sobota, 7 marca 2015

Rozdział 10 1/2

Postanowiłam, że nie będzie to ostatni rozdział. Będzie ich więcej a opowiadanie będzie kontynuowane (:

***
Siedziałam z Jack'iem w szpitalu jeszcze kilka godzin. Potem zrobiłam się zmęczona.Jack siedział a właściwie leżał ze mną w szpitalnym łóżku. Opierałam głowę o jego ramie i ziewałam.
-Oho, ktoś tu jest zmęczony.- Odparł.
Uśmiechnęłam się delikatnie. Nadal byłam przygnębiona tą sprawą z Cherry. Jak on mógł to zrobić. Nie.. Nie.. Nie wybaczę mu tego.
-Może ja Cię już zostawię. -Dodał Jack. Uśmiechnął się delikatnie, złożył na moim czole małego buziaka na dobranoc i wyszedł.
Siedziałam sama ze swoimi myślami, jednak zmęczenie kazało mi przestać zadręczać się tym wszystkim. Postanowiłam zasnąć.

Nie pamiętam ile zajęło mi zasypianie, jednak w końcu się udało.


***
Otworzyłam oczy i znajdowałam się w tym samym miejscu, co wcześniej. W łóżku szpitalnym. 
Często tutaj bywam, ze względu na zdrowie i stan psychiczny.
Ale to nie jest istotne.
Czułam się na siłach, więc wstałam by powędrować do pielęgniarki.
Ku mojemu zdziwieniu wszyscy zachowywali się dziwnie.
Było znacznie mniej ludzi niż wtedy, gdy zasypiałam.
Postanowiłam iść korytarzem do końca, by trafić na salę oddziału pielęgniarek, z nadzieją, że znajdę tam moją 'opiekunkę'.
Ku mojemu zdziwieniu, wszyscy nagle zaczęli za mną iść. Jednak osoby z naprzeciwka najpierw czekały, aż przejdę obok. To było serio dziwne.
W końcu trafiłam na salę dyżurki piguł. Zapukałam, jednak nie czekając na odpowiedź powędrowałam do środka. Uchyliłam drzwi, by móc potem szybko wrócić na salę.
-Dzień Dobry. - Powiedziałam po chwili ciszy. Jednak żadna z nich mi nie odpowiedziała. Podeszłam więc do jednej łapiąc za ramię i odwracając w moją stronę.
Byłam w ogromnym szoku. Wysoka blondynka odwróciła się. Miała całe czarne oczy a z jej ust zaczęła lecieć jakaś biało-czerwona maź. Wystraszyłam się, jednak bardziej zadziwiło mnie to, iż blondynka wydała z siebie przerażający krzyk. Nie mam pojęcia co to do cholery było.
Zgrabnym ruchem wyszłam z pomieszczenia i udałam się w najmniej ważnym w tym momencie kierunku. 
Przeraziło mnie to, gdyż wszystkie osoby znajdujące się tutaj, miały czarne oczy jak i również maź spływającą im z ust.
Wbiegłam więc do jakiejś sali zamykając szczelnie drzwi.
Przerażona usiadłam na ziemi i zaczęłam zastanawiać się co jest nie tak. Poklepałam się po policzkach jak i również szczypałam w ramię z nadzieją, że to tylko sen. Jednak nie, nie obudziłam się w łóżku. Wciąż siedziałam na ziemi zalana potem.
Z rozmyśleń wyrwał mnie dźwięk dobijających się ludzi do drzwi.
Szybko więc wstałam, z nadzieją,że coś zdołam zrobić.
-Shikoni.- Odparłam zdenerwowana. Mimo, to moje skrzydła się nie pojawiały.-Co jest.. Shikoni, Shikoni, Shikoni, Shikoni.- I nadal nic.
Zdjęłam nawet piżamę szpitalną, dobrze, że pod spodem miałam bieliznę.
-Shikoni. Shikoni shikoni shikoni.
Niestety, jak na złość, skrzydła się nie pojawiały. Postanowiłam więc uciec oknem. Najpierw jednak zabarykadowałam drzwi łóżkiem szpitalnym, by te 'zombie' się tu nie dostały.
Otworzyłam okno i popatrzyłam na ziemię. Wcale nie było tak wysoko.
Usiadłam na parapecie i policzyłam do 3.
1..
2..
3..
Skoczyłam.
Na szczęście, nic mi się takiego nie stało, więc szybko się pozbierałam i zaczęłam uciekać. Zauważyłam, że nie tylko ludzie ze szpitala zrobili się zmutowani, ale też przechodnie na ulicy.
Czułam się dziwnie z tym, że uciekałam przez miasto, gdzie wszyscy mnie znali w samej bieliźnie. Jednak, jeśli są w jakiś sposób przeklęci, chyba nie będą tego pamiętać.

