę przerżnąć tą dziwkę już dawno, nawet zrobiłbym to teraz, tyle że nie mam humoru. Nastroju, nie mam ochoty na nic.
Jane widząc moje zakłopotanie stratą dziewczyny wstała, zdjęła swoją sukienkę i założyła jej bluzę.
-Będę Twoją Emeli. - Odparła z uśmiechem, podeszła do mnie i położyła głowę na moje kolana kierując ją w stronę mojego krocza.
-Jane daj mi spokój do cholery jasnej!! Nie prześpię się z Tobą, choćbyś była Króliczkiem Playboy'a!!- Zwaliłem ją z siebie zdenerwowany. -Zdejmuj jej bluzę, słyszysz?!
Jane zszokowana moim zachowaniem zdjęła bluzę, założyła sukienkę i poszła korytarzem przez salę do siebie. Jej zdenerwowanie zaciekawiło resztę towarzyszy i wszyscy od razu zjawili się u mnie. Tylko dziewczyny pobiegły dowiedzieć się co z Jane.

-Stary, coś Ty jej zrobił? Gdzie Emeli? Co tu się stało?- Dopytywał E Jack.
-Nic jej nie zrobiłem. Ja w porównaniu do was nie sypiam z kurwą ! Nic tu się nie stało ! Wynocha.! - Krzyczałem jak opętany. Bolało mnie to, że już nie zobaczę tej bluzy na jej ciele. Że już nie ma Emeli.
Wszyscy momentalnie wyszli, został tylko Eyeless.
-Czego tu jeszcze chcesz?! - Zapytałem znerwicowany.
-Gdzie jest Emeli? Czeka na zewnątrz? - Jack rozejrzał się po piwnicy, następnie wzrok zawiesił na schodach.- Eme, możesz do nas przyjść.
Słysząc jej imię usiadłem na kanapie chowając twarz w dłoniach. Pierwszy raz od tak dawna... Płakałem?
Jack przerażony podszedł do mnie, dał mi w twarz i zapytał znów.
-Gdzie Eme Ty Debilu?!
-Nie żyje.- Odparłem znów pogrążając się w płaczu.
-CO?! Jak to nie żyje?! Gdzie?!- Dopytywał.
-Spadła ze skarpy..
-A ktoś stał obok niej? - Drążył temat..
-Nie wiem, nie widziałem..
-Ty Przychlaście !!- Krzyczał na mnie Jack, również załamany. Przecież obiecaliśmy, że będziemy jej bronić!.

***
* Rozmowa Sally, Niny i Jane*
Wszystko z punktu widzenia Sally
***
Siedziałam na sali i jak zwykle rozmawiałam z Jack'iem, na temat naszych wspólnych wakacji, jak i również wspólnej przyszłości. Nagle zauważyłam Jane, zdenerwowaną, rozpłakaną, która wybiegła z korytarza prowadzącego do piwnicy Jeff'a. Bez zastanowienia pobiegłam za nią, a Nina za mną.
-Jane, co się stało? - Podeszłam do niej,kucnęłam przed i zapytałam spokojnie.
Nina kręciła się przy nas jak zwykle i gadała coś pod nosem.
-On mnie nie chce! Nie podobam mu się! Nawet zwalił mnie z kolan! Wszystko wina tej zasranej Emeli! Gdyby nie ona, już dawno byłby mój.- Krzyczała przez płacz Jane.
-Jak to? Co Eme zrobiła? Wydawała się w porządku. - Nie rozumiałam, przecież była miła, nie bała się nas, to co poszło nie tak?
-Wydawała. Prawie całowała się z Jeff'em ! Tak byś dłużej nie może. I ta skarpa..- Jane w jednej chwili rozpłakała się tak mocno, że nie mogłam wydusić z niej ani jednego słowa więcej.
Zostawiłam ją samą z Niną a sama poszłam do chłopaków.
Weszłam do piwnicy Jeff'a. Jego też zastałam zalanego łzami.
-Kotuś, Jane mówiła, że Emeli spadła ze skarpy.-Wyjaśniłam Jack'owi
-Tak, ale nie mogła spaść sama ! Stała przy niej Jane! - Wykrzyczał nagle Jeff.
-Przecież mówiłeś że nic nie widziałeś.- Odparł zdziwiony Jack
-Bo sobie przypomniałem. - Jeff otarł łzy i powędrował do pokoju Jane. Tam zastał ją  jak całowała się z Niną.

***
Wracamy do punktu widzenia Jeff'a
***
Chciałem to wszystko wyjaśnić z Jane. Zaniepokojony losem nowej znajomej poszedłem pogrążony w smutku do tej durnej krowy i co tam widzę?! Jak liże się z Niną.
-Nina?!- Odezwałem się zdziwiony. One oderwały się od siebie. Nina zakłopotana wyszła z pokoju dziewczyn. Zamknąłem drzwi i podszedłem do Jane.Dałem jej plaskacza nie patrząc na konsekwencje.
-Coś Ty jej zrobiła?!
-Bo.. Ja słyszałam jej myśli. Ona chciała polatać.. To myślałam, że umie.. Więc pomogłam jej zrobić krok do przodu.. Ja nie chciałam.-Tłumaczyła Jane. Wpadłem w jakiś totalny trans, lewe oko i ręka zaczęły mi drgać, wyciągnąłem nóż z bluzy i wymierzyłem cios w Jane. Nie chcę by ona jeszcze kiedyś pokazała mi się na oczy!
Moją rękę zatrzymała jedna z macek Slendera. Szarpałem się, by mnie puścił. Chciałem wymierzyć tej krowie sprawiedliwość. Przecież Emeli to człowiek, nie umie walczyć z nami, potworami! Jak można być tak bardzo zazdrosnym ?! To oczywiste, że nigdy nie byłbym z Jane. Nie po tym, jak puściła się ze wszystkimi.
Slender jako jedyny nie wiedział jeszcze o co chodzi. Chciał wyjaśnień.
-Dlaczego chcesz zabić Jane?- Zapytał spokojny.
-Ta krowa zabiła Emeli! Zrzuciła ją ze skarpy! Głupia kretynka! - Byłem w transie. Wybiegłem z domu dziewczyn i teleportowałem się do miasta, gdzie jest ta plaża, na której zginęła Eme.
Ujrzałem tam multum ludzi. Wszystkich po kolei zabiłem. Usiadłem na skale i wpatrywałem się w wodę powstrzymując rządzę zabijania.


***
Do historii dochodzi Jana The Killer, która już wieczorem zostanie dodana do zakładki 'Bohaterowie'
***

Nagle ujrzałem dziewczynę,bardzo podobną do Niny. Spacerowała sama po plaży i śpiewała pod nosem. Nim się zorientowałem, stała przy mnie. Była bardzo urodziwa. Spojrzała mi w oczy i nuciła coś pod nosem.
-Znam Twoje lęki. - Odparła po chwili. Wytrąciła mnie z hipnozy. Szybko stanąłem do walki, rzucając się na nią. Przyłożyłem jej nóż do szyi. Ona uśmiechnęła się do mnie chytrze. - Wiem czego pragniesz.
-Na prawdę? To czego?- Pokazałem jej język nadal trzymając nóż na gardle.
-Emeli Rockbell.. Zginęła tutaj dziś. Przez pewną kobietę. Ta kobieta. Pragnęła Ciebie.
Zamurowało mnie. Skąd ona to wiedziała!!
-Jesteś jakąś szamanką? - Zapytałem złażąc  z niej jednak nie tracąc czujności.
-Jestem kapłanką. Mogę podarować Emeli drugie życie. Jednak już nie jako człowiek. Musisz mi tylko powiedzieć gdzie ona jest.
Zaszokowany nie wierzyłem w to co ona do mnie mówi. Stałem jak jakiś przyjeb i patrzyłem na nią z rozchylonymi ustami. Miała taki słodki głosik.. NIEEEE
Jeff ogarnij się, tu chodzi o Eme.
Wskazałem kapłance wodospad, z którego spadła Eme. Ona spojrzała na mnie jak na debila.
-Przynieś mi jej ciało. Wtedy porozmawiamy.- Po czym zaczęła znikać.
-Czekaj, a jak Cię znajdę?- Odparłem.
-Będę tutaj przed drugim zachodem słońca. Masz jedną jedyną szansę.
Potem zniknęła. Schowałem nóż i pobiegłem w stronę wodospadu.



~/Eme ♥

Rozdział 3

***
Od tego rozdziału do opowiadania dochodzą nowi bohaterowie, których charaktery możecie znaleźć w zakładce 'Bohaterowie'
New- Hoodie, Masky, Slenderman, Jane The Killer, Nina The Killer, Ben, smile.jpg, Sally, Ticci Toby, Laughing Jack.
Do zakładki 'Bohaterowie' Dodałam również rodziców głównej bohaterki.

***

Zeszłam na dół , ujrzałam starą piwnicę i jakieś korytarze prowadzące nie wiadomo gdzie. Wszystkie te korytarze łączyła jakby jakaś ogromna sala, w której było mnóstwo kanap, około 3 lodówek, toaleta, zrobiona na odpierdol..
Najlepsze, że byli tam ludzie!
Dwaj chłopacy grali w karty, nie odzywając się do nikogo.
Jakaś pewnie świernięta laska tańczyła na stole a jakiś blondasek macał ją po dupie.. Co za patola..
Strasznie wysoki i szczupły facet bawił się z jakimś zmutowanym psem.. Matko.. Gdzie ja trafiłam..
To pewnie towarzystwo Jeffa..
Jedna dziewczyna wyglądała jak jakaś dziwka. Kleiła się do każdego po kolei nie patrząc czy jest on w związku czy nie.
-Co oni tu robią.. - Zadałam sobie to pytanie..
Nagle podbiegł do mnie ten straszny pies, zaczął na mnie szczekać a wzrok wszystkich skupił się na mojej osobie.
Dwaj kolesie, którzy rozkrajali jakiegoś faceta podeszli do mnie z nożami w rękach, mówiąc że będę następna, gdyż jestem człowiekiem.
-CO?! - Spojrzałam na nich jak na idiotów.- Na pewno nie dam wam się pokroić.
-Jesteś tego pewna? Laluniu?- Koleś przebrany za klown'a myślał, że mnie poderwie? Co za żałosny tekst haha
-Hahahahaha, ziomek Ciebie chyba coś boli hahahaha - Zaczęłam śmiać mu się w twarz.
Wtedy oni złapali mnie za ramiona i zanieśli na stół. Przywiązali pasami podnosząc moją bluzę.
Zauważyli moje blizny, popatrzyli na mnie i zaczęli ciąć mi brzuch. Krzyczałam w niebo głosy, gdy nagle zbiegli na dół Jeff i Jack.
Jeff od razu rzucił się na Tobiego i zaczęli się szarpać.
Dziewczyny jak i pies oraz karciarze olali to.
Jack skoczył jak widać na swojego imiennika waląc go pięściami po twarzy, by zostawił mnie w spokoju. Jeff przerzucił jednego z chłopaków przez ramie i bił go po twarzy w pewnej chwili wyciągając nóż. Wbił mu go w brzuch i zaczął powtarzać czynność. Jack natomiast szarpał się z Jack'iem.  To był taki nienaturalny, ale zarazem naturalny widok. W moim świecie też chłopacy nawalają się pięściami, tyle  że nie nożem ! Nie wyrastają im macki ! Nie rozcinają komuś brzucha !
 Ja natomiast patrzyłam na swój brzuch i krzyczałam z bólu. Podszedł do mnie ten wysoki anorektyk i zaczął zszywać mi brzuch. Następnie z jego pleców wyrosły macki. Złapał wszystkich po kolei i uniósł na wysokość 2 metrów. Po zaszyciu mojego brzucha przykucnął koło mnie.
-Witaj Emeli Rockbell. Nazywam się Slenderman. Przepraszam za moich przyjaciół, nie wiedzieli kim jesteś.- Mówił do mnie. Słyszałam jego ciężki ale ciepły głos. Najlepsze jest to, że on nie miał twarzy !!
-Jak Ty do mnie mówisz? Skąd znasz moje imię? Gdzie ja jestem? - Zadawałam pytania
-On mówi do Ciebie w myślach Eme. - Wyszczekał Eyeless Jack szarpiąc się, by znów dowalić imiennikowi.
-Jack uspokój się. - Powiedział Jeff również się szarpiąc.
-I kto to mówi, Wywłoko.- Zaczął Jack
-Stul pysk Debilu - Odezwał się Jeff.. Oboje zaczęli się szarpać.Slender mówił do mnie dalej.
-Oni mają rację, mówię do Ciebie w myślach Emeli. Znam Cię, gdyż mam ponad 100 lat, znam całe miasto, całą historię. Wszystko. Jesteś w naszej piwnicy spotkań. Gdy nie mamy co robić, siedzimy tutaj i robimy przeróżne rzeczy.
-Okeej.. Wiec skoro wy mnie znacie, ja chcę poznać was.- Odparłam do wszystkich tutaj zgromadzonych. Wszyscy skupili na mnie swój wzrok. Slender wypuścił ich z masek, oni się otrzepali i po kolei się przedstawili.
-Jestem Ticci Toby, Słodziutka- Odparł jeden z chłopaków poprawiając sobie okulary.
-Hehehe, Masz branie jak krowa na sianie, Jestem Laughing Jack - Dodał imiennik Eyeless'a.
-Twoje suchary są żenujące Jack'uś, No nic, witaj w naszych szeregach Emeli, jestem Jane. - Wtrąciła dość wysoka dziewczyna, w skąpym stroju poprawiając włosy.
-To nie ma sensu, dajcie sobie spokój.- Dodała dziewczyna w różowej sukience.
-Oh Sally przestań. Czeeeeeeeeeeeeeeeeeeeść Emeeeeeeeeliiii Jestem Ninaaaaaa - Przedstawiła się jakaś szurnięta laska podchodząc do mnie i kręcąc się wokół. Wyglądała jak psychicznie chora.-A to mój przyjaciel Ben - Dodała obejmując niskiego blond elfa ramieniem.
Spojrzałam na kącik gdzie siedzieli dwaj chłopacy i grali w karty.
-A oni to?
-To Hoodie i Masky.. Oni wolą swoje towarzystwo.. Nie dogadasz się z nimi.. - Wyjaśnił mi E Jack
-A ten pies?
-To moja psinka. Prawda, że słodka?- Zaczął słodzić Jeff przytulając psa.- Wabi się Smile.
-Czemu mnie to nie dziwi... Chcę do domu..- Odparłam znudzona.
-Nie możesz iść. Nie w tym stanie.- Tłumaczyła Jane- Przepraszam za moich kolegów, są strasznie nieogarnięci. - Dodała, po czym podeszła do Jeff'a. Przytuliła go, ale widać on nie zwracał na to uwagi. Zaczęła się do niego kleić.
Odwróciłam wzrok, jak na dziś miałam dość lovelasów.
Nina i Ben poszli dalej tańczyć na stole. Slender był w trakcie rozmowy z Toby'im, i uleczał go. Sally rozmawiała pewnie na jakiś ważny temat z Eyeless'em, bo była strasznie opanowana. No, chyba że zawsze taka jest. Hoodie i Masky nadal grali w karty.
Nagle podszedł do mnie Laughing Jack.
-Emeli, jesteś z Brukseli? Bo właśnie tam widziałem takie dupeczki.- Spojrzałam na niego jak na debila, w mojej głowie zapiszczał świerszcz, na znak, że był to totalny suchar.
-Daj mi spokój. Chciałeś mnie pokroić !!
-Oj Emeli przepraszam, może dasz się wyciągnąć na jakąś małą randeczkę? - Kontynuował.
-Chyba jednak nie, ona woli prawdziwych mężczyzn, a nie jakieś klown'owate wywłoki. Więc umówi się ze mną.- Podszedł do nas Toby wygłaszając swój monolog... Bosh.
Wstałam więc z stołu, by oni na spokojnie mogli się kłócić, który z nich zabierze mnie na pseudo randkę. Podeszłam do dużej kanapy i usiadłam na niej. Doskonale słyszałam wszystkie rozmowy Sally z Eyeless'em i Jane z Jeff'em. Dla sprostowania, usiadłam tam przypadkowo, nie specjalnie.
Zaciekawiły mnie ich rozmowy.
-Jack, ja już nie mogę tak czekać, jeszcze ta dziewczyna.. Co to ma być?! Nie zależy Ci na mnie?! -Mówiła Sally.
-Sally, Kotuś to nie tak, po prostu nie mogłem pozwolić by Jeff niewinnie ją zatłukł. Musiałem coś zrobić.- Bronił mnie Jack.
-A co ona domu nie ma?! Rodziców?! To śmiertelniczka, zdradzi nas, wyda i co wtedy?!- Nagadywałą Sally dalej..
-Słońce, ona nic nie powie.. W końcu jest molestowana w domu.. - Palnął Jack.
Nagle wszystkie oczy skierowały się w moją stronę, rozejrzałam się po twarzach wszystkich. Milczałam. Po chwili wszyscy wrócili do swoich zajęć. Wyszło na to, że Sally i Jack byli parą.. Trochę szkoda, bo chłopak jest naprawdę super.
-Jeff'uś chooodźmy do mnie, pokażę Ci moją nową piżamkę.- Naciągała Jane.
-Nie chce mi się, przebierz się i przyjdź.- Spławiał ją Jeff.
-Ale wolę byś ocenił ją sam.- Ciągnęła Jane.
-Nie chce mi się, muszę pilnować Eme.- Dodał Jeff zostawiając napaloną dziewczynę samą i podszedł do mnie. Usiadł obok i zagadał.
-Jak się czujesz?
-Nic mi nie jest, idź do niej, bo jeszcze mnie zadźga w nocy.- Odpowiedziałam.
-Coś Cię boli? Ona puściła się tutaj z każdym, nawet ze Slenderem..
-A co mnie to obchodzi?- Zwiodłam go na inny trop. Tak naprawdę byłam zła, iż ona robi TO dla przyjemności, a ... a ja nie.. Zdenerwowana wstałam, i wyszłam tym samym korytarzem co wcześniej trafiając do domu Jeff'a. Zabrałam swoje rzeczy łapiąc się za ledwo co zszyty brzuch. Ubrałam bluzę na siebie i wyszłam z piwnicy.
Jeff szybko pobiegł za mną biorąc ode mnie torbę i zatrzymując na chwilę.
-Chcesz tam wrócić? - Zapytał patrząc mi w oczy.
-Nie, po prostu nie chcę być w Twoim towarzystwie. Chcę być teraz sama.- Dodałam wyruszając w dalszą wędrówkę donikąd.
-To będziesz sama ze mną. - Odparł Jeff idąc za mną, i asekurując w razie czego.
Wędrowaliśmy w ciszy przez las. Nagle natrafiłam na ten stary dom, który widziałam gdy byłam pijana.
-To dom dziewczyn. Nie radziłbym tam iść.- Wytłumaczył Jeff.
-Zabierz mnie gdzieś gdzie nikt mnie nie znajdzie..- Poprosiłam.
W mgnieniu oka Jeff złapał mnie za biodra i rozpłynęliśmy się w powietrzu. Ślad po nas zaginął.

Gdy otworzyłam oczy znajdowałam się na jakiejś polanie. Ubrana w to co wcześniej. Było strasznie zimno. Jeff siedział na ziemi i trzymał mnie na kolanach. Szybko z niego wstałam siadając na jakimś pniu. On nie zmienił miejsca.
-Co to znaczy gwałt? - Zapytał po chwili ciszy.
-Opowiem Ci, jeśli powiesz mi gdzie my właściwie jesteśmy.- Postawiłam mu warunek.
-Aktualnie znajdujemy się w Kanadzie, tam gdzie wcześniej. W którymś z opuszczonych lasów. Czyściłem je wszystkie z ludzi, nie martw się, nikt nas tu nie znajdzie.- Wyjaśnił mlecznoskóry.
-No dobrze.- Odparłam.- Więc gwałt to jest to, co widziałeś przez moje okno.
-To co robił Ci ten dziad? Dlaczego się nie broniłaś?- Wypytywał.
-Mogłeś się przypatrzeć. Nie miałam jak..- Wyjaśniłam.
-Bolało? - Zapytał z troską w głosie.
Skinęłam głową, on się zdenerwował.Popatrzyłam w ziemię, by uniknąć jego wzroku.
-Eme,jeśli to się powtórzy, powiedz mi. Ja go też zgwałcę. - Dodał Jeff całkiem opanowany.
Spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem
-Nie gwałć go. To mój ojciec.
-O-Ojciec?- Zapytał Jeff.- Ja swojego zabiłem.- Dodał
-Tak wiem, czytałam..
Milczeliśmy. Z jednej strony nie miałam zamiaru mu się zwierzać, z drugiej jednak chciałam..
Ku mojemu zdziwieniu Jeff pochylił się nade mną, przytulił i powiedział to: !!!!!!!
-Eme, przepraszam, że Cię uderzyłem.  Przepraszam, że dałem Cię pokroić. Przepraszam, że Cię nie obroniłem przed ojcem. Strasznie Cię przepraszam.
-Jeff przestań. - Odepchnęłam go od siebie.- Nie byłeś w stanie. Uderzyłeś mnie, bo sama zaczęłam. Należało mi się. Nie pokroili mnie, przecież żyję. Nie obroniłeś mnie, nie obroniłbyś mnie i tak. To się ciągnie już dobre 4 lata..
-Co?! Dlaczego nic nie mówiłaś?!- Wypytał.
-Nie znaliśmy się.. -Odparłam.
Skuliłam się na pniu.
-Chcę do domu.- Dodałam po chwili.- Jest mi zimno.
-Dobrze, pod jednym warunkiem. Wejdę z Tobą.- Odpowiedział.
-Ok, tylko tak  by Cię nikt nie widział,..
Wstałam, zawieszając torbę na ramieniu. On podszedł do mnie, przytulił i zabrał torbę. Teleportowaliśmy się.

Po dłuższej chwili otworzyłam oczy. Znajdowałam się w swoim pokoju w samej bieliźnie. Leżałam na łóżku przykryta pościelą. Na fotelu siedział Jeff w samych bokserkach. Przetarłam oczy.
-Ubierz się !! - Nakrzyczałam na niego.
-Dobra już no, Ty też się ubierz.. - Odpowiedział uśmiechając się do mnie. Spojrzałam na siebie i zakryłam kołdrą rumieniąc się. Jeff założył spodnie i bluzę, usiadł obok mnie i skakał dupskiem po moim łóżku. Uśmiechnęłam się.
-Możesz położyć się koło mnie, tylko zdejmij tą śmierdzącą bluzę. - Odparłam pokazując mu język.
Ten szybkim ruchem zdjął bluzę i usadowił się obok mnie w łóżku. Wtuliłam się w jego klatę. Była taka duża i miękka.
Nagle do pokoju wszedł ojciec.
-A co tu się dzieje?! Ale mi już się stąd wynoś! - Skierował swe słowa do Jeff'a. Był zazdrosny.
Jeff wstał, założył bluzę i buty i wyszedł zasłaniając policzki. Przed wyjściem specjalnie dał mi buziaka w policzek.
Myślałam, że naprawdę sobie pójdzie, zapomni o mnie i wszystko wróci do normy. Jednak dotrzymał obietnicy. Po chwili zjawił się za oknem.
Ojciec zrzucił kołdrę i zobaczył mnie w samej bieliźnie.
-Ty dziwko jedna! Ty suko! Ja Ci dam się pieprzyć po nocach !  - Krzyczał na mnie zdejmując pasek i bijąc po ciele.
-Przecież z nim nie spałam !!- Broniła się.
Krzyczałam z bólu gdyż dostałam skórzanym paskiem po brzuchu, na którym miałam szwy.
Ojciec pochylił się nade mną i już miał brać się do roboty, jednak do pokoju wparował Jeff. Oczywiście przez okno. Wyciągnął zza bluzy nóż i wymierzył ojcu prosto w serce. Dźgał go kilka razy aż ten padł martwy na ziemię.  Wydawać się może, iż to już koniec. Jednak nie dla prawdziwego mordercy. Jeff pochylił się nad ojcem, wyciął mu na twarzy uśmiech i wydłubał oczy. Następnie polał go niedopitym piwem, stojącym na szafce. Podszedł do mnie, zdjął swoją bluzę i kazał założyć. Bez zastanowienia ubrałam ją. Założyłam też buty. Jeff wziął moją torbę , zawiesił na ramie, kazał wyjść.
Wybiegłam z domu, gdyż wiem co kombinował. Zabrał do drugiej torby resztę moich 'ciekawych rzeczy', m.in. perfumy, pościel. itp itd. Następnie rzucił na ojca zapalniczkę, a ten stanął w płomieniach. Jeff wyskoczył przez okno. Odsunął się od domu ocierając spoconą rękę o klatę. Matko, sam sex *-*
Podszedł do mnie, złapał za rękę i zniknęliśmy.

Otworzyłam oczy w jego piwnicy. Leżałam wówczas na kanapie a Jeff krzątał się by zrobić mi coś do jedzenia.
Nagle przyszedł Jack wraz z Sally trzymając się za ręce.
-O Eme, jak się czujesz?- Nie odpowiedziałam na pytanie Sally. Byłam w szoku.
-Ona? Właśnie idzie coś zjeść.- Uśmiechnął się Jeff pokazując mi język.
Szczerze? Cieszyłam się że ich poznałam.
Nim się zorientowałam, Jack i Sally zaczęli się całować. Do piwnicy weszli wszyscy oznajmiając coś.
-Jeff, zaszła mała zmiana. Ty, Eme i Smile będziecie mieszkać tutaj. Ja z Sally bierzemy dom Ben'a. Natomiast Ben idzie do Jane i Niny. One się zgodzili. Co wy na to? - Zapytał Jack
-Ja mam swój dom..- Odparłam.
-Tak Eme, mieszkasz ze mną.- Wyprostował Jeff.- Ja się zgadzam.- Dodał po chwili.
Jane spojrzała na mnie groźnym wzrokiem. Była zazdrosna.
-Tylko tam bez szaleństw, seksiaki- Zaśmiał się L. Jack.
-Bez przesady..- Dodałam. Wstałam i zorientowałam się że jestem w bieliźnie..- Jeff, czy jak już nas teleportujesz, mógłbyś mi zostawić ubrania?!
Chłopacy zaczęli gwizdać. Nawet Eyeless Jack zawiesił na mnie swój wzrok, co niezbyt podobało się Sally.
Owa dziewczyna wraz z Jane i Niną wyszły. Panowie zostawi. Wsunęłam się z powrotem pod kołdrę. Wszyscy opuścili nasze 'mieszkanie'. Postanowiłam trochę tutaj pozmieniać. W końcu miałam zacząć tu mieszkać.
W tej jednak chwili postanowiłam się zdrzemnąć.  Wstałam, rozłożyłam kanapę i kładąc znów wtuliłam się w kołdrę.
Ku mojemu zdziwieniu Jeff zostawił wszystko, co robił wcześniej, przecież miał okazję. Zdjął buty i spodnie. Położył się tuż za mną wtulając w moją szyję. Swoją rękę zawiesił na moim biodrze bawiąc się palcami. Był ciepły. Tak strasznie ciepły..
Nie spałam, udawałam. On szeptał mi do ucha kołysankę, bym spokojnie usnęła. Nie mogłam zasnąć z tego powodu, iż zawsze spałam sama. A tu nagle mam spać z kimś?! To dla mnie trudne.
-Wolałabym spać sama.- Odparłam.
-Nie mam drugiego łóżka, a też chcę sobie poleżeć..- Tłumaczył się Jeff.
-No dobra.. - Odwróciłam się w jego stronę, z bliska spojrzałam na jego twarz-Przynieś apteczkę na chwilę..
-Eee, a co to? - Zapytał.
-Takie coś czerwone z białym krzyżem na środku.- Wytłumaczyłam.
-Aaaaaa, zestaw lekarza.- Objaśnił Jeff po swojemu.
Wyszedł z kanapy i przyniósł mi nietkniętą apteczkę. Podniosłam się, otworzyłam ją. Nalałam trochę wody utlenionej na wacik i przyłożyłam mu do zakrwawionego policzka. Nawet nie zauważyłam, kiedy Toby mu przywalił siekierką po twarzy. Eh, to podłe.
Opatrzyłam jego rany. Gdy ten nagle palnął.
-Co powiesz na spacer?
-He?- Odpowiedziałam zdziwiona.
-Na spacer, najlepiej po plaży. Tylko musisz się ubrać.
Zdziwiona jego zachowaniem przyglądałam mu się. On wstał, założył bluzę i spodnie, poprawił włosy i czekał aż się ubiorę. Wstałam więc, wyciągnęłam z torby pierwsze lepsze ubrania. Były to :

  • koszulka w paski (granatowo szara) 
  • spodenki jeans'owe.
Przyodziana czekałam na jego reakcję. Ten w mgnieniu oka przeniósł nas na dziką plażę. Złapał za rękę i poprowadził wzdłuż plaży.Było bosko. Słońce świeciło tak jasno, jak jeszcze nigdy. Było straasznie gorąco. Fale obijały się o brzeg. Stanęłam jak wryta, rozpuściłam włosy, by poprawić ich splot w koka, jednak Jeff podszedł do mnie od tyłu, wyrwał mi gumkę i wyrzucił. Poprawiłam więc włosy zostawiając rozpuszczone. On objął mnie od tyłu, położył głowę na moim ramieniu i patrzył na mnie. Spojrzałam mu w oczy i... 





Muzyka akurat do ostatniego fragmentu :) 
↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓
https://www.youtube.com/watch?v=ZemMpJmV6aA

~/Eme ♥

piątek, 12 grudnia 2014

:)))

Wstawię tutaj taki tekst, który utknął mi w głowie. Według mnie jest bardzo realny.. Taki życiowy.. Poczytajcie sami..


Mówili, że lalki nie mają duszy, że nie skrywają pod swą delikatną powłoką serca, które mogłoby kochać, że nie obserwują, bo nie potrafią patrzeć, a ich oczy są jedynie szkłem. Bo to przecież zabawki, ozdoby mające służyć przez krótki czas, by później zostać porzucone i zapomniane. Myśleli, że nie poczują, że nie zatęsknią za swoim właścicielem, przecież nigdy nie traciły ze swych twarzyczek spokojnego uśmiechu. Wydawały się tak nierealnie wesołe, nawet jeśli głęboko w sobie skrywały smutek i rozgoryczenie. Maskowały to,  były jak dobre aktorki, nieustannie trzymając tę samą maskę. Nie dopuszczali do siebie myśli, że one wcale tego nie chciały. Pragnęły wolności, ale oni byli ślepi, trzymali je w zamknięciu tylko po to, by później je porzucić.


Mi się podoba, a wam? ^^

:)

Drodzy czytelnicy, w zakładce '' Bohaterowie'' pojawiły się nowe postacie, które ujrzycie już w następnym rozdziale :)

~/Eme ♥

Rozdział 2

Obudziłam się około południa strasznie zmęczona i poobijana. Wokół mnie kręcił się lekarz razem z moją matką.
-Nic mi nie jest.. Dajcie mi spokój..- Odpychałam ich od siebie. Nie chciałam z nikim rozmawiać.
-Emeli kto ci to zrobił? - Pytała matka zdenerwowana.
-Nikt, nie pamiętam. Możecie wyjść?- Rozglądałam się po pokoju. Wzrok zawiesiłam na oknie. Za nim zauważyłam że na drzewie siedzieli dwaj mordercy. A jednak mi się nie przywidziało.
Lekarz z matką wyszli z mojego pokoju zawiedzeni moim brakiem chęci do rozmowy. Szybko wstałam z łóżka, wzięłam mój laptop i go otworzyłam. Zanim się włączył zdążyłam wstać. Zorientowałam się, że stoję w samych majtkach i staniku, więc  zamknęłam drzwi i ubrałam się w  grubą bluzę oraz leginsy. Wróciłam do łóżka i wpisałam na necie 'Jeff The Killer' weszłam w pierwszy link. Zaczęłam czytać.
Po skończeniu nowej lektury wpisałam drugie hasło, tyle że już na tej stronie, na której byłam.
Klikałam na klawiaturze poszczególne litery tworząc hasło ' Eyeless Jack'.
Również wciągnęłam się w lekturę, by cokolwiek o nich wiedzieć. Gdy skończyłam czytać, wyłączyłam laptopa. Nagle ktoś dobijał się do mojego okna. Tak, okna. To dziwne, bo mieszkam na 1 piętrze.
Wstałam, podeszłam i otworzyłam je. Do mojego pokoju weszli obaj panowie.
Jeff od razu rzucił się na moje łóżko rzucając pod nosem 'cześć'.
Jack jednak podszedł, przytulił mnie.
-Jak się czujesz Emely...- Nagle się zawiesił, bym znów na niego nie nakrzyczała.Uśmiechnęłam się delikatnie, wzięłam długopis i napisałam mu na ręce imię 'Emeli' , by zapamiętał.On powtórzył pytanie.- Jak się czujesz Emeli?
-Dobrze, dziękuję za troskę.- Odpowiedziałam i od razu usiadłam na krześle.
-Czemu masz takie ślady na ciele? - Zapytał znów Jack.
-Bo.. A z resztą co to? Jakiś wywiad?- Zawiesiłam wzrok na Jeffie, który spoglądał do moich szafek.- Możesz nie szperać mi po szafach?
-Ty w moich grzebałaś, więc ja też mogę. - Odpowiedział mi Jeff, po czym wyciągnął stanik i założył sobie na głowę.- Bardzo dziwna czapka.
Mina mi spoważniała, wstałam, podeszłam i zdjęłam mu stanik  z głowy. Włożyłam go do szafki. Jeff chwycił mnie w biodrach i położył na łóżku.
-Masz nerki prawa? - Trzymał moje ręce i nogi tak mocno, że ojciec nie dorównywał mu do pięt. Zaczęłam się szarpać. Nigdy nie lubiłam tak leżeć. On chyba nie zwracał na mnie  uwagi.. - Jack, chodź, musimy to zakończyć.
-Co? Przecież nic nie powiedziała.. Jeff dajmy jej czas..- Bronił mnie Jack, ja całkiem nie wiedziałam o co chodzi. Jeff wstał ze mnie dając mi w twarz. Podniosłam się i milczałam.
-Jack, ona nas wyda. I nosiła moją bluzę..-Oburzał się Jeff- Poza tym jest jakaś psychiczna. Nie przepadam za nią. Jestem głupi że jej wczoraj nie dobiłem..
Spojrzałam na nich i coś zakuło mnie w środku.
-To dobij. Proszę bardzo, czekam.- Odpowiedziałam po chwili ciszy.
Oni dwaj chyba się przyjaźnili, bo działali w zgodzie.
-Dobra. Bardzo chętnie.- Jeff odwrócił się w moją stronę. Zaczęła mu drgać ręka i lewe oko. W ręce trzymał nóż i zmierzał w moją stronę. Nagle Jack usiadł przede mną łapiąc mnie za rękę, by upewnić się, że jestem tuż za nim.
-Zostaw ją Jeff.. Ona nic nie powie. Proszę.- Tłumaczył się Jack.
Jeff zrezygnowany schował nóż i wyszedł. Nie wiem gdzie poszedł, byłam skupiona na Jacku.
-Eme nie martw się, daj mu trochę czasu. Tylko nikomu nie mów.. - Pocałował mnie w czoło i wyskoczył z okna. Potem zniknął. Wstałam leniwie i zamknęłam je. Otworzyłam drzwi zmierzając po schodach na dół. Mamy i lekarza nie było. Ojca też nie słyszałam.
Przeszłam przez salon dostając się do kuchni, skąd wzięłam butelkę wody i wróciłam do pokoju. Ku mojemu zdziwieniu siedział tam ojciec.
Rozejrzałam się panicznie po pokoju i znalazłam nóż, który zostawił Jeff. Odstawiłam butelkę na ziemię i podbiegłam do szafki chowając narzędzie zbrodni wielu ofiar do szafki. Nim się zorientowałam ojciec stał już obok mnie. Szarpnął za ramię przewracając na ziemię. Mimo iż było mi tak niedobrze, on miał 'ochotę'.
Rozebrał się jak i również mnie. Nie miałam siły się bronić. Bolał mnie brzuch, ale szarpałam się. Znów we mnie wszedł.
Cały ten koszmar przez okno widział Jeff i Jack, którzy wrócili się po nóż. Niestety, nie zareagowali. Czekali aż będę sama w pokoju.
Po godzinie ojciec wyszedł zostawiając mnie całkiem nagą na łóżku. Ubrałam się w to co miałam na sobie wcześniej. Wyciągnęłam z szafki nóż Jeffa i usiadłam w koncie pokoju. Podciągnęłam rękaw, cięłam głębokie rany. Następnie przyłożyłam nóż do gardła, byłam  gotowa odebrać sobie życie, by ten koszmar się nie skończył.
W ostatniej chwili Jack rozbił szybę i wszedł do środka, podbiegł do mnie zabierając mi nóż i rzucając go Jeffowi, który wszedł jak Król, zlizał krew z noża i zamknął drzwi na klucz, by czasem ojciec się nie wrócił. Jack spojrzał na mnie panicznie, nie wiedział co ma ze mną zrobić. Jeff rzucił tylko.
-Co on Ci zrobił?
Nie odpowiedziałam, byłam przekonana, iż o tym wie, tyle że chce usłyszeć to z moich ust.On powtórzył pytanie kucając przy mnie.
-Co on Ci zrobił? Jak to się nazywa? Jakaś nowa zabawa?
Spojrzałam na niego i strzeliłam mu plaskacza, on złapał moją rękę i  wykręcił ją. Jack zaczął od razu go szarpać, by mnie puścił. Ten wypuszczając powietrze z ust uczynił prośbę przyjaciela. Spojrzał mi w oczy i bezczelnie zaczął się śmiać.
-Masz bardzo ładne ciało.- Dodał nadal patrząc mi w oczy.
-Odwal się. - Splunęłam mu na twarz i skuliłam się bardziej.Jeff starł z twarzy moją ślinę i chciał mnie uderzyć, jednak Jack stanął w mojej obronie. Zaczęli się szarpać na środku mojego pokoju. Ja płakałam skulona w kącie.
-Przestańcie ! - Krzyknęłam po chwili, gdy Jeff dusił Jack'a na ziemi.
Wstałam i podeszłam do nich by ich rozdzielić. Zrobiło mi się słabo i upadłam na plecy Jeffa. On bezczelnie zrzucił mnie z siebie. Jack złapał mnie w ostatniej chwili i wtulił w siebie. Był naprawdę bardzo kochany.
-Jeff, proszę Cię, musimy ją zabrać do Ciebie.
-No dobra. Wezmę ją, ty weź jej jakieś ubrania czy tą dziwną czapkę.-Odpowiedział ubłagany Psychopata.
-To stanik Jeff.. To się na klatę zakłada..- Tłumaczył mu Zamaskowany.
-Dobra, nieważne. - Jeffowi było głupio, że nie wiedział co to stanik, ale to nie pierwsza rzecz, o której nie wiedział.Wziął mnie na ręce i usiadł się na łóżku. Jack w tym czasie wziął tą samą torbę co ostatnio i pakował do niej moje ubrania. Nagle w mgnieniu ona wszyscy 'wyparowaliśmy' z mojego pokoju. Do drzwi dobijał się ojciec..

***
Gdy dotarliśmy do piwnicy Jeffa, postawił mnie na ziemi i wszedł do środka. Jack poprawił torbę na ramieniu i wziął mnie na ręce zanosząc do środka. Posadził mnie na kanapie i zaczął opatrywać moje rany. Jeff śmiał się pod nosem.
-Dlaczego on Cię gwałci,Eme? - Zapytał Jack po chwili. Było widać, że jest bardziej rozeznany w problemach ludzi niż Jeff.
-Dlaczego Eme?- Zapytałam zdziwiona.
-Nie mam pamięci do imion, Eme to skrót od Twojego imienia i od mojej wersji Twojego imienia. Tak mi łatwiej. - Wytłumaczył jak jakiś filozof.
-Aha, okej.- Odparłam.- Nawet fajnie.. Eme..
Jeff milczał, czekał na wytłumaczenie słowa 'gwałt'.Jack jednak powtórzył pytanie.
-Dlaczego on Cię zgwałcił?
Nie odpowiedziałam. Było mi ciężko.
-A co to gwałt?- Palnął Jeff po chwili.
-To co robił ten facet naszej Eme.- wytłumaczył mu Jack.
-Też chcę spróbować, ona ma fajne ciałko. I ona jest Twoja, nie nasza.- Odparł Jeff.
-Mało ważne, musisz mi pomóc jej bronić. Nie możemy pozwolić by ten pedofil ją znów dotknął.-Dodał Jack.- A no i pedofil to facet który zachowuje się jak koleś który bawił się Eme.- Wyprzedził odpowiedź na jeszcze nie zadane pytanie.
-Aha, no dobra.To kiedy też mogę popróbować? - Zapytał Jeff uśmiechając się do mnie szyderczo.
-Jeff.. Nigdy. -Dodał stanowczo Jack.- Nie zrobimy jej tego. Bynajmniej nie ja.
Brunet wstał i położył mnie na kanapie, przykrył kocem i stwierdził, że muszę odpocząć. Sam wyszedł do lasu pomyśleć.
Zostałam sam na sam z Jeff'em. Obawiałam się tylko tego, by nie podszedł i nie pobawił się w mojego ojca.
Ten jednak kucnął przede mną, popatrzył na mnie, odkrył i przyglądał się moim blizną na brzuchu.
-Masz fajny brzuch. Taki miękki. -Stwierdził dusząc mnie po nim.
-Auć, zostaw mnie. - Podniosłam się i zabrałam z siebie jego łapska.- Nie dotykaj mnie.
-Dobrze, wybacz. Przepraszam.- Przewrócił oczami Jeff.- A może mogę wypróbować?- Po czym się uśmiechnął.
Miał wtedy tak zajebisty wyraz twarzy, że chyba bym się zgodziła, jednak wiem co za tym idzie..
-Nie, fuj. Z Tobą, nigdy. - Odparłam dając mu plaskacza.
-Możesz przestać mnie bić? -On mi oddał w formie spoliczkowania.
-Nie. Bo to nie ja  biję kobiety. - Znów strzeliłam mu w twarz.
Jeff nagle pochylił się nade mną , miałam wrażenie, że zaraz coś się stanie. On cmoknął mnie w czoło i  wyszedł za Jack'iem. Zostałam sama. Wstałam, by rozejrzeć się po piwnicy Jeffa. Nagle za szafką zauważyłam drzwi. Delikatnie rozsunęłam ją i kopnęłam w drzwi, by się otworzyły. Chwyciłam za klamkę, okazało się, że jest otwarte. Cofnęłam się po latarkę i zeszłam na dół całkiem boso.
Doznałam szoku...
Moim oczom ukazał się...





~/Eme. ♥

czwartek, 11 grudnia 2014

Rozdział 1

Całą nos spędziłam w kącie. Jest już 7:30 a o 8 mam zajęcia.
Dziś odpuściłam sobie zajęcia w szkole, jak zawsze po takiej 'akcji'.
Musiałam odetchnąć. Wzięłam torbę, spakowałam do niej butelkę czystej i paczkę LM no i oczywiście zapalniczkę , jak zawsze z resztą. Zeszłam na dół, ubrałam buty i wyszłam z domu. Szybkim krokiem, by czasem ktoś za mną nie powędrował poszłam do pobliskiego lasu. Nikt tam nie chodził, wszyscy bali się jego gęstości. Ja wychowałam się w tym lesie. Mam tutaj swoje miejsca.
Usiadłam pod najbliższym drzewem, wyciągnęłam fajki i zapaliłam jedną jednocześnie odkręcając butelkę czystej. Zaciągnęłam się i wzięłam dużego łyka. Oczy miałam jeszcze zaspane i było mi zimno. Olałam to. Siedziałam dalej, czułam na sobie czyiś wzrok. Olałam to i piłam dalej.
Fajka po fajce znikały z opakowania, aż w końcu i butelka i paczka były puste. Doszczętnie wstawiona wstałam i powędrowałam głębiej w las. Natrafiłam na stary, chyba opuszczony dom. Usiadłam na hamaku przed wejściem i się bujałam. Z racji tego, że miałam swoje we krwi zaczęłam się śmiać jak głupia.
Mamy jesień. Z rana i wieczorem jest mgła. Nic nie było widać tylko poszczególne drzewa. Nadal czułam na sobie czyjś wzrok. Znów to olałam.
Po godzinie bujania zrobiłam się głodna. Wstałam więc by iść do domu, jednak całkiem straciłam wyczucie, gdzie właściwie się znajduję. Poszłam więc prosto przed siebie,gdzieś ten las musi mieć koniec, no nie?
Zataczałam się od jednego drzewa do drugiego, nagle znalazłam moją torbę.Wnioskować można, że byłam na dobre drodze do domu. Podniosłam torbę, zarzuciłam na ramię i poszłam dalej przed siebie. Usłyszałam kroki za sobą, odwróciłam się, nikogo nie było. Z powrotem wróciłam na moją trasę, patrząc w ziemię. Nagle na kogoś wpadłam. Był to wysoki chłopak, znacznie wyższy ode mnie. O 1,5 głowy.. Czyli jakieś 40 cm? Może więcej.
-Patrz jak leziesz no.. - Powiedziałam podnosząc na niego wzrok. Miał na sobie białą bluzę i czarne spodnie. Twarz idealnie zasłonięta włosami i kapturem.- No wyjazd, przejść chcę no.- On tylko pochylił się nade mną, powąchał i przepuścił mnie.. Poszłam więc dumna do wyjścia z lasu. Usłyszałam dokładnie co on powiedział.. Mianowicie.. '' Eh, pijana.. Dziś się nie zabawię''. Odkrzyknęłam, że nie jestem dziwką, ale chyba nie o tym mówił..
Gy dotarłam pod dom ujrzałam ojca leżącego na kanapie i matkę krzątającą się po kuchni. Chwiejnym krokiem poszłam do pokoju. Pedofil chyba widział w jakim jestem stanie, bo nie przyszedł do mnie.
Ja od razu jak tylko się położyłam, zasnęłam.

***
Obudziłam się wieczorem, ok godziny 21. Wszyscy już spali, bynajmniej tak się mogło wydawać. Zapaliłam lampkę i ujrzałam, iż na fotelu pod oknem ktoś siedzi. Tym kimś był oczywiście ojciec.
Pisnęłam pod nosem, jednak on zdążył już do mnie podejść.
-Czy ten koszmar kiedyś się skończy?- Zapytałam przez zaciśnięte zęby i strzeliłam mu plaska. -Zostaw mnie, słyszysz?!
Ojciec bez słowa zacisnął swoje łapy na moich nadgarstkach, co bardzo mnie bolało, gdyż miałam tam świeże rany po nożu. On chyba jednak wiedział o co chodzi, bo zaciskał mocniej. Gdy miałam już płacz na wierzchu, puścił mnie i zabrał się do roboty. Tym razem nie rozebrał też mnie. Wolał bardziej, bym zrobiła mu gałę.
Wepchnął mi swojego członka głęboko do gardła, prawie zwymiotowałam. Zaczął poruszać. W pewnej chwili zacisnęłam oczy i szczękę na jego fiucie.. Bądźmy szczerzy..
On runął na ziemię i zwijał się z bólu krzycząc że jestem jakąś pojebaną smarkulą, a nie wiem. Nie słuchałam go. W tym samym czasie wzięłam dużą, pakowną torbę i  wszystkie ubrania z półek w szafie wrzuciłam do niej. Jako tako pamiętałam drogę do tamtego opuszczonego domu. To była moja jedyna szansa..
W biegu zakładałam buty i kurtkę. Wychodząc z domu zapaliłam latarkę wcześniej szczelnie schowaną pod biurkiem. Zapomniałam o moim narzędziu do obrony. Zostawiłam torbę przed domem i wbiegłam na górę. Wyjęłam nóż z szafki i zasadziłam nim ojcu po ramieniu, by obezwładnić go jeszcze na jakiś czas..
Sama wybiegłam z domu i zawieszając torbę na ramieniu udałam się do lasu świecąc latarką drogę. Miałam nadzieję, że natrafię na ten sam dom, co wcześniej. Że ukryję się w nim na jakiś czas. Jednak mój 'pijany umysł' znalazł chyba drogę do Narnii.. Wędrowałam i wędrowałam przez niecałą godzinę, a domu nie było widać.
Nagle przed moimi oczami ukazała się jakaś polana. Na jej środku były ruiny jakiegoś domu. Podeszłam do 'budynku' zachowując bezpieczną odległość. Nagle ujrzałam, że są tam 'drzwi' jakby do piwnicy. Otworzyłam je świecąc na schody i wołając, by się upewnić, że będę tam sama.
Zeszłam bezpiecznie na dół, rozejrzałam się i znalazłam włącznik światła.
-Wow, mają tu światło.- Odparłam rozglądając się po czyimś jak widać mieszkaniu.
Cofnęłam się, by zamknąć rzekome drzwi, gdyż wdawało się do środka zimno.Nie dość, że piwnica sama w sobie była ochłodzona, jeszcze miała być zimniejsza?! O nie.
Położyłam torbę na ziemi wyciągając z niej koc. Ułożyłam się wygodnie na kanapie i próbowałam zasnąć, by w końcu spać spokojnie.
Moja ciekawość jednak wygrała i wstałam by rozejrzeć się po piwnicy.
Znalazłam tu zestaw noży i małą szafę. W niej było kilka białych bluz, takich samych jakie miał ten koleś, którego spotkałam wcześniej w lesie.
-Chyba się nie obrazi, jak przymierzę jedną.- Uśmiechnęłam się sama do siebie zdejmując swoją bluzę. Rzuciłam ją na kanapę wyciągając białą bluzę. Założyłam i wtuliłam się w nią. Była taka ciepła. Ponownie usadowiłam się na kanapie pod kocem pogrążając się w zapachu właściciela bluzy. Sama nie wiem kiedy zasnęłam.

Była godzina 00:43.
Nagle usłyszałam śmiechy dwóch osób. Szybko się obudziłam, gdyż mój sen był bardzo płytki. Nawet najcichsze rozmowy są w stanie mnie obudzić.Leniwie przeciągałam się na kanapie, wówczas w tym samym czasie po schodach zeszły dwie osoby. Obie były płci przeciwnej ok 19-20 lat.
Rozejrzałam się i  chwyciłam z torby nóż, w razie potrzeby.
Dwaj Panowie gdy mnie ujrzeli, stanęli jak wryci. Jeden poprawił granatową, chyba drewnianą maskę, drugi natomiast zasłonił policzki włosami.
-Kim jesteś i co tu robisz?- Usłyszałam jednego z nich, był to ten niższy, ten w masce.
-Eeeem.. Śpię. Nie widać? Przeszkadzacie mi.. - Odpowiedziałam zaspana.
-Ona ma moją bluzę.. Jack, ona ma moją bluzę...- Odezwał się ten drugi zwracając do niskiego. Wywnioskowałam, że jeden z nich nazywa się Jack.
-Wiem Jeff, co z nią zrobimy? Zgłodniałem. - Odparł Jack.
Czyli zwą się Jeff i Jack.. Jakieś kanibale czy co?!
-Ej ej, bez takich.. Już się wynoszę..- Wstałam i zdjęłam biała bluzę Jeffa. Rzuciłam mu ją i sięgnęłam po swoją szybko ją zakładając. Usłyszałam gwizdy obu 'panów'. Eh, żałosne.Zawiesiłam torbę na ramię i szłam w kierunku schodów. Oni zablokowali mi drogę. Jeden był ode mnie o głowę wyższy, drugi o półtorej  głowy..To takie żenujące, jak jest się takim niskim..- Możecie mnie przepuścić? Chciałabym przejść.
-O nie nie koleżanko. Na pewno nie ujdzie Ci to płazem.-Zagabnął Jeff.
-No to co chcecie? Kasy? Nie mam kasy.
Jeff i Jack spojrzeli po sobie, wywnioskować można było, że mieli trochę wzięte.
-Możesz nam zatańczyć.- Odparł po chwili Jack. Nie widziałam czy się uśmiechał, miał tą zasraną maskę na twarzy.
- Ooooo nie, co to to nie.- Spojrzałam na nich z pogardą w głosie. - Zdejmuj maskę a Ty zetnij włosy. To pogadamy.- Potem przecisnęłam się przez nich i gotowa do wyjścia podskakiwałam po każdym schodku.
Nie wiem co z nimi nie tak, ale dogonili mnie, jakby się do mnie teleportowali.
-Zaczekaj.- Powiedział niższy chłopak zdejmując maskę- Nie wystrasz się tylko.
Drugi natomiast odgarnął włosy do tyłu.
-Jestem Jeff The Killer- Wysoki stanął jak jakiś pedzio i czekał na światło reflektorów.
-Okeeej.. - Odpowiedziałam przewracając oczami.
-A ja jestem Eyeless Jack - Dodał drugi patrząc na mnie jak na idiotkę.
-Fajnie, mogę już iść?
-Przedstaw się, my się przedstawiliśmy.- Odezwał się Jeff.
-Jestem Emeli, coś jeszcze?
-Tak, za ile dajesz? -Palnął Jack a obaj zaczęli się bezczelnie śmiać. Strzeliłam mu plaska i wyszłam z piwnicy. Szłam w kierunku lasu, by trafić gdziekolwiek, byle nie do domu.
Oni chyba sobie odpuścili, bo nie powędrowali za mną..

*Monolog Jeffa i Jacka, podczas gdy Emeli wędruje po lesie*
-Stary, ile jej damy? Ona nas wyda na gliny.- Panikował Jack
-Chłopie, jedna noc i po niej. Chodźmy za nią, dowiemy się gdzie mieszka. Rano będzie martwa. - Odparł Jeff zacierając ręce.
-A co jak nas wyda? Nie możemy jej ufać! - Panikował nadal Jack.
-Zobaczy się, no chodź.

*Wracając do Emeli*
Myślałam, że dali sobie spokój, jednak nie. Nagle zauważyłam jak biegną za mną.
-Emelyt, Emelyt zaczekaj, odprowadzimy Cię!- krzyczał Jack.Gwałtownie się odwróciłam.
-Jestem Emeli IDIOTO. Jeśli jesteś pieprzonym analfabetą, to już nie moja wina, ale imię chyba możesz zapamiętać co?! Chociaż nie, lepiej nie, widzę was ostatni raz. Dajcie mi spokój.- Wyrzuciłam z siebie złość w postaci obrazy dla Tego przychlasta.
Jack chyba czuł się urażony, bo stał bez ruchu i milczał. Jeff jednak złapał mnie za nadgarstki podnosząc do góry. Napluł mi na twarz i patrzył mi w oczy. Zaciskał ręce na moich nadgarstkach. Zaczęłam piszczeć, zasadziłam mu kopa w krocze, po czym momentalnie runęłam na ziemię. Złapałam się za nadgarstki i patrzyłam na dalszą ich reakcję. Jack wziął moją torbę, by  nie przeszkadzała w tym sporze. Jeff wyprostował się i napluł mi na twarz. Starłam z siebie jego ślinę wstałam i oplułam mu bluzę. Strzelił mi plaskacza tak silnego, że już prawie miałam runąć na ziemię, jednak w ostatniej chwili złapał mnie za nadgarstek przyciągając do siebie i kopiąc po brzuchu. Nie odpuściłam jednak i wbiłam mu nóż w brzuch. Lekko się skulił, wyciągnął nóż, wyprostował się i popatrzył na mnie krzywo. Ja ledwo co stałam na nogach, on jednak uważał że jestem gotowa do walki z nim.
Nie miałam najmniejszych szans.
Jest:

  • wyższy
  • silniejszy
  • szybszy
  • zwinniejszy
  • i bardziej rozeznany w walce niż ja
Ale ja się nie poddam. Będę walczyć puki nie padnę na pysk.
Jack podszedł do Jeffa i powiedział mu coś w stylu '' Koniec''
Jeff opuścił gardę i strzelił mi pstryczka w nos. Potem kopnął z pól obrotu powalając mnie bezbronnie na ziemię. Gdy już leżałam, myślałam, że odpuści. Jednak nieee, bo po co.
Pochylił się nade mną Jack wyciągając starannie wyczyszczony skalpel. Co za pedancik.
Podciągnął mi bluzę i zobaczył blizny na brzuchu. Przeraził się, myślał że nie mam lewej nerki. Odwrócił moje ciało, i na prawej stronie ujrzał to samo. Wstał i stwierdził że coś jest nie tak. Jeff kucnął przy mnie, podciągnął moje rękawy szarpiąc za nadgarstki. Ujrzał świeże rany po ciętym nożu. Kazał mi zdjąć spodnie.
Przypomniał mi się ojciec i panicznie wstałam zabierając nogi za pas.
Mimo, iż nie miałam całkiem sił na ucieczkę, szłam do przodu, by jakoś się oddalić od nich. Oni byli cwańsi. Jeden wziął moją torbę na ramię , drugi podbiegł do mnie i pociągnął dresy na dół. Rozejrzał się po moich udach stwierdzając te same blizny co na brzuchu i rękach. Ubrał mi spodnie, wziął na ręce. Był to Pan Jeff. 
Wydawać się mogło, że oni idealnie się dopełniają.
Jeff- stanowczy, silny, wysportowany.
Jack- miły, troskliwy, pedancik ._.
Zanieśli mnie na początek lasu zostawiając na chodniku razem z torbą. Całą noc obserwowali, czy aby nic mi się nie dzieje.
Następnego dnia rano, około godziny 8:30 cała obolała udałam się do domu.
Tam matka zabrała się za oczyszczanie ran, a ojciec nawet na mnie nie patrzył.Dla niego liczyło się tylko jedno.






~/Eme ♥