sobota, 23 maja 2015

Zamordowana

Możecie mnie znienawidzić, zwyzywać i co tylko zechcecie.
Co do tego.. Czegoś..
Mam mentalny koniec świata.
To... coś niestety nie może być kontynuowane przeze mnie.
Nie mam siły.
Ostatnimi czasy tak znienawidziłam to opowiadanie, że to jest jakaś masakra.
Na szczęście, znajdziecie mnie tutaj:


http://ponure-dni.blogspot.com/

To opowiadanie powstanie na wattpadzie w przeciągu 24h.

Jeszcze raz przepraszam, że tak was zawiodłam :c

czwartek, 30 kwietnia 2015

Rozdział 12

*Wrócimy do starej dobrej perspektywy Emeli*
-Chwila.. To ja mam jeszcze siostrę?!- Krzyknęłam.. Ta wiadomość mną wstrząsnęła.
Co jeszcze ciekawego wydarzy się w moim życiu? Strasznie kocham Jeffa, ale wolałabym wrócić do normalnego życia.
Było spokojnie, bez tego dynamicznego tłoku, który z każdym kolejnym dniem nosił nowe zagadki.
Jeszcze kilka godzin temu przespałam się z Jack'iem, Jeff próbował mi się oświadczyć, a tu nagle przychodzi jakaś niska szkarłatnowłosa dziewczynka i twierdzi, że jest moją siostrą.
Okey, rozumiem. Po tym, co przeżyłam w ostatnim czasie jestem w stanie wyobrazić sobie praktycznie wszystko. Jeff miał wielu wrogów i zawsze zdarzy się coś i zjawi się ktoś, kto będzie chciał się go pozbyć, więc ten chłopak (dość przystojny) mnie nie zdziwił.
Ale ta dziewczynka? Że what?

Gdy czytałam ten list, miałam wrażenie, że to jakieś jaja.
List zaadresowany do mojej matki. Z użyciem wszystkich jej imion oraz panieńskiego nazwiska.
Osoba w liście wyrażała smutek po stracie mojej matki, jako jak widać swej Kochanki. Data, kiedy Matka zdradziła Ojca, zgadzała się z tym, kiedy miałam rok.
Co to miało w ogóle być?!
Nie wierzę.
-Możemy porozmawiać?- Z myśli wyrwał mnie delikatny głos tej młodej.
-Eem.. My? Eem.. Ale, że teraz tak? Eem..- Popatrzyłam się na Mojego Ukochanego, który jak widać był przeciwny, by ta dwójka mogła wejść do mojego domu, a co gorsza wyciągać od nas jakiekolwiek informacje.Jednak to nie chodziło o niego. To chodziło o mnie. Zawsze chciałam mieć siostrę, co najlepsze młodszą.- Dobrze wejdź.
-Co?!- Krzyknął Jeff, który już po chwili zwijał się z bólu.
-A.. Czy Jai też może?- Zapytała niepewnie. Nagle za nią zjawił się ON. Jego czekoladowe oczy wpatrywały się we mnie co wywołało w moim brzuchu dziwne uczucie.
-T..Tak.- Odparłam spuszczając głowę. Zarumieniłam się? Że co?
Zauważyłam jednak nienawiść, jaka ogarnęła Jeffa.
Mimo to, postanowiłam zrobić coś na własną rękę.
Wpuściłam Rudą dziewczynkę i jej chłopaka, sama kierując Jeffa do salonu.
Tam usadziłam go na kanapie i poszłam po apteczkę.
Chłopak-duch praktycznie dobrze się już czuł, jakby był to tylko chwilowy, przejściowy ból. No tak, w końcu był duchem.
Dziwne, że w ogóle oberwał.
-Więc, kim jesteś?- Przerwałam niezręczną ciszę kierując pytanie do mojej ''siostry''.
-Nazywam się Nanase Mia Rose, ale wszyscy w Podziemiu mówią na mnie Nansy.-Mówiła, jednak kontynuowała nie dopuszczając mnie do słowa.- I mam 17 lat, nie jestem dzieckiem, za jakie mnie uważasz.
Zatkało mnie. Skąd wiedziała, co myślę.
-Nie wiem o czym mówisz..- Próbowałam się jakoś z tego wymigać, jednak ''Nansy'' kontynuowała gadkę.
-Nie kłam, jesteś przewidywalna.- Wyjaśniła.
Zarumieniłam się, na co chłopak tej małej się zaśmiał.
-Masz do niej jakiś problem Gnoju?!- Zaczął sapać Jeff, jak widać przykuty do sofy.
-Mam, spory.- Odparł krótko.
-No słucham.- Wpadłam im w rozmowę.
Oboje popatrzyli na mnie, jak na idiotkę. Mówiłam dalej.
-No słucham, co masz do mnie?
-Od czego zacząć?- Zaśmiał się.
-Od czego zechcesz.- Przewróciłam oczami. Ta dwójka zaczynała mnie denerwować, i niby miałam spędzić z nimi resztę życia? NIGDY.
-Więc, zacznę od tego, że współczuję Ci  ojca, jakiego miałaś, chociaż należało Ci się. Drugie, to współczuję Ci życia z takim idiotą, jakim jest Twój chłopak. Trzecie, to zachowujesz się jak szmata, więc Tobie też współczuje. No, i mógłbym tak wymieniać dalej, ale nie o mnie tu chodzi.- Dokończył.
Zaszokował mnie.
Skąd on on tym do cholery jasnej wiedział?!
Milczałam.
-Tak jak myślałem, nie mamy czego tutaj szukać Księżniczko, chodźmy.- Dodał po chwili.
-Księżniczko? HAHAHAHAHA żałosne, chociaż pasuje. Księżniczka i Książę wielkiego Obciachu. Ty, gnoju nawet się bić nie umiesz. W sumie nigdy nie umiałeś. A ona? Dziecko i tyle.- Wyskoczył po chwili Jeff.
Co mu odwaliło?
-Jeff, przestań.- Odparłam ocierając oczy.
-Ty przestań się w końcu mazać, ciągle tylko albo ryczysz, albo się tniesz. Przestań w końcu, mam tego już dość!- Wykrzyczał.
Popatrzyłam na niego zaskoczona. Nigdy nie znałam go od tej strony. Było mi wstyd. Bałam się, właściwie sama nie wiem czego.
Uciekłam z tamtego pokoju, nie chciałam dłużej tam być.
Wbiegłam do łazienki zamykając za sobą drzwi.
Usiadłam na ziemi w kąciku i zaczęłam płakać.
Wiedziałam, że coś robię w naszym związku źle, że w ogóle robię coś źle.
Wtedy przez drzwi wszedł on.
-Czemu płaczesz?- Zapytał. Niby niewinnie, jednak z troską w głosie.
-Nie płaczę przecież.- Przewróciłam oczami ocierając je rękawem.
-Nie kłam.- Wtedy on kucnął przy mnie.- Nie przedstawiłem się, jestem Jai.Nie wiem czy wiesz, ale od września mieliśmy chodzić razem do klasy. Niestety, nie doszło do tego.- Wtedy on przewrócił oczami.
-Na prawdę?- Zapytałam. Zaszokował mnie. To było, serio dziwne.
-Prawdę mówię. No już, wstawaj i się nie maż. Bo do takiej dziewczyny płacz nie pasuje.- Wtedy się uśmiechnął. Oszałamiający widok.
Wstałam spuszczając głowę.Wyszłam z łazienki a Jai wyszedł za mną.
Nagle usłyszałam krzyk.
Zbiegłam na dół i zauważyłam, jak rozwścieczona Nansy siedzi na Jeffie i tłucze go pięściami.
Pisknęłam, następnie zasłoniłam zdziwiona twarz rękami.
Jai roześmiał się i podszedł do Szkarłatnowłosej.
Dokładnie obserwowałam Jeffa. Trzymał swoje ręce na jej biodrach i wręcz dawał się bić.
Demon chwycił dziewczynę pod pachami i podniósł bez najmniejszego wysiłku, jakby była lekka jak piórko.Przewróciłam oczami, następnie usiadłam się na fotelu, z dala od Jeffa. Jak na dziś, pokazał jaki jest, mam go dość.
Nansy usiadła Jai'owi na kolanach, na co ten się uśmiechnął.
-Więc, co tutaj robisz? Bo na pewno nie jesteś z Ziemi.Mówiąc prościej.- Zaczęłam rozmowę.
-Przybyłam zacząć normalne życie w nienormalnym świecie z moją siostrą i matką.- Wyjaśniła opierając się na Jai'u.
Drażniło mnie to. Ja nigdy nie siedziałam tak z chłopakiem. I to bez jego niezadowolenia. Bo przecież Jai to lubił prawda?
A może nie?
Nieważne, o czym ja myślę. Eh.
-Więc chcesz tutaj zamieszkać?- Pytanie retoryczne?
-Jeśli tego chcesz.
-Wiesz, dawno nikogo tu nie było, dom jest zaniedbany, bo mnie praktycznie w nim nie ma, a matka przychodzi tylko na noc, jeśli chcesz tu zamieszkać, to spoko, nic do tego nie mam, tylko licz sie z tym, że nie za często kogoś tu spotkasz.
-Czaję- Puściła mi oczko. Jeff poprawił się na kanapie, jakby chciał dać znak, że też tu jest.

W pewnej chwili na dół w samych spodniach (bokserkach też) zszedł Jack. Popatrzył na nas i przywitał się poprawiając włosy. Podszedł do lodówki i wyciągnął z niej posiłek dla siebie- nerki. Zjadł je niemalże od razu.
Wszyscy bacznie obserwowaliśmy jego ruchy.
Podszedł do nas, ukłonił się przed Nansy i przedstawił, następnie zmierzył Jai'a. Usiadł obok Jeffa i szepnął mu coś na ucho, potem wraz z Jeffem opuścili salon. Szczerze? To nawet i  lepiej.
Nansy była Jack'iem zafascynowana. Dokładnie przyglądała się każdemu ruchowi chłopaka i odprowadziła go nawet wzrokiem.
- To może ja pokażę Ci pokój.- Wpadłam z tekstem w pewnej chwili. Nie miałam z nią zbytnio tematów do rozmowy, bynajmniej obawiałam się nich przy Jai'u.
W głowie jednak miałam do niej miliard pytań, jak nie więcej.
-Hai!- Krzyknęła dziewczyna i podniosła się z kolan chłopaka. Ten przeciągnął się i również wstał. Wrócił na dwór po walizkę dziewczyny i podążył za nami, do wolnego pokoju, który mieścił się naprzeciwko mojego.

Drzwi od mojego pokoju (spalonego rzecz jasna) był uchylone, wiec Nansy doskonale widziała w jakich warunkach korzystam z pokoju.
-Może zamienimy się pokojami?- Wyrwała się nagle.
-C..Co? Ale po co?- Zdziwiłam się.
-Tak o, przecież to Twój dom, zasługujesz na lepsze warunki.- Uśmiechnęła się.
-Lubię mój pokój takim, jaki jest.- Wyjaśniłam pokazując dziewczynie jej nowy room.
Była zafascynowana, co chwilę pytała do czego służą poszczególne przyrządy. Bardzo chętnie jej wszystko wytłumaczyłam, pokazałam do czego służy i pomogłam się ogarnąć.
Chłopak Nansy przyglądał nam się z przyjaznym uśmiechem. Jak widać w końcu widział Nansy szczęśliwą, ale tak na prawdę.
W tym właśnie momencie, usłyszałam głos Jack'a.
-Nansy, chodź na chwilkę, coś Ci pokażę. Ale przyjdź sama, to niespodzianka.
Wtedy Nansy wybiegła z pokoju, a ja z Jai'em zostaliśmy w nim zamknięci.

*Przejdźmy do perspektywy Jeff'a *
Muszę przyznać, ten pomysł, na który wpadłem razem z Jack'iem, był świetny.
Ta nowa laska była niczego sobie, powiem, że wręcz świetna i urocza, jednak wkurwiała mnie.
Denerwowało mnie w niej praktycznie wszystko. Od twarzy zaczynając, na wnętrznościach kończąc.
Musiałem dać nauczkę Temu Gnojkowi, za to, że zjawił się u Eme w domu! Jakby nigdy nic..

Nanase z lekka się przeraziła, gdy Eme wraz z Tym Gnojem zostali zamknięci w pokoju a ona wciągnięta do pokoju Emeli, gdzie wydarzyło się tak wiele.
Tyle przelanej krwi, tyle przyjemności, tyle sprzeczek. Tyle wspomnień.
Jeff, przestań marzyć.
-Jeff, musimy zabrać sie do roboty, zaraz mi ucieknie!- Krzyczał Jack, który właśnie powalił dziewczynę na kolana. Przytrzymał jej ręce tak, by mu nie uciekła.
Wyciągnąłem nóż, by choć trochę się zabawić.
Najpierw rozciąłem tą czarną bluzę, którą na sobie miała.
Ona się zarumieniła. Co to miało być?
Następnie poszła jej sukienka.  Ona zapiszczała.
Dziewica..
To było czuć z daleka..
Właśnie klęczała przede mną w samej bieliźnie. Trzeba coś z tym zrobić.
-Nie bój się Maleńka, Wujek Jeff da Ci porządną lekcje.- Wydukałem, patrząc bez żadnych emocji na jej twarz. Rozpiąłem spodnie, spuszczając je do kostek razem z bokserkami.
Nanase niemal od razu musiała zabrać się do roboty.
Płakała, co sprawiało mi przyjemność.
-Pomogę Ci, bo widzę, że Ci się do buźki nie mieści.- Odparłem rozcinając jej policzki.
Cierpiała, co sprawiło mi przyjemność. Jack milczał.
-No co stary? Czas się rozerwać. Bo zabawa w miłość mi się znudziła.- Zaśmiałem się.
-Przesadzasz  Jeff, co ona Ci zrobiła?- Zaczął jej bronić.
-Oj daj spokój. Martwa nie będzie pamiętać.
Wtedy Jack zamilkł. Było mu jej szkoda? No a mi? Wcale.
Gdy Nanase miała już rozcięte policzki, znów zabrała się do roboty, z moją jednak pomocą. Sama nie chciała być posłuszna.
Dziwi mnie, czemu się nie broniła.
Może nie było przy niej jej duszka? Ojoj, biedna.

Gdy już znudziło mi się, to co robiła, założyłem bokserki i zapiąłem spodnie. Wtedy wraz z Jack'iem położyliśmy ją na łóżku, gdzie niemal od razu była przywiązana.
Tam zacząłem ją bić.
Tak, bić.
Kilka sierpowych a jej idealna twarz nie była już taka idealna.
Następnie kopałem ją po brzuchu, rozcinając jej skórę w kilku miejscach.
Gdy już zaczęła mi sie podobać, chciałem to zakończyć.
-Jeff, dość już. Dajmy jej spokój.- Przerwał mi Jack.
-Ja się stąd wynoszę.-Dodał.
-Tchórz! -Krzyknąłem, jednak Jack opuścił już pokój.
Chciałem jeszcze się zabawić, w końcu nie można przepuścić takiej okazji.
Rozciąłem jej majtki, następnie zdjąłem swoje spodnie.
Potem stała się już wiadoma rzecz.
~*~
Po całym zdarzeniu, zauważyłem, że bransoletka, jaką dziewczyna miała na ręce zaczęła świecić, a ona płakała.
Wystraszyłem się, gdy nagle w drzwiach stanął Hades.
-Tatusiu.. Ja nie chcę tu zostać..- Płakała i dławiła się łzami.
Wyciągnąłem nóż w obronie własnej, jednak Hades sie odezwał z nienawiścią w głosie.
-Schowaj ten nóż głupcze, mogę się Ciebie pozbyć jednym kiwnięciem. A teraz wynoś się, zanim zrobię to, co powiedziałem,
Przestraszyłem się. Uciekłem przez okno, by nic mi sie nie stało.

*Wróćmy do perspektywy Nansy*
To było okropne!
Wszystko mnie bolało, a co najlepsze- on mnie ohańbił w najgorszy możliwy sposób.
Wtedy wszedł Tatuś.
-Tatusiu.. Ja nie chcę tu zostać..- Płakałam, dławiłam się łzami. Miałam dość. Chciałam wrócić do Podziemia, do Maxa. Chciałam wrócić tam z Jai'em.
Wtedy właśnie Jeff wyciągnął nóż,jakby chciał się bronić. Tatuś jednak odezwał się poważnie, jak zawsze.
-Schowaj ten nóż głupcze, mogę się Ciebie pozbyć jednym kiwnięciem, A teraz wynoś się, zanim zrobię to, co powiedziałem.
Jeff wystraszony uciekł przez okno, a Tatuś niemal od razu rozwalił sznur, którym zostałam przywiązana.
-Gdzie Jai? Miał Cię chronić!
-N..Nie wiem..-Wydukałam.
Wtedy Tatuś rzucił mi jakąś koszulkę, którą założyłam na siebie niemal od razu.
Była o dużo dłuższa, niż mogłam się spodziewać.
-Kurwa. Córeczko, teraz niestety nie mogę dłużej zostać, jednak wrócę. Zobaczymy, co zrobimy z tym gnojem. Nie mam tu zbyt dużo siły, więc przykro mi, nie pomogę Ci teraz.
Jednak nie martw się, Jai Ci pomoże, zaraz powinien tu być.
Wtedy Tatuś zniknął.
Siedziałam sama, patrzyłam za okno i zastanawiałam się, czy może nie uciec.
W końcu on zrobił coś najgorszego.
Gdy o tym myślę, przechodzą mnie ciarki.
Dlaczego.. Dlaczego ja?
Wtedy do pokoju wszedł Jai.
Patrzył na mnie zaszokowany. Nie wiedział co ma powiedzieć.
Ja również..




[*]
Jest 12 :)
Myślę, że się spodoba.
Co myślicie o Jeffie? :3
Pozdrawiam.
~/Eme.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Rozdział 11

Do opowiadania dochodzi nowa postać, Nanase  ''Nansy'' Mia Rose [:
Szukajcie jej w ''Bohaterowie :) ''

***
*Zaczniemy od perspektywy Nanase*
 Dziś był ten przeklęty dzień. Tatuś powiedział, że nie mogę już dłużej siedzieć w podziemiach i postanowił, że wyśle mnie na Ziemię, bym prowadziła normalne życie.
Ja wcale tego nie chcę, wolę bawić się z duszami zmarłych nastolatek, lub słuchać opowiadań starszych zmarłych ludzi. Moje życie dotychczas było ciekawe a teraz co? Teraz muszę wprowadzić się do jakiegoś Aylsham, do mojej matki.
No trudno, skoro tak trzeba, jakoś dam radę.

Od rana w Podziemiu panował chaos.Przebudziłam się w małym pokoiku. Twarz nadal miałam wtuloną w poduszkę, co było normą. Byłam śpioszkiem i ciężko wyciągało się mnie z łóżka.
-Nansy, walizka gotowa.- Odezwał się jeden, z kamiennych gryfów, który nagle wparował do mojego pokoju.
-Dziękuję Max, a gdzie moja sukienka? - Uśmiechnęłam się  w podzięce, na co gryf zaczął się cieszyć.
-Leży na foteliku w garderobie.- Max kręcił się, następnie wyszedł z pokoju. Wygrzebałam się niezdarnie z łóżka, następnie udałam się do łazienki.
Tam spięłam rude, wręcz czerwone włosy w warkocz, który przerzuciłam przez ramię. Na głowę założyłam coś ala czapka/kapelusz, nie wiem dokładnie jak to opisać.
W końcu wyszłam z łazienki. Podeszłam do fotela i chwyciłam sukienkę. Była jedną z nielicznych moich ubrań.  Z lekka podarta u dołu dodawała uroku.
Szybkim ruchem założyłam ją na siebie, następnie zapięłam zameczek.
Do tego założyłam podkolanówki koloru czystej bieli.
Na nogi przyodziałam czarne trampki.
Raz jeszcze przyjrzałam się mojemu odbiciu w lustrze i stwierdziłam, że wyglądam jak zawsze- bosko.
Wyszłam z pokoju taszcząc za sobą praktycznie pustą walizkę. Tatuś- Hades podszedł do mnie, pożegnał się i stwierdził, że będzie tęsknić.
Na drogę dał mi medalion, bym w razie czego mogła przywołać Jai'a, mojego przyjaciela, który miałby mi pomóc.
Właściwie Jai był duchem 18 letniego chłopaka, które kiedyś zginął w wypadku. Z tego co dowiedziałam się od Max'a, jak i od Tatusia, wypadek był ustawiony i ogólnie jego mordercy chcieli by zginął. Nie wiem dlaczego, jednak wiem, że kiedyś się tego dowiem.
Wysoki brunet o ciemnej cerze i czekoladowych oczach stał przy drzwiach i uśmiechał się do mnie ukradkiem. Bardzo go lubiłam, chyba nawet coś więcej niż lubiłam.
Tylko...
CHWILECZKĘ.
Przecież Jai to duch a raczej powiedzmy skromny demon.
O ja głupia.
Uderzyłam się otwartą dłonią w czoło, następnie przekręciłam z niezadowolenia moimi myślami głową. Jai jak widać przyjął (znów) ludzką formę, na co pozwalał mu Mój Tatuś.
Niestety, forma ta była ograniczona czasowo i Jai miał tylko 12 godzin by być jako człowiek.
Następnie zmieniał się w ducha i tylko za pomocą medalionu można było go widzieć.

~*~
Znajdowaliśmy się właśnie przy wjeździe do miasta, gdzie mieszkała moja matka.
Z opowiadań mojego Tatusia, będę miała przyrodnią siostrę, z lekka starszą ode mnie.
Miałam też brata, nie wiem jednak co się z nim stało.
Miałabym też ojczyma.. Wiem tylko, że za swoje złe zachowanie trafił do Tatusia. Co się stało? Nikt nie chce mi powiedzieć.
-Księżniczko, jesteśmy już w Aylsham.- Szturchnął mnie Jai wyrywając z moich myśli. Rzeczywiście, znajdowaliśmy się już w tym mieście, gdzie miałam rozpocząć normalną naukę.
-Mówiłam, byś tak do mnie nie mówił- Zaśmiałam się.
Nagle usłyszałam burzę.
Przestraszyłam się.
W końcu zaczęło padać.
Było mi zimno, bałam się a co najlepsze- Jai się ze mnie śmiał.
-No co się śmiejesz?!- Krzyknęłam przyspieszając kroku.
Znów huk, błysk. Czy może w drugą stronę, nie wiem, po prostu nie wiem. Co to ma być?! W Podziemiach nie ma czegoś takiego.
-Jai, przestań się śmiać!- Znów krzyknęłam.
Chłopak w końcu objął mnie ramieniem i przytulił do siebie na chwilę przystając.
-Księżniczko, ile razy mam Ci powtarzać, że jesteś ze mną bezpieczna?-Popatrzyłam na niego.
Jego tęczówki wlepione w moje, czerwone oczy lśniły w  deszczu.
W pewnej chwili chłopak zdjął swoją bluzę, pod którą miał tylko ciemny, dość cienki t-shirt. Podał mi swoją bluzę, bym założyła i przestała się trząść.
Zrobiłam jak kazał. Ku mojemu zdziwieniu, jego bluza okazała się dłuższa niż moja sukienka.
Uśmiechnęłam się, wiedząc że chłopak mi się przygląda.
Znów objął mnie ramieniem i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Prawdziwy z niego dżentelmen, gdyż  wziął moją walizkę, bym ja szła jak sierotka bez niczego.
-Ile czasu Ci jeszcze pozostało?- Zapytałam niepewnie. Wiedziałam, że nie lubi gdy o to pytam.
-Spokojnie Mała, mamy dla siebie jeszcze całe...- Wtedy obaj przystanęliśmy. Jai wpatrywał się w chłopaka w ciemnych spodniach i białej bluzie z której wystawał nóż. Wzdrygnęłam się, gdy po dokładnym zmierzeniu chłopaka zauważyłam narzędzie.
Trzymał on na swoich rękach dziewczynę, dość ładną, niską, wysportowaną ( na pierwszy rzut oka).
Biło od niej jakieś dziwne światło, którego nie widać normalnie.
Ona była na pół martwa!
Popatrzyłam na mojego towarzysza. Zaciskał pięści i patrzył z nienawiścią na tę dwójkę.
-J..Jai?- Zapytałam patrząc na niego.
Chłopak chwilę jeszcze milczał. Wiedziałam, że to wszystko źle się skończy. Wiedziałam, że on już ma plan.
-Chodźmy. Jaki to był adres?- Zapytał z nienawiścią w głosie.
-To ta ulica i jak widać, ten dom.- Wskazałam palcem na dość niski domek, jak widać strasznie stary. To właśnie przy tym domku zakochana para się całowała.
Jai przystanął zaszokowany. Czyżby wiedział, co się szykuje?
-Hej! Coś nie tak?- Zapytałam machając mu ręką przed twarzą.
Był dość wysoki, wyższy ode mnie. Byłam przy nim jak kurdupel/krasnal/dziecko. Idealne trio.
-Chyba raczej nikt przypadkowy nie liże się pod czyimś domem co?- Zapytał po chwili patrząc na mnie z udawanym uśmiechem. Cały czas traktował mnie jak bezbronną osóbkę. Jestem dla niego kulą u nogi? Tak? Nie? Nie wiem.
-No, raczej nie, a co?- Dopytywałam. Może serio jestem taka bezbronna i taka.. głupia?
-To, że albo mieszkasz z psychopatą albo ze słodką idiotką, która się liże z tym szmaciarzem.- Wyjaśnił nie zważając na słowa, jakich używa.
-Hej, hej! Czemu tak mówisz?- Popatrzyłam na niego marszcząc brwi. Dłonie ułożyłam na biodrach i chyba wyglądałam jak zawsze głupio, gdy robiłam tą minę, bo Mój Przyjaciel przestał się nerwować i patrzył na mnie z wielkim uśmiechem. Wiedziałam, że zaraz wybuchnie śmiechem. Nie zmieniłam mojej pozy a raczej dodatkowo tupnęłam nogą.
W pewnej chwili Jai wybuchnął głośnym śmiechem, na co pobliscy przechodnie zaczęli spoglądać na nas jak na idiotów.
Wtedy właśnie zakochana para musiała się od siebie oderwać, gdyż chłopak w białej bluzie podbiegł do nas mierząc się wzrokiem z Jai'em.
-Co Ty tu robisz?! Przecież byłeś martwy!- Denerwował się. Więc to on przyczynił się do śmierci Jai'a.
-To Ty?!- Zerwał się Jai.
Zmienił się w postać cienia, jak zazwyczaj robił to by mnie straszyć.
Ten drugi chłopak zaczął panikować, nie wiedział gdzie znajduje się Jai. Nie wiedział co ma robić. Wyciągnął nóż i czekał na jego ruch.
Martwiłam się.
Jai poza podziemiami był niemal jak nastolatek. Miał siłę ogromną, jednak ten świat go ograniczał. Było tu słońce, zdradzające jego pozycję.
-Jak można zabić cień? Wystarczy zapalić światło!- Krzyknął nożownik wbijając w pewnej chwili swój nóż w odpowiednie miejsce na chodniku.
Jai wrócił do ludzkiej postaci, jednak tak jak się spodziewałam-oberwał.
Rzuciłam swoją walizkę (szczerze nawet nie wiem gdzie) i podbiegłam do niego.
Chłopak o kruczoczarnych włosach wymierzał kolejny cios, tym razem (chyba) ostateczny.
Nie mogłam na to pozwolić!
Dopiero co tu się zjawiłam, i już miałam być samotna?! O nie!
Klęknęłam przed chłopakiem zasłaniając się ręką bym w razie czego to ja oberwała, nie Jai.
Chłopak zahamował swój ruch.
-Dziecko, odejdź stąd. -Zadrwił.
-Zostaw go!- Krzyknęłam.
-Mówię coś do Ciebie, odsuń się!- Chłopak zrobił to samo.
-Jeśli chcesz zrobić coś Jai'emu, najpierw musisz pozbyć się mnie.- Wydusiłam z siebie z paniką w głosie. Scena niczym z filmu, jednak to realia, nie film.
Dziewczyna o ciemnych włosach stała sparaliżowana tą sytuacją jakby nie wiedziała co ma robić.
-Emeli, zabierz tego dzieciaka, muszę dokończyć stare sprawy.- Odparł chłopak przewracając oczami.
-Jeff, ja się w to mieszać nie będę.- Dodała robiąc krok do tyłu.
-Więc zrobię to sam. Jak zawsze. Dzięki! Nie można na Ciebie liczyć- Warknął.
Patrzyłam na niego obserwując każdy, nawet najmniejszy ruch. W oczach miałam ten błysk, który oznaczał, że należy się wycofać.
Jai wrócił do postaci cienia. Wiedział, że moja cisza nie wróży nic dobrego.
Chłopak zirytowany moim spojrzeniem wymierzył we mnie cios swym nożem.
W obronie własnej wystawiłam rękę. Chciałam odeprzeć jego atak. Zamknęłam oczy, by maxymalnie się skupić. Z rękawka mojej sukienki zaczął wydobywać się czarny dym (?) który następnie zaczął owijać się wokół mojej ręki by następnie uformować się jako cienista tarcza, która miała za zadanie zablokować ruch chłopaka.
Następnie z mojej drugiej ręki tym samym sposobem uformował się mały sztylet, który zgrabnym ruchem mojej ręki przebił bok chłopaka.
Ten zaszokowany, iż zdarzyło się coś takiego, odpuścił walkę, kierując się ku swojej jak widać dziewczyny.
Ta natomiast od razu zaczęła mu współczuć.
-Jejku, moje biedactwo, nic Ci nie jest? Dobrze się czujesz? Chodź do domu, opatrzę Ci ranę..- Sepleniła.
Ja natomiast czekałam aż Jai wróci do ludzkiej postaci.
-Hej Ty! Zaczekaj!- Krzyknęłam za dziewczyną.-Ty tutaj mieszkasz?
Dziewczyna spojrzała się na mnie jak na idiotkę.
-Tak, a co Ci do tego?- Warknęła.
Wstałam, podałam jej list od Mojego Tatusia, skierowany do jej matki.
Dziewczyna w trakcie czytania robiła głupie miny, jakby widziała ducha. (hehe, dobre hehe)
-Chwila.. To ja mam jeszcze siostrę?!- Krzyknęła..



[*]
No i jest, wasza 11 ^^
Wszystkie wiad i przeprosiny macie w notce wcześniej :)
Natomiast raz jeszcze przepraszam za opóźnienie. Jutro zabieram się za pisanie rozdziału 12, więc myślę, że nowy wątek jakoś was zaciekawi. ^^



Wstyd

Strasznie wszystkich moich czytelników przepraszam, że tyle to wszystko trwa.
Ostatnio dużo się w moim życiu działo i jest mi po prostu ciężko.
Nie znalazłam czasu, by napisać rozdział...
ALE
(Jest jakieś Ale, wowo)
Jestem w trakcie pisania rozdziału 11(?) więc nie martwcie się.
Do jutra ( czyli jeszcze dziś) rozdział się pojawi a wraz z nim, nowa osóbka, o którą wypytywali mnie już na asku (:

Jeśli są osoby, które ciekawi moja nieobecność, zapraszam do pisania prywatnych wiadomości, gdyż iż ponieważ..
Nie chcę pisać tego publicznie (:
Zaspojlerować? Nie, lepiej nie. ^^
Ah, no i mam do was wszystkich romans..
Zastanawiałam się nad zmianą tytułu tego... czegoś (:
Jeśli macie jakieś ciekawe pomysły, podzielcie się z nimi o tam
↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓
Najlepszy pomysł oczywiście wybiorę (:
Oraz!
Napiszę na ten temat notkę, by wszyscy wiedzieli, kto ma najlepsze pomysły pod słońcem :*
Pozdrawiam gorąco i jeszcze raz, strasznie przepraszam.

P.S.
''Bohaterowie'' tutaj, na wattpadzie jak i na blogu został aktualizowany, zapraszam (:

poniedziałek, 16 marca 2015

Rozdział 10 2/2

Długo wyczekiwany... Oto on!

***
-Co on tutaj robi?- Zapytałam patrząc gniewnie na Jeffa.
-To nie istotne. Jak się czujesz?- Chłopak poprawił ręką włosy patrząc na mnie z wyrazem współczucia.
-A co Ciebie to obchodzi? - Zdenerwowałam się.
-Jesteś dla mnie ważna, martwię się.- Jack wyszedł. Zostawił nas samych, byśmy wyjaśnili sobie wszystko.
-Zejdź mi z oczu. I nie wracaj nigdy więcej.- Wysyczałam przez zęby.Miałam dość tego, że na każde jego skinienie, będę za nim latać.
-Daj mi to wyjaśnić.
-Tu nie ma co wyjaśniać! Dobrze wiesz co do Ciebie czuję a mimo to, bawiłeś się mną! Wynoś się!- Łapałam oddech uciekając od niego wzrokiem. Łzy pchały mi się do oczu.
-Nigdzie nie pójdę.- Odparł siadając na krawędzi łóżka. Położył delikatnie rękę na mojej dłoni, szarpnęłam jednak złapał mnie za nadgarstek przytrzymując z ogromną siłą.
-Jesteś tak cholernie ważna. Taka delikatna. Nie zasługujesz na mnie. Ale mimo to Cię kocham.- Wyjaśnił przewracając oczami. Denerwował mnie.
-Zniknij.- Zawiesiłam wzrok na ścianie. W mgnieniu oka obrzydliwy obraz klown'a stał się ciekawy.
-Skąd wiedziałem, że to powiesz. Nah.- Zakpił.
Momentalnie spojrzałam na niego. Znów płakałam. Przez niego. Znów miałam dość życia.
Nic nie odpowiedział, przyciągnął mnie do siebie i przytulił.
Z początku niechętnie przywarłam do niego, jednak uwielbiałam czuć jego bliskość. Wtuliłam się w jego tors uspokajając oddech.
Nagle w drzwiach stanął Jack.
-No,widzę że jest już ok.- Odparł z lekka zawiedziony. Odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Momentalnie wybiegłam za nim, jednak był już na końcu korytarza.
Stałam tak jeszcze chwilę i zauważyłam jak kopnął kosz na śmieci. Był zdenerwowany? Ale czym..
Wróciłam na salę. Spojrzałam na Jeffa. Siedział z głową wpatrzoną w łóżko.
-Ile razy on tu był?- Zagadał przerywając niezręczną ciszę.
-Na pewno więcej niż Ty. Dla jasności był przy mnie zawsze.- Wyjaśniłam. Skrzyżowałam ręce na piersi podpierając się o biodro.
-Byłem głupi. - Odparł podnosząc na mnie wzrok. Wstał i podszedł do mnie. Jego wyraz twarzy był przerażający. Zaczęłam się cofać aż w końcu wpadłam na ścianę.
Położył dłonie na ścianie obok mojej twarzy. Patrzył na mnie oczami mordercy. Z jego rękawa ciurkiem leciał strumyczek krwi. Świeżej krwi. Znów się gryzł.
-Jeff. Uspokój się. Oddychaj.- Wyjaśniłam opuszczając ręce.
Zrobił to samo, jednak w innym celu.
Wyciągnął nóż z kieszeni i przyłożył go do mojej szyi.
Serce zaczęło szybciej bić a oddech stał się niepewny.
-J..Jeff..- Przełknęłam ślinę.
-Zamknij japę. - Odparł przewracając oczami.- Zwykła suczka. Czaisz?! Teraz mogę zrobić z Tobą co mi się żywnie podoba.Haha.
Przymknęłam oczy, by choć na chwilę uspokoić oddech.
-Shikoni.- Odparł po chwili niezręcznej ciszy. Z moich łopatek wyrosły dwa skrzydła. Piękne, ogromne skrzydła.
Zamknęłam oczy robiąc delikatny ruch w stronę Jeffa.
Wiatr z ogromną siłą odepchnął go na drugi koniec sali. Jego nóż leżał tuż przede mną a on siedział pod ścianą próbując się podnieść.
Podbiegłam do niego zmartwiona.
-Edin.- Skrzydła znikły.
Kucnęłam przed Ukochanym spoglądając na niego. On spojrzał na mnie. Dał mi w twarzy i chciał wstać, jednak mu to uniemożliwiłam. Z ciężkim sercem zamachnęłam się celując otwartą dłonią w jego policzek. W końcu uderzyłam.
Jeff potrząsnął głową i wrócił do siebie.
Spojrzał na mnie. Czuł się niezręcznie. Wstał, poprawił bluzę, schował nóż i wyszedł bez słowa.
Usiadłam pod ścianą z nadzieją, że ten dzień skończy się spokojnie.
Siedziałam tak chwilę myśląc o zachowaniu Jeffa jak i również Jack'a.
Dziwiło mnie to, co się wokół mnie dzieje.
Postanowiłam wrócić do domu.
Wstałam, ubrałam coś normalnego, założyłam kaptur na głowę i wyszłam z sali.
Powędrowałam od razu do drzwi głównych.
Dziwne, iż nikt nie zauważył, że wychodzę.

Szłam uliczkami rozglądając się dziko po mieście.
W końcu trafiłam na uliczkę prowadzącą do mojego domu.
Przyspieszyłam kroku aż w końcu dobiegłam do mojej posesji.
W podskokach udałam się do drzwi, które otworzyłam z ogromną siłą w myślach powtarzając 'wreszcie w domu'.
Zauważyłam listy na stole. Podeszłam do nich. Był tam list z pracy, szkoły i kilka rachunków.
Wzięłam te zaadresowane do mnie i powędrowałam na górę.
Zamknęłam się w pokoju otwierając każdy list po kolei.
Wzrokiem przejrzałam treść.
-No świetnie, wylali mnie z roboty, oblałam szkołę. Super, po prostu super.- Uśmiechnęłam się sama do siebie. W końcu miałam spokój.

Usiadłam leniwie na łóżku wyciągając z szafki moją ulubioną książkę '' Niebezpieczna Gra''.
Zatapiałam się w kolejnych  stronach książki.

Nagle do pokoju wparował Jack.
Odłożyłam książkę zaznaczając gdzie skończyłam,
-O co chodzi?- Odparłam z lekkim uśmiechem.
-Jeff. Coś Ty mu zrobiła?- Odparł zakłopotany.
-N..Nic.. A o co chodzi?- Wstałam zdenerwowana. Może to ten plaskacz..
-Siedzi zamknięty  w piwnicy..- Wyjaśnił.
-Może po prostu tam siedzi.. Nie wnikam.- Odparłam znów siadając na łóżku.
-Jesteś beznadziejna! -Krzyknął Jack y wyszedł. Był tak denerwujący ale uroczy za razem.
Chciałam do niego iść. Pogadać. Przytulić się do niego. Pragnęłam go. Tak cholernie.
Chwila, co mi jest. Eme, ogarnij się!
Nagle zauważyłam, jak do pokoju wbiega Jack rzucając maskę gdzieś w kąt. Podbiegł do mnie, przewrócił na łóżko i zaczął łapczywie całować. Miał delikatne usta. Słodkie wargi prosiły się o ich muskanie.
W końcu wybuchowa atmosfera się uspokoiła a Jack wraz ze mną leżeliśmy już pół nadzy na łóżku,
Dalej było już parno, idealnie i bosko.

***

Po mniej więcej godzinie leżałam wtulona w niego. Byłam w czarnej bieliźnie, on tylko w bokserkach.
Jego idealna klatka piersiowa lśniła w blasku żarówki. Pokryta potem była boska.
Wtuliłam się w jego klatę  a on objął mnie ramieniem. Delikatny, czuły i kochany. To właśnie tak uważałam jeśli chodzi o Jack'a.
W głowie nadal jednak miałam obraz Jeff'a.
Jakby na złość, ten nagle wparował do pokoju.
-Co do kurwy..- Patrzył na nas zaszokowany.
-Jeff. Witaj- Odparł uradowany Jack.
-Ty nędzna dziwko!- Krzyknął do mnie. Podbiegł i dał mi w twarz.-Myślałem, że mnie kochasz.. Ty.. Ty.. YGH.- Wybiegł.
Z kieszeni wypadło mu małe pudełeczko.
Wstałam, zabrałam je i zajrzałam do środka.Był w niej pierścionek wyłożony ametystowymi kamieniami.
Zaniemówiłam.
Właśnie przespałam się z najlepszym przyjacielem a przyłapał nas chłopak za którego życie bym oddała.
-Przepraszam Jack, muszę iść.- Odparłam. Podbiegłam do szafy zakładając na siebie czarne leginsy oraz luźną szarą bluzkę z krzyżem na środku.
Wybiegłam za Jeffem zaciskając pudełko w ręce.
-Stój! Zatrzymaj się!- Krzyczałam za nim. Wiedziałam, że to będzie trudne.
-Odwal się.- Odparł załamany.
-Coś Ci wypadło.- Zatrzymałam się machając pudełkiem z pierścionkiem.
Jeff odwrócił się szukając po kieszeniach pudełka.
-Weź to sobie.- Machnął ręką idąc dalej.
Nie mogłam tak zrezygnować. Podbiegłam do niego łapiąc za rękę. Wsunęłam mu pudełko do ręki. On zatrzymał się i spojrzał na mnie.
-Daj mi spokój.- Odwrócił się i chciał ruszyć dalej w stronę piwnicy.Trzymałam go za rękę spoglądając w oczy.
-Chciałeś mi się oświadczyć? Przecież jestem Twoją zabawką.- Zdziwiłam się. Od kiedy z zabawkami chce się żenić.
-To nie istotne. Daj mi spokój. Zapomnij o mnie i baw się z nim dobrze. - Wysyczał przez zęby. Było mi wstyd.
-To nie tak..
-Więc jak? Jednorazowa przygoda co?- Syczał dalej.
-Ty chyba coś o tym wiesz, w końcu ze mną zrobiłeś to samo.- Posmutniałam. Było mi głupio rozmawiać na takie tematy na środku chodnika.
-Nie tylko Ty miałaś trudności w dzieciństwie.- Dodał i wyszarpnął swoją rękę.
-Wiem, czytałam o Tobie w internecie.- Wyjaśniłam.
On zaczął się śmiać. Głośno i ironicznie.
-A nie lepiej było mnie o to zapytać? Myślisz, że przeczytałaś jakieś bzdury w internecie i wiesz co mnie trapi? Jesteś żałosna.-Śmiał się dalej. Było mi głupio, miał rację.
-Stwierdziłam, że nie chcesz o tym rozmawiać. A ja nie chciałam drążyć tematu.- Wydusiłam z siebie.
Jeff podszedł do mnie, złapał za ramiona i spojrzał w oczy.
-Masz rację, nie chcę do tego wracać. Ale mogłaś wykazać się zainteresowaniem moją osobą a nie pustym uczuciem. Teraz mógłbym podciąć Ci gardło i mieć święty spokój, ale jesteś dla mnie cholernie ważna i tego nie zrobię. Tfu.- Wysyczał. Napluł na ziemię obok moich butów i odszedł.
Stałam tak jeszcze chwilę jednak zdecydowałam się o niego walczyć.
Tak, walczyć z nim o niego. To śmieszne.
-Stój. Skoro nie wykazałam zainteresowania i moje uczucie jest puste, to może Twoje głębokie? Wykorzystałeś mnie by zaspokoić swoje pragnienie. Potem zniknąłeś by przespać się z jego kuzynką. I to ja jestem żałosna?- Stałam zawiedziona. Woods zatrzymał się na chwilę, chciał coś powiedzieć, jednak postanowił iść dalej.-Teraz nic mi nie odpowiesz? Czyli się przyznajesz? Rozumiem.
To śmieszne. Zrobiłabym dla Ciebie wszystko, nawet chciałam się zabić. Zawiedziona tym, że masz mnie totalnie gdzieś! A teraz co? Teraz to ja jestem ta zła? Odpowiedz mi!
Jeff zatrzymał się, odwrócił w moją stronę i szybkim krokiem podszedł do mnie. Złapał za rękę i przyciągnął do siebie.
Zatopił swoje boskie usta w moich pogryzionych wargach łapczywie i szybko.
Zawiesiłam ręce na jego ramionach. On złapał mnie za pośladki i podniósł do góry. Na co odpowiedziałam kolejnym gestem. Objęłam nogami jego biodra nie przerywając pocałunku.
Jeff zbliżył się do ściany domu opierając mnie o nią.
Kochałam jego zapalczywość. Kochałam w nim wszystko. Jego humory.
Kochałam to jak chodzi, jak oddycha, jak na mnie patrzy, jak zagryza zdenerwowany wargi. Jak walczy.
Wszystko.
Od a do z.
Był dla mnie wszystkim.





***
Łapajcie rozdział 10 część drugą ^-^
Myślę, że choć trochę się spodoba :c
Męczyłam się uh uh
Wybaczcie, że długo nic nie było, mam trochę problemów na głowie.
Pozdrawiam.
~/Eme.

sobota, 7 marca 2015

Rozdział 10 1/2

Postanowiłam, że nie będzie to ostatni rozdział. Będzie ich więcej a opowiadanie będzie kontynuowane (:

***
Siedziałam z Jack'iem w szpitalu jeszcze kilka godzin. Potem zrobiłam się zmęczona.Jack siedział a właściwie leżał ze mną w szpitalnym łóżku. Opierałam głowę o jego ramie i ziewałam.
-Oho, ktoś tu jest zmęczony.- Odparł.
Uśmiechnęłam się delikatnie. Nadal byłam przygnębiona tą sprawą z Cherry. Jak on mógł to zrobić. Nie.. Nie.. Nie wybaczę mu tego.
-Może ja Cię już zostawię. -Dodał Jack. Uśmiechnął się delikatnie, złożył na moim czole małego buziaka na dobranoc i wyszedł.
Siedziałam sama ze swoimi myślami, jednak zmęczenie kazało mi przestać zadręczać się tym wszystkim. Postanowiłam zasnąć.

Nie pamiętam ile zajęło mi zasypianie, jednak w końcu się udało.


***
Otworzyłam oczy i znajdowałam się w tym samym miejscu, co wcześniej. W łóżku szpitalnym. 
Często tutaj bywam, ze względu na zdrowie i stan psychiczny.
Ale to nie jest istotne.
Czułam się na siłach, więc wstałam by powędrować do pielęgniarki.
Ku mojemu zdziwieniu wszyscy zachowywali się dziwnie.
Było znacznie mniej ludzi niż wtedy, gdy zasypiałam.
Postanowiłam iść korytarzem do końca, by trafić na salę oddziału pielęgniarek, z nadzieją, że znajdę tam moją 'opiekunkę'.
Ku mojemu zdziwieniu, wszyscy nagle zaczęli za mną iść. Jednak osoby z naprzeciwka najpierw czekały, aż przejdę obok. To było serio dziwne.
W końcu trafiłam na salę dyżurki piguł. Zapukałam, jednak nie czekając na odpowiedź powędrowałam do środka. Uchyliłam drzwi, by móc potem szybko wrócić na salę.
-Dzień Dobry. - Powiedziałam po chwili ciszy. Jednak żadna z nich mi nie odpowiedziała. Podeszłam więc do jednej łapiąc za ramię i odwracając w moją stronę.
Byłam w ogromnym szoku. Wysoka blondynka odwróciła się. Miała całe czarne oczy a z jej ust zaczęła lecieć jakaś biało-czerwona maź. Wystraszyłam się, jednak bardziej zadziwiło mnie to, iż blondynka wydała z siebie przerażający krzyk. Nie mam pojęcia co to do cholery było.
Zgrabnym ruchem wyszłam z pomieszczenia i udałam się w najmniej ważnym w tym momencie kierunku. 
Przeraziło mnie to, gdyż wszystkie osoby znajdujące się tutaj, miały czarne oczy jak i również maź spływającą im z ust.
Wbiegłam więc do jakiejś sali zamykając szczelnie drzwi.
Przerażona usiadłam na ziemi i zaczęłam zastanawiać się co jest nie tak. Poklepałam się po policzkach jak i również szczypałam w ramię z nadzieją, że to tylko sen. Jednak nie, nie obudziłam się w łóżku. Wciąż siedziałam na ziemi zalana potem.
Z rozmyśleń wyrwał mnie dźwięk dobijających się ludzi do drzwi.
Szybko więc wstałam, z nadzieją,że coś zdołam zrobić.
-Shikoni.- Odparłam zdenerwowana. Mimo, to moje skrzydła się nie pojawiały.-Co jest.. Shikoni, Shikoni, Shikoni, Shikoni.- I nadal nic.
Zdjęłam nawet piżamę szpitalną, dobrze, że pod spodem miałam bieliznę.
-Shikoni. Shikoni shikoni shikoni.
Niestety, jak na złość, skrzydła się nie pojawiały. Postanowiłam więc uciec oknem. Najpierw jednak zabarykadowałam drzwi łóżkiem szpitalnym, by te 'zombie' się tu nie dostały.
Otworzyłam okno i popatrzyłam na ziemię. Wcale nie było tak wysoko.
Usiadłam na parapecie i policzyłam do 3.
1..
2..
3..
Skoczyłam.
Na szczęście, nic mi się takiego nie stało, więc szybko się pozbierałam i zaczęłam uciekać. Zauważyłam, że nie tylko ludzie ze szpitala zrobili się zmutowani, ale też przechodnie na ulicy.
Czułam się dziwnie z tym, że uciekałam przez miasto, gdzie wszyscy mnie znali w samej bieliźnie. Jednak, jeśli są w jakiś sposób przeklęci, chyba nie będą tego pamiętać.

No i gdzie ja mam uciekać.
Wiem, może Jack mi pomoże.
Pobiegłam więc w stronę lasu, gdzie mieszka mój przyjaciel.
Wszystkie 'zombie' biegły za mną. Jesu..

Zatrzymałam się już dość dobry kawałek od szpitala. Byłam zmęczona a serce waliło mi jak oszalałe.
Jedynym plusem było to, iż znajdowałam się na skraju ogromnego lasu, który prowadzi do siedziby Jack'a.

Wbiegłam więc do lasu z nadzieją, że to co wydarzyło się w mieście to tylko moja wyobraźnia.


Las, który był mi zawsze tak dobrze znany w mgnieniu oka zrobił się strasznie ciemny. Tak jakby był środek zimowej nocy. Zwolniłam kroku. 
Zrobiło mi się strasznie zimo. Z moich ust ujawniał się dymek pary wodnej i dwutlenku węgla. Zaczęłam ocierać zimnymi dłońmi o inne fragmenty ciała, by choć odrobinę się ogrzać.
Nagle zauważyłam znaną mi polanę. Podbiegłam do ruin. Otworzyłam ogromną klapę  i weszłam do środka. Niestety, na dole nikogo nie zastałam.
Miejsce było jakby opuszczone.
Nawet nie było tajnego przejścia do wielkiej sali, gdzie zazwyczaj znajdowali się moi wszyscy szaleni przyjaciele.
Zauważyłam jednak jakaś starą szmatę. Zawsze coś. Założyłam ją na siebie i wyszłam z piwnicy.
Nagle zrobiło się mrocznie. 
Wzrok przysłoniła mi narastająca biała mgła.
Wraz z nią narastał mój strach.
Postanowiłam, że niedaleko jest mój dom, więc się tam udam.
Ruszyłam pewnie jednak bałam się. Cholernie się bałam tego, że coś mnie zaskoczy.
Nie myliłam się.
Zauważyłam, że coś przebiegło przed moim nosem.
Było to coś ogromnego, coś czego nie znajdzie się w naszych lasach.
Kolejna fantastyczna przygoda.
Najpierw zombie, teraz to. Co to w ogóle ma być?

Przystanęłam na chwilę. Rozejrzałam się wokół, jednak niczego nie zauważyłam.
Poczułam falę zimna za sobą. Czy to coś właśnie stoi za mną?
Odwróciłam się. 
Ujrzałam coś ogromnego, czarnego i włochatego.
Z początku myślałam, że to jakieś ogromne zwierze. Jednak nie aż tak ogromne.
Przyjrzałam się bardziej i zauważyłam, że jest to pająk.
Nie taki zwykły, jak te malutkie co chowają się po kontach w naszym domu.
Ten był właśnie rozmiarów jednorodzinnego domku. 
Jego ogromne odnóża również były pokryte włoskami.
Ble, ohydny widok.

Strach tak wpił się we mnie, że nie miałam nawet siły uciekać.
Przełamałam się, gdy pająk otworzył swoje pyszczysko.
Zaczęłam uciekać z krzykiem nie zważając na to, gdzie się znajduję ani na to, gdzie biegnę.

Odwróciłam się, by zobaczyć czy zwierz mnie goni- nie myliłam się.
Nim mój wzrok wrócił w pełni do linii prostej, wpadłam na następnego ogromnego pająka.
Ten nagle spuścił na mnie sieć, tworząc kokon. Wraz z drugim pająkiem wdrapali się na najwyższe drzewa w tym lesie i zawiesili mnie na środku przeogromnej pajęczyny.
Wiedziałam, że to już mój koniec. Płakałam i krzyczałam przerażona sama nie wiedząc właściwie po co.

Potem straciłam przytomność.
Z nadzieją, że to nadal sen otworzyłam oczy.
Niestety, nie był to szpital.Znajdowałam się właśnie w jakimś ogromnym pałacu. Niby wszystko ok, ale miejsce było przerażające. Na stopach czułam zimny powiew wiatru, jednak z tego, co zauważyłam, wszystko było pozamykane. Ruszyłam do przodu, by dowiedzieć się czegoś o tym miejscu. Nagle z oddali usłyszałam narastający dźwięk łańcuchów ocieranych o podłoże. Do tego towarzyszyły kroki.Osoba, do której należały musiała być dobrze zbudowana, gdyż kroki były ciężkie i stawianie pewnie.
Stanęłam jak wryta, gdy zza rogu wyłoniła się ciemna postać. W ujrzeniu owej osoby przeszkadzało mi światło, którego nie było. Usłyszałam grzmot. Grzmot burzy. Nagle błysk. Niby sekundowy, ale wystarczył. Czarna postura mężczyzny,który wyglądał jakby był zmutowany, idealnie współgrała z ogromnymi, czerwonymi oczami i srebrnymi łańcuchami, które ze względu na swą starość były już pokryte rdzą.Z oczu i ust dosłownie lała mu się krew a oddech uwalniał na zewnątrz dymek pary wodnej i dwutlenku węgla.
Przerażona zaczęłam się cofać, z nadzieją, iż mężczyzna mnie nie zauważył. Podbiegłam do przeogromnej bramy, którą oni pewnie nazywali drzwiami. Próbowałam ją otworzyć, jednak była zbyt ciężka.
Nim się obejrzałam, by wyszukać innego miejsca ucieczki, przeogromny mężczyzna znajdował się tuż za mną.
Serce waliło mi znacznie szybciej niż zazwyczaj.
Patrzyłam w jego puste oczy z nadzieją że robi sobie ze mnie jaja i chce mnie nastraszyć.
Jednak jego wyraz twarzy mówił co innego.
Z tego wszystkiego, nie zauważyłam, że trzyma ogromny kilof w ręce.
Nie zdążyłam z siebie nic wykrztusić gdy ten zrobił zamach kilofem patrząc uważnie na moją głowę.
To koniec?
Nawet się nie pożegnałam ze sobą.
Próbując wykrztusić cokolwiek wciąż patrząc na niego.Byłam sparaliżowana własnym strachem.
Pisnęłam coś pod nosem gdy ten uczynił kolejny ruch. 
Jego kilof zbliżał się swoim ostrzem coraz bliżej, gdy nagle trafił mi prosto między oczy.
Następnie pamiętam tylko tyle, że moja krew rozpryskała się po bramie jak i również ciele mężczyzny. 
Moje ciało osuwało się po bramie aż w końcu padło bezwładnie na ziemi. Kałuża krwi robiła się coraz większa, a mężczyzna zabrał swó kilof i ruszył w stronę, z której się ujawnił.
Dalej nie było już nic..


***
Obudziłam się zalana potem w moim łóżku szpitalnym nadal nie otwierając oczu. Wciąż miałam przed sobą ten sam obraz. Mianowicie, był to obraz przedstawiający zbliżające się ostrze kilofu oraz przerażający wyraz twarzy owej osoby.
Zaczęłam się szarpać, z nadzieją że zmienię fabułę. Krzyczałam płakałam i byłam cała mokra.
Nieświadoma,że był to tylko sen otworzyłam oczy. 
Porażona światłem lamp szpitalnych rozglądałam się panicznie gdzie jestem i kto stoi nade mną.
Był to Jack wraz z Jeffem.
Jeff patrzył przerażony a Jack trzymał mnie za ręce i uspokajał, by nie sprowadzać fali pielęgniarek.
Z lekka się uspokoiłam, jednak nie do końca.
-Co on tutaj robi?- Zapytałam patrząc gniewnie na Jeffa.


c.d.n.
  




[*]
Więc, postanowiłam, że to nie będzie koniec przygód naszej Eme.
Opowiadanie będzie kontynuowane dalej, a jak na razie ujawniona została pierwsza, z dwóch części rozdziału 10.
Pozdrawiam (:





poniedziałek, 16 lutego 2015

Rozdział 9

Znów strasznie przepraszam za opóźnienia :c
p.s. Do opowiadania dochodzi nowa osóbka. Cherry Pau (: 


***
Następnego dnia obudziłam się w jego objęciach.
-Ta noc była idealna.- Odparłam patrząc mu w oczy i się uśmiechając.
-Też tak uważam.- Chłopak odwzajemnił uśmiech i złożył na moim czole delikatny pocałunek.

Leżeliśmy tak przez dobrą godzinę i rozmawialiśmy. W końcu położyłam się na nim i znów zaczęliśmy się delikatnie całować.
Wiedziałam, że ta noc była tylko przerywnikiem od wszystkich problemów. Przecież to nie zniknie tak od zaraz. Wszystko wróci i znów będzie źle.
Jednak, dlaczego mam teraz o tym myśleć? Właśnie jakby straciłam dziewictwo z osobą, z którą chciałam. 

-Księżniczko, może coś zjemy?- Z moich rozmyśleń wyrwał mnie głos Jeff'a.
-Tak, oczywiście. Na co masz ochotę?- Zapytałam po chwili. Szybko wstałam, założyłam bieliznę i jego bluzę. Zaciągnęłam się jego zapachem. Był cudowny. Popatrzyłam na niego z szerokim uśmiechem. Leżał całkiem nagi na łóżku i patrzył na mnie dziko.
-Mam ochotę na Ciebie.- Odparł i przyciągnął mnie do siebie, przewrócił na łóżko, pochylił nade mną i patrzył na mnie. Po chwili przypomniał sobie jak mnie kopał. Przypomniał ile krzywdy mi wyrządził. Szybko wstał, założył bokserki i spodnie. Na nogi wsunął buty i był gotowy znów mnie opuścić.- Przepraszam, nic z tego.
-Czekaj, co?- Patrzyłam na niego zszokowana. Właśnie spędziliśmy razem noc a on nagle mi mówi, że nic z tego? Co to ma być?!
-Możesz dać mi moją bluzę? Muszę iść. - Poprosił. Zdjęłam ją z siebie i mu rzuciłam. Wkurzyłam się jego zachowaniem.
-Czyli co? Tylko się mną zabawiłeś tak?!- Krzyknęłam. 
-Eme, proszę uspokój się. To nie tak. Nie rozumiesz.-Tłumaczył, jednak po chwili jego wyraz twarzy z zawiedzionej zmienił się na znudzoną.- Tak, zabawiłem się a teraz muszę iść.
Z początku myślałam, że robi sobie ze mnie żarty, jednak nie. On mówił na serio. Wyszedł z mojego pokoju i pokierował się w stronę drzwi zakładając bluzę. Nie dałam za wygraną, szybko chwyciłam z szafki luźną koszulkę i założyłam. Powędrowałam za nim.
-Dlaczego to zrobiłeś? Czy Ty uważasz mnie za zabawkę?! Jesteś zwykłym  dupkiem! Nienawidzę Cię!- Krzyczałam. W Pewnej chwili od odwrócił się, złapał mnie za nadgarstki i przycisnął do ściany. Bolało mnie jego zachowanie. Przecież wypełnia moje serce i jest tak cholernie ważny. Jednak potrafi zadać taki ból, iż odechciewa mi się go znać.
Przełożył moje ręce do jednej pięści i zacisnął. Patrzył na mnie wzrokiem, jakby zaraz miał mnie zabić. Był zimny wobec mnie.
-Jesteś zabawką. Zwykłą zabawką. Zrozum to.- Odparł chyba najoschlej jak tylko potrafił.
-D..Dlaczego..- Patrzyłam na niego zawiedziona. Łzy same napływały mi do oczu, następnie spływały po policzkach.
-Przychodzę gdy mam taki kaprys.- Odparł, wzruszył ramionami i mnie puścił.- Nie szukaj mnie.- Dodał po czym zniknął.
Siedziałam pod ścianą, płakałam, próbowałam zrozumieć w co on ze mną gra. Na czym polega jego gra? Co on robi? Dlaczego? Dlaczego to tak cholernie boli?
Gryzłam się z myślami do końca tego pieprzonego dnia. W końcu postanowiłam wrócić do pokoju. Usiadłam w koncie i wzrokiem szukałam noża. Skoro nawet On mnie wykorzystuje, ja nie mam po co tu jeszcze być.
Wreszcie go znalazłam. Leżał na szafce obok drzwi. Leniwie wstałam ocierając zapłakane oczy. Patrzyłam na nóż z nadzieją, iż nagle ożyje, zwróci się ostrzem w moją stronę i wbije się z jak największą prędkością w moją klatkę piersiową. Jednak nie. Przez cała drogę do szafki nic takiego nie miało miejsca.
Chwyciłam go pewnym ruchem w dłoń i wróciłam na swoje miejsce zastanawiając się co sobie zrobić.
W końcu stwierdziłam, że czas na pożegnanie.
Znalazłam przy nocnej szafce kawałek papieru i ołówek. Wzięłam więc je, pochyliłam się nad ziemią i zaczęłam gryzmolić.
Nie mam pojęcia, kto to czyta, jednak mam nadzieję, że leżę już martwa. Zgon? Samobójstwo. Powód? Brak chęci do dalszego życia. Myślę, że wielu z was się z tego powodu cieszy. Droga Sally- już nikt nie będzie Ci dokuczał, nie będziesz miała powodów do złości. Przepraszam za to, co Ci zrobiłam. Mamo- chciałaś mieć idealną córkę, przepraszam,że taka nie jestem. Jack'u- Wybacz, że nie wybierzemy się nigdzie razem. Chciałam zabrać Ciebie i Jeff'a w pewne magiczne miejsce, jednak nici. Przepraszam. Jeff'ie- Tobie powiem tylko tyle. Byłeś dla mnie cholernie ważny, niestety jestem dla Ciebie tylko zabawką. Nie wiem dlaczego tak się stało, nie wiem czemu tak się stało ale mi z tym źle. Mam nadzieję, że nigdy więcej się już nie spotkamy. Nie chcę znów na Ciebie patrzeć i wiedzieć, że uwiedziesz mnie po to, by znów wykorzystać, gdy tylko będziesz miał ochotę. Bardzo mnie to boli, dlaczego znów mnie to spotkało? Strasznie mi na Tobie zależy, szkoda, że nie odwzajemniasz tego uczucia. Niestety, marzenia się nie spełniają. To koniec. Żegnajcie.    Pozdrawiam, Eme.

 Życie płata ludziom różne figle. Zazwyczaj są to sprośne żarty, drobne uszczerbki na zdrowiu. Jednak osoby słabe, zmęczone życiem spotyka znacznie większa kara. Mogę nazwać to karą? W pewnym stopniu jest to kara za moje postępowanie. Na pewno zrobiłam coś, za co płaciłam karami od ojca. Potem, po jego śmierci karą była miłość do mordercy. Mogłam się domyślić, że on się nie zmieni. Nie zrobi wyjątku dla kogoś tak żałosnego. Jestem kolejną zabawką. Kolejną osobą dopisaną do listy. To się kiedyś skończy? Oby tu i teraz. 
Chwyciłam mój wcześniej napisany list. Zacisnęłam najmocniej jak potrafiłam w dłoni i wymierzyłam cios nożem w rękę z nadzieją, że trafię w naprężoną żyłę. Chybiłam. Dlaczego chybiłam? Próbuję raz jeszcze. Znów chybię. Zrobię to delikatnie. 
Patrzyłam na głębokie rany po nożu, gotowa zrobić kolejne.
-Hallo, Emeli, jesteś tam?- Nagle usłyszałam znajomy głos i pukanie do drzwi. Był to Eyeless. Nie miałam ochoty teraz z nim rozmawiać. Dlaczego teraz? Dlaczego nie 10 minut później. Lub 15.. To nie ma różnicy. Będę udawać, że mnie tu nie ma, może sobie pójdzie.
-Hej, Emcia, słyszałem co się stało. Strasznie mi przykro. Wiem, że tam jesteś, wpuść mnie, chcę pogadać.- Chłopak nie dawał za wygraną. Jednak nie, nie mogę się teraz wycofać.
-Nie ma mnie tu, idź sobie.- Odparłam i dźgnęłam nożem prosto w żyłę. Z początku poczułam straszliwy ból, syczałam,płakałam i dławiłam się łzami. Jednak już po chwili poczułam się lekka. Powoli osuwałam się po ścianie, tonąć w powiększającej się kałuży mojej własnej, jeszcze ciepłej krwi.
Nagle drzwi, które jeszcze chwilę temu były moim obrońcą przed światem, właśnie zostały wyburzone. Podbiegł do mnie Jack i zaczął delikatnie walić po policzkach. Wezwał karetkę, cały czas zostając obok. Trochę wyżej nad raną ucisnął pasek od spodni, by zatamować krwotok. Zauważył w mojej dłoni list. Zabrał go i przeczytał. Strasznie się zdenerwował, jednak nie okazywał tego. Cały czas coś do mnie mówił, jednak nie wiem co. Nie pamiętam. Wszystko widzę przez mgłę, a może mi się wydaje? 
Sygnał. Słychać sygnał karetki. Ona tu jedzie. Jack znika a pojawiają się ratownicy. Dlaczego tak musi być? Dlaczego nie pozwolą mi odejść?


***
Z punktu widzenia Eyeless Jack'a 

***
Po przeczytaniu tego zacnego listu pożegnalnego ogarnęła mnie nienawiść do tego pieprzonego dupka. Przecież mu na niej zależy! Dlaczego jest dla niego kolejną zabawką?!
Czekałem przy Emeli aż nie pojawią się ratownicy. Potem wyskoczyłem przez okno. Pobiegłem do tego dupka by się z nim osobiście rozprawić. 
To co zobaczyłem w środku zaszokowało mnie jeszcze bardziej.

Bez zawahania wbiegłem do jego piwnicy, wszystko było rozpakowane, stało tak jak powinno.
Jednak najbardziej zaskoczył mnie widok Jeffa i ...
I Cherry. 
Cherry Pau. To jego była dziewczyna i moja kuzynka! Przecież ona ma 17 lat! 
Rozumiem jakby siedzieli i rozmawiali.. Ale oni.. Oni leżeli nadzy, w łóżku. Ja mu kurwa dam!
Podbiegłem do niego i wytarmosiłem z łóżka.
-Ah, Kuzynie, no przestań, nie przeszkadzaj.- Usłyszałem tylko słodki głosik mojej kuzynki.
-Zamknij się, ubierz i wynoś stąd! Z Tobą rozprawię się jak skończę z tym gnojem!- Wykrzyczałem zdenerwowany. Cherry chyba przejęła się moimi słowami, gdyż natychmiast owinęła się kołdrą i wyszła z pomieszczenia.
Jeff w tym czasie zdążył założyć bokserki i spodnie.
-Na gołe klaty, śmieciu!- Krzyknął do mnie. 
Bez zawahania zdjąłem koszulkę. Podczas, gdy on chciał coś z siebie wydusić, rzuciłem się na niego okładając pięściami.
-Jesteś zerem! Jak śmiesz ją wykorzystywać! Ty Gnoju!- Krzyczałem. 
Jeff jednak mimo wszystko jest silniejszy. Złapał mnie za obręcz barkową, przerzucił za siebie i również zaczął okładać pięściami. Całkiem zapomniałem o liście, który trzymałem w ręce.
-O co Ci kurwa chodzi co?! Sama tu przylazła i mi wlazła do łóżka! A nie mogłem się jej oprzeć!- Krzyczał na mnie.
Przecież to zwykły szmaciarz!
-Ty Męska Dziwko! Mówię o Eme nie o Cherry! Pedofilu Jebany, jak śmiałeś jej to zrobić?! Wiesz, że ona teraz leży w szpitalu?!- Odparłem również uniesionym tonem. Zamurowało go. Podczas, gdy już wymierzył na mnie cios, patrzył zaszokowany. 
-C..Co? Jak to w szpitalu?- Dopytywał.
Splunąłem mu na twarz i wręczyłem list. Zaczął go szybko czytać po czym gdy dotarł do swojego imienia, wczuł się w tekst i czytał ze skupieniem.
-Jesteś zwykłym zerem. A ja powiem jej, o Cherry.- Odparłem podnosząc się z kanapy.- Nadajesz się do burdelu, męska dziwko.
Jeff usiał wryty. Zachowywał się jak słup soli. Nic do niego nie docierało.
W końcu do pomieszczenia weszła zaciekawiona Cherry.
-Wynoś się głupia suko!- Krzyknął Jeff.
-Zamknij mordę, sam tego chciałeś!- Odkrzyknęła mu.
-Cherry, zachowałaś się jak suka. A Jeff jak męska dziwka. Obaj jesteście winni więc morda w kubeł! Musimy wymyślić jak powiedzieć jej to, by nic sobie nie zrobiła.-Odparłem. Zaczęło mi na niej zależeć. Martwiłem się. A ten dupek jak zwykle ma to wszystko gdzieś.
To się dla niego źle skończy, bardzo źle.
-O kim rozmawiacie?- Dopytywała Cherry.
-Nieważne.- Odparłem.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu, jednak nie zauważyłem Jeffa. Ciekawe co on odpierdoli.

***
Wracamy do punktu widzenia Eme

***
Obudziłam się w szpitalu. Rękę miałam perfekcyjnie zawiązaną w kupę bandaży. 
Rozglądałam się po małej sali w poszukiwaniu wskazówki na cokolwiek.
W końcu do pomieszczenia weszła ciemnoskóra pielęgniarka.
-Witaj słoneczko, jak się czujesz?- Dopytywała.
-Dość dobrze, dziękuję.- Odparłam.- Wie Pani może, kto mnie uratował?
-Skarbie, z tego co wiem to jakiś chłopak. 
Nie wiedziałam co o tym myśleć. Nie pamiętałam zbytnio kto to był. Jeff.. Jack.. A może ktoś inny?To wszystko robi się coraz bardziej zakręcone.

Leżałam na łóżku i oglądałam TV gdy nagle do sali wszedł Jack.
-Hej, nie przeszkadzam?- Zapytał zamykając za sobą drzwi.-Musimy pogadać.
-Jasne, wejdź. -Odparłam. Chłopak dosiadł się obok. Siedział na krawędzi łóżka. Był zawiedziony. Nie wiedziałam jeszcze czym, ale wiedziałam, że jest coś na rzeczy.
-No mów. Jestem ciekawa.- Zaśmiałam się.
-Wątpię, że Cię to uszczęśliwi. Chodzi o Jeffa..- Odparł Eyeless.
Moja mina od razu zmieniła swój wyraz. Zaniepokoiłam się co mogło się stać. A może on też sobie coś zrobił? Może coś się stało i po prostu udawał, że się mną bawi? Nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć.
-Nie wiem, czy nazwać to zdradą. W końcu nie byliście parą c'nie? - Wyrwał mnie z moich myśli.
-Czekaj, cofnij. Jak to zdradził? Z kim? Jak? Gdzie? Co kurwa?! - Dopytywałam. -I nie, nie jesteśmy parą.- Dodałam.
Jack wszystko powoli mi wyjaśnił dobierając słowa w sposób łagodny, bym się nie zdenerwowała a co najgorsze załamała. Był przy mnie, wspierał mnie gdy tego potrzebowała. Czy on coś kombinuje? A może mają jakiś plan wobec mnie? Co tu się w ogóle wyprawia..
-Emeli proszę tylko o jedno.- Dodał po chwili niezręcznej ciszy.
-Ta? O co chodzi? - Zapytałam całkowicie zdołowana.
-Nie zrób nic sobie. To dla mnie bardzo ważne. Zależy mi na Twoim zdrowiu. - Wytłumaczył. Postanowiłam mu to obiecać. W końcu był tu, wspierał mnie, kurwa troszczył i chciało mu się w ogóle mnie odwiedzić. To wiele znaczy.

-Dobrze, obiecuję.- Odparłam.






***
Pojawia się rozdział 9.
Jestem coraz bardziej z nich niezadowolona. Przepraszam, że są tak strasznie słabe. Postaram się poprawić. Obiecuję, że następny, rozdział 10 będzie ciekawszy i dłuższy. 
Jest godzina 23: 00 a ja dopiero go skończyłam. Męczę go i męczę aż w końcu wymęczyłam.
Jeszcze raz przepraszam i do następnego.
Pozdrawiam.
~/Eme.