No i gdzie ja mam uciekać.
Wiem, może Jack mi pomoże.
Pobiegłam więc w stronę lasu, gdzie mieszka mój przyjaciel.
Wszystkie 'zombie' biegły za mną. Jesu..

Zatrzymałam się już dość dobry kawałek od szpitala. Byłam zmęczona a serce waliło mi jak oszalałe.
Jedynym plusem było to, iż znajdowałam się na skraju ogromnego lasu, który prowadzi do siedziby Jack'a.

Wbiegłam więc do lasu z nadzieją, że to co wydarzyło się w mieście to tylko moja wyobraźnia.


Las, który był mi zawsze tak dobrze znany w mgnieniu oka zrobił się strasznie ciemny. Tak jakby był środek zimowej nocy. Zwolniłam kroku. 
Zrobiło mi się strasznie zimo. Z moich ust ujawniał się dymek pary wodnej i dwutlenku węgla. Zaczęłam ocierać zimnymi dłońmi o inne fragmenty ciała, by choć odrobinę się ogrzać.
Nagle zauważyłam znaną mi polanę. Podbiegłam do ruin. Otworzyłam ogromną klapę  i weszłam do środka. Niestety, na dole nikogo nie zastałam.
Miejsce było jakby opuszczone.
Nawet nie było tajnego przejścia do wielkiej sali, gdzie zazwyczaj znajdowali się moi wszyscy szaleni przyjaciele.
Zauważyłam jednak jakaś starą szmatę. Zawsze coś. Założyłam ją na siebie i wyszłam z piwnicy.
Nagle zrobiło się mrocznie. 
Wzrok przysłoniła mi narastająca biała mgła.
Wraz z nią narastał mój strach.
Postanowiłam, że niedaleko jest mój dom, więc się tam udam.
Ruszyłam pewnie jednak bałam się. Cholernie się bałam tego, że coś mnie zaskoczy.
Nie myliłam się.
Zauważyłam, że coś przebiegło przed moim nosem.
Było to coś ogromnego, coś czego nie znajdzie się w naszych lasach.
Kolejna fantastyczna przygoda.
Najpierw zombie, teraz to. Co to w ogóle ma być?

Przystanęłam na chwilę. Rozejrzałam się wokół, jednak niczego nie zauważyłam.
Poczułam falę zimna za sobą. Czy to coś właśnie stoi za mną?
Odwróciłam się. 
Ujrzałam coś ogromnego, czarnego i włochatego.
Z początku myślałam, że to jakieś ogromne zwierze. Jednak nie aż tak ogromne.
Przyjrzałam się bardziej i zauważyłam, że jest to pająk.
Nie taki zwykły, jak te malutkie co chowają się po kontach w naszym domu.
Ten był właśnie rozmiarów jednorodzinnego domku. 
Jego ogromne odnóża również były pokryte włoskami.
Ble, ohydny widok.

Strach tak wpił się we mnie, że nie miałam nawet siły uciekać.
Przełamałam się, gdy pająk otworzył swoje pyszczysko.
Zaczęłam uciekać z krzykiem nie zważając na to, gdzie się znajduję ani na to, gdzie biegnę.

Odwróciłam się, by zobaczyć czy zwierz mnie goni- nie myliłam się.
Nim mój wzrok wrócił w pełni do linii prostej, wpadłam na następnego ogromnego pająka.
Ten nagle spuścił na mnie sieć, tworząc kokon. Wraz z drugim pająkiem wdrapali się na najwyższe drzewa w tym lesie i zawiesili mnie na środku przeogromnej pajęczyny.
Wiedziałam, że to już mój koniec. Płakałam i krzyczałam przerażona sama nie wiedząc właściwie po co.

Potem straciłam przytomność.
Z nadzieją, że to nadal sen otworzyłam oczy.
Niestety, nie był to szpital.Znajdowałam się właśnie w jakimś ogromnym pałacu. Niby wszystko ok, ale miejsce było przerażające. Na stopach czułam zimny powiew wiatru, jednak z tego, co zauważyłam, wszystko było pozamykane. Ruszyłam do przodu, by dowiedzieć się czegoś o tym miejscu. Nagle z oddali usłyszałam narastający dźwięk łańcuchów ocieranych o podłoże. Do tego towarzyszyły kroki.Osoba, do której należały musiała być dobrze zbudowana, gdyż kroki były ciężkie i stawianie pewnie.
Stanęłam jak wryta, gdy zza rogu wyłoniła się ciemna postać. W ujrzeniu owej osoby przeszkadzało mi światło, którego nie było. Usłyszałam grzmot. Grzmot burzy. Nagle błysk. Niby sekundowy, ale wystarczył. Czarna postura mężczyzny,który wyglądał jakby był zmutowany, idealnie współgrała z ogromnymi, czerwonymi oczami i srebrnymi łańcuchami, które ze względu na swą starość były już pokryte rdzą.Z oczu i ust dosłownie lała mu się krew a oddech uwalniał na zewnątrz dymek pary wodnej i dwutlenku węgla.
Przerażona zaczęłam się cofać, z nadzieją, iż mężczyzna mnie nie zauważył. Podbiegłam do przeogromnej bramy, którą oni pewnie nazywali drzwiami. Próbowałam ją otworzyć, jednak była zbyt ciężka.
Nim się obejrzałam, by wyszukać innego miejsca ucieczki, przeogromny mężczyzna znajdował się tuż za mną.
Serce waliło mi znacznie szybciej niż zazwyczaj.
Patrzyłam w jego puste oczy z nadzieją że robi sobie ze mnie jaja i chce mnie nastraszyć.
Jednak jego wyraz twarzy mówił co innego.
Z tego wszystkiego, nie zauważyłam, że trzyma ogromny kilof w ręce.
Nie zdążyłam z siebie nic wykrztusić gdy ten zrobił zamach kilofem patrząc uważnie na moją głowę.
To koniec?
Nawet się nie pożegnałam ze sobą.
Próbując wykrztusić cokolwiek wciąż patrząc na niego.Byłam sparaliżowana własnym strachem.
Pisnęłam coś pod nosem gdy ten uczynił kolejny ruch. 
Jego kilof zbliżał się swoim ostrzem coraz bliżej, gdy nagle trafił mi prosto między oczy.
Następnie pamiętam tylko tyle, że moja krew rozpryskała się po bramie jak i również ciele mężczyzny. 
Moje ciało osuwało się po bramie aż w końcu padło bezwładnie na ziemi. Kałuża krwi robiła się coraz większa, a mężczyzna zabrał swó kilof i ruszył w stronę, z której się ujawnił.
Dalej nie było już nic..


***
Obudziłam się zalana potem w moim łóżku szpitalnym nadal nie otwierając oczu. Wciąż miałam przed sobą ten sam obraz. Mianowicie, był to obraz przedstawiający zbliżające się ostrze kilofu oraz przerażający wyraz twarzy owej osoby.
Zaczęłam się szarpać, z nadzieją że zmienię fabułę. Krzyczałam płakałam i byłam cała mokra.
Nieświadoma,że był to tylko sen otworzyłam oczy. 
Porażona światłem lamp szpitalnych rozglądałam się panicznie gdzie jestem i kto stoi nade mną.
Był to Jack wraz z Jeffem.
Jeff patrzył przerażony a Jack trzymał mnie za ręce i uspokajał, by nie sprowadzać fali pielęgniarek.
Z lekka się uspokoiłam, jednak nie do końca.
-Co on tutaj robi?- Zapytałam patrząc gniewnie na Jeffa.


c.d.n.
  




[*]
Więc, postanowiłam, że to nie będzie koniec przygód naszej Eme.
Opowiadanie będzie kontynuowane dalej, a jak na razie ujawniona została pierwsza, z dwóch części rozdziału 10.
Pozdrawiam (:





1 komentarz: