poniedziałek, 16 marca 2015

Rozdział 10 2/2

Długo wyczekiwany... Oto on!

***
-Co on tutaj robi?- Zapytałam patrząc gniewnie na Jeffa.
-To nie istotne. Jak się czujesz?- Chłopak poprawił ręką włosy patrząc na mnie z wyrazem współczucia.
-A co Ciebie to obchodzi? - Zdenerwowałam się.
-Jesteś dla mnie ważna, martwię się.- Jack wyszedł. Zostawił nas samych, byśmy wyjaśnili sobie wszystko.
-Zejdź mi z oczu. I nie wracaj nigdy więcej.- Wysyczałam przez zęby.Miałam dość tego, że na każde jego skinienie, będę za nim latać.
-Daj mi to wyjaśnić.
-Tu nie ma co wyjaśniać! Dobrze wiesz co do Ciebie czuję a mimo to, bawiłeś się mną! Wynoś się!- Łapałam oddech uciekając od niego wzrokiem. Łzy pchały mi się do oczu.
-Nigdzie nie pójdę.- Odparł siadając na krawędzi łóżka. Położył delikatnie rękę na mojej dłoni, szarpnęłam jednak złapał mnie za nadgarstek przytrzymując z ogromną siłą.
-Jesteś tak cholernie ważna. Taka delikatna. Nie zasługujesz na mnie. Ale mimo to Cię kocham.- Wyjaśnił przewracając oczami. Denerwował mnie.
-Zniknij.- Zawiesiłam wzrok na ścianie. W mgnieniu oka obrzydliwy obraz klown'a stał się ciekawy.
-Skąd wiedziałem, że to powiesz. Nah.- Zakpił.
Momentalnie spojrzałam na niego. Znów płakałam. Przez niego. Znów miałam dość życia.
Nic nie odpowiedział, przyciągnął mnie do siebie i przytulił.
Z początku niechętnie przywarłam do niego, jednak uwielbiałam czuć jego bliskość. Wtuliłam się w jego tors uspokajając oddech.
Nagle w drzwiach stanął Jack.
-No,widzę że jest już ok.- Odparł z lekka zawiedziony. Odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Momentalnie wybiegłam za nim, jednak był już na końcu korytarza.
Stałam tak jeszcze chwilę i zauważyłam jak kopnął kosz na śmieci. Był zdenerwowany? Ale czym..
Wróciłam na salę. Spojrzałam na Jeffa. Siedział z głową wpatrzoną w łóżko.
-Ile razy on tu był?- Zagadał przerywając niezręczną ciszę.
-Na pewno więcej niż Ty. Dla jasności był przy mnie zawsze.- Wyjaśniłam. Skrzyżowałam ręce na piersi podpierając się o biodro.
-Byłem głupi. - Odparł podnosząc na mnie wzrok. Wstał i podszedł do mnie. Jego wyraz twarzy był przerażający. Zaczęłam się cofać aż w końcu wpadłam na ścianę.
Położył dłonie na ścianie obok mojej twarzy. Patrzył na mnie oczami mordercy. Z jego rękawa ciurkiem leciał strumyczek krwi. Świeżej krwi. Znów się gryzł.
-Jeff. Uspokój się. Oddychaj.- Wyjaśniłam opuszczając ręce.
Zrobił to samo, jednak w innym celu.
Wyciągnął nóż z kieszeni i przyłożył go do mojej szyi.
Serce zaczęło szybciej bić a oddech stał się niepewny.
-J..Jeff..- Przełknęłam ślinę.
-Zamknij japę. - Odparł przewracając oczami.- Zwykła suczka. Czaisz?! Teraz mogę zrobić z Tobą co mi się żywnie podoba.Haha.
Przymknęłam oczy, by choć na chwilę uspokoić oddech.
-Shikoni.- Odparł po chwili niezręcznej ciszy. Z moich łopatek wyrosły dwa skrzydła. Piękne, ogromne skrzydła.
Zamknęłam oczy robiąc delikatny ruch w stronę Jeffa.
Wiatr z ogromną siłą odepchnął go na drugi koniec sali. Jego nóż leżał tuż przede mną a on siedział pod ścianą próbując się podnieść.
Podbiegłam do niego zmartwiona.
-Edin.- Skrzydła znikły.
Kucnęłam przed Ukochanym spoglądając na niego. On spojrzał na mnie. Dał mi w twarzy i chciał wstać, jednak mu to uniemożliwiłam. Z ciężkim sercem zamachnęłam się celując otwartą dłonią w jego policzek. W końcu uderzyłam.
Jeff potrząsnął głową i wrócił do siebie.
Spojrzał na mnie. Czuł się niezręcznie. Wstał, poprawił bluzę, schował nóż i wyszedł bez słowa.
Usiadłam pod ścianą z nadzieją, że ten dzień skończy się spokojnie.
Siedziałam tak chwilę myśląc o zachowaniu Jeffa jak i również Jack'a.
Dziwiło mnie to, co się wokół mnie dzieje.
Postanowiłam wrócić do domu.
Wstałam, ubrałam coś normalnego, założyłam kaptur na głowę i wyszłam z sali.
Powędrowałam od razu do drzwi głównych.
Dziwne, iż nikt nie zauważył, że wychodzę.

Szłam uliczkami rozglądając się dziko po mieście.
W końcu trafiłam na uliczkę prowadzącą do mojego domu.
Przyspieszyłam kroku aż w końcu dobiegłam do mojej posesji.
W podskokach udałam się do drzwi, które otworzyłam z ogromną siłą w myślach powtarzając 'wreszcie w domu'.
Zauważyłam listy na stole. Podeszłam do nich. Był tam list z pracy, szkoły i kilka rachunków.
Wzięłam te zaadresowane do mnie i powędrowałam na górę.
Zamknęłam się w pokoju otwierając każdy list po kolei.
Wzrokiem przejrzałam treść.
-No świetnie, wylali mnie z roboty, oblałam szkołę. Super, po prostu super.- Uśmiechnęłam się sama do siebie. W końcu miałam spokój.

Usiadłam leniwie na łóżku wyciągając z szafki moją ulubioną książkę '' Niebezpieczna Gra''.
Zatapiałam się w kolejnych  stronach książki.

Nagle do pokoju wparował Jack.
Odłożyłam książkę zaznaczając gdzie skończyłam,
-O co chodzi?- Odparłam z lekkim uśmiechem.
-Jeff. Coś Ty mu zrobiła?- Odparł zakłopotany.
-N..Nic.. A o co chodzi?- Wstałam zdenerwowana. Może to ten plaskacz..
-Siedzi zamknięty  w piwnicy..- Wyjaśnił.
-Może po prostu tam siedzi.. Nie wnikam.- Odparłam znów siadając na łóżku.
-Jesteś beznadziejna! -Krzyknął Jack y wyszedł. Był tak denerwujący ale uroczy za razem.
Chciałam do niego iść. Pogadać. Przytulić się do niego. Pragnęłam go. Tak cholernie.
Chwila, co mi jest. Eme, ogarnij się!
Nagle zauważyłam, jak do pokoju wbiega Jack rzucając maskę gdzieś w kąt. Podbiegł do mnie, przewrócił na łóżko i zaczął łapczywie całować. Miał delikatne usta. Słodkie wargi prosiły się o ich muskanie.
W końcu wybuchowa atmosfera się uspokoiła a Jack wraz ze mną leżeliśmy już pół nadzy na łóżku,
Dalej było już parno, idealnie i bosko.

***

Po mniej więcej godzinie leżałam wtulona w niego. Byłam w czarnej bieliźnie, on tylko w bokserkach.
Jego idealna klatka piersiowa lśniła w blasku żarówki. Pokryta potem była boska.
Wtuliłam się w jego klatę  a on objął mnie ramieniem. Delikatny, czuły i kochany. To właśnie tak uważałam jeśli chodzi o Jack'a.
W głowie nadal jednak miałam obraz Jeff'a.
Jakby na złość, ten nagle wparował do pokoju.
-Co do kurwy..- Patrzył na nas zaszokowany.
-Jeff. Witaj- Odparł uradowany Jack.
-Ty nędzna dziwko!- Krzyknął do mnie. Podbiegł i dał mi w twarz.-Myślałem, że mnie kochasz.. Ty.. Ty.. YGH.- Wybiegł.
Z kieszeni wypadło mu małe pudełeczko.
Wstałam, zabrałam je i zajrzałam do środka.Był w niej pierścionek wyłożony ametystowymi kamieniami.
Zaniemówiłam.
Właśnie przespałam się z najlepszym przyjacielem a przyłapał nas chłopak za którego życie bym oddała.
-Przepraszam Jack, muszę iść.- Odparłam. Podbiegłam do szafy zakładając na siebie czarne leginsy oraz luźną szarą bluzkę z krzyżem na środku.
Wybiegłam za Jeffem zaciskając pudełko w ręce.
-Stój! Zatrzymaj się!- Krzyczałam za nim. Wiedziałam, że to będzie trudne.
-Odwal się.- Odparł załamany.
-Coś Ci wypadło.- Zatrzymałam się machając pudełkiem z pierścionkiem.
Jeff odwrócił się szukając po kieszeniach pudełka.
-Weź to sobie.- Machnął ręką idąc dalej.
Nie mogłam tak zrezygnować. Podbiegłam do niego łapiąc za rękę. Wsunęłam mu pudełko do ręki. On zatrzymał się i spojrzał na mnie.
-Daj mi spokój.- Odwrócił się i chciał ruszyć dalej w stronę piwnicy.Trzymałam go za rękę spoglądając w oczy.
-Chciałeś mi się oświadczyć? Przecież jestem Twoją zabawką.- Zdziwiłam się. Od kiedy z zabawkami chce się żenić.
-To nie istotne. Daj mi spokój. Zapomnij o mnie i baw się z nim dobrze. - Wysyczał przez zęby. Było mi wstyd.
-To nie tak..
-Więc jak? Jednorazowa przygoda co?- Syczał dalej.
-Ty chyba coś o tym wiesz, w końcu ze mną zrobiłeś to samo.- Posmutniałam. Było mi głupio rozmawiać na takie tematy na środku chodnika.
-Nie tylko Ty miałaś trudności w dzieciństwie.- Dodał i wyszarpnął swoją rękę.
-Wiem, czytałam o Tobie w internecie.- Wyjaśniłam.
On zaczął się śmiać. Głośno i ironicznie.
-A nie lepiej było mnie o to zapytać? Myślisz, że przeczytałaś jakieś bzdury w internecie i wiesz co mnie trapi? Jesteś żałosna.-Śmiał się dalej. Było mi głupio, miał rację.
-Stwierdziłam, że nie chcesz o tym rozmawiać. A ja nie chciałam drążyć tematu.- Wydusiłam z siebie.
Jeff podszedł do mnie, złapał za ramiona i spojrzał w oczy.
-Masz rację, nie chcę do tego wracać. Ale mogłaś wykazać się zainteresowaniem moją osobą a nie pustym uczuciem. Teraz mógłbym podciąć Ci gardło i mieć święty spokój, ale jesteś dla mnie cholernie ważna i tego nie zrobię. Tfu.- Wysyczał. Napluł na ziemię obok moich butów i odszedł.
Stałam tak jeszcze chwilę jednak zdecydowałam się o niego walczyć.
Tak, walczyć z nim o niego. To śmieszne.
-Stój. Skoro nie wykazałam zainteresowania i moje uczucie jest puste, to może Twoje głębokie? Wykorzystałeś mnie by zaspokoić swoje pragnienie. Potem zniknąłeś by przespać się z jego kuzynką. I to ja jestem żałosna?- Stałam zawiedziona. Woods zatrzymał się na chwilę, chciał coś powiedzieć, jednak postanowił iść dalej.-Teraz nic mi nie odpowiesz? Czyli się przyznajesz? Rozumiem.
To śmieszne. Zrobiłabym dla Ciebie wszystko, nawet chciałam się zabić. Zawiedziona tym, że masz mnie totalnie gdzieś! A teraz co? Teraz to ja jestem ta zła? Odpowiedz mi!
Jeff zatrzymał się, odwrócił w moją stronę i szybkim krokiem podszedł do mnie. Złapał za rękę i przyciągnął do siebie.
Zatopił swoje boskie usta w moich pogryzionych wargach łapczywie i szybko.
Zawiesiłam ręce na jego ramionach. On złapał mnie za pośladki i podniósł do góry. Na co odpowiedziałam kolejnym gestem. Objęłam nogami jego biodra nie przerywając pocałunku.
Jeff zbliżył się do ściany domu opierając mnie o nią.
Kochałam jego zapalczywość. Kochałam w nim wszystko. Jego humory.
Kochałam to jak chodzi, jak oddycha, jak na mnie patrzy, jak zagryza zdenerwowany wargi. Jak walczy.
Wszystko.
Od a do z.
Był dla mnie wszystkim.





***
Łapajcie rozdział 10 część drugą ^-^
Myślę, że choć trochę się spodoba :c
Męczyłam się uh uh
Wybaczcie, że długo nic nie było, mam trochę problemów na głowie.
Pozdrawiam.
~/Eme.

sobota, 7 marca 2015

Rozdział 10 1/2

Postanowiłam, że nie będzie to ostatni rozdział. Będzie ich więcej a opowiadanie będzie kontynuowane (:

***
Siedziałam z Jack'iem w szpitalu jeszcze kilka godzin. Potem zrobiłam się zmęczona.Jack siedział a właściwie leżał ze mną w szpitalnym łóżku. Opierałam głowę o jego ramie i ziewałam.
-Oho, ktoś tu jest zmęczony.- Odparł.
Uśmiechnęłam się delikatnie. Nadal byłam przygnębiona tą sprawą z Cherry. Jak on mógł to zrobić. Nie.. Nie.. Nie wybaczę mu tego.
-Może ja Cię już zostawię. -Dodał Jack. Uśmiechnął się delikatnie, złożył na moim czole małego buziaka na dobranoc i wyszedł.
Siedziałam sama ze swoimi myślami, jednak zmęczenie kazało mi przestać zadręczać się tym wszystkim. Postanowiłam zasnąć.

Nie pamiętam ile zajęło mi zasypianie, jednak w końcu się udało.


***
Otworzyłam oczy i znajdowałam się w tym samym miejscu, co wcześniej. W łóżku szpitalnym. 
Często tutaj bywam, ze względu na zdrowie i stan psychiczny.
Ale to nie jest istotne.
Czułam się na siłach, więc wstałam by powędrować do pielęgniarki.
Ku mojemu zdziwieniu wszyscy zachowywali się dziwnie.
Było znacznie mniej ludzi niż wtedy, gdy zasypiałam.
Postanowiłam iść korytarzem do końca, by trafić na salę oddziału pielęgniarek, z nadzieją, że znajdę tam moją 'opiekunkę'.
Ku mojemu zdziwieniu, wszyscy nagle zaczęli za mną iść. Jednak osoby z naprzeciwka najpierw czekały, aż przejdę obok. To było serio dziwne.
W końcu trafiłam na salę dyżurki piguł. Zapukałam, jednak nie czekając na odpowiedź powędrowałam do środka. Uchyliłam drzwi, by móc potem szybko wrócić na salę.
-Dzień Dobry. - Powiedziałam po chwili ciszy. Jednak żadna z nich mi nie odpowiedziała. Podeszłam więc do jednej łapiąc za ramię i odwracając w moją stronę.
Byłam w ogromnym szoku. Wysoka blondynka odwróciła się. Miała całe czarne oczy a z jej ust zaczęła lecieć jakaś biało-czerwona maź. Wystraszyłam się, jednak bardziej zadziwiło mnie to, iż blondynka wydała z siebie przerażający krzyk. Nie mam pojęcia co to do cholery było.
Zgrabnym ruchem wyszłam z pomieszczenia i udałam się w najmniej ważnym w tym momencie kierunku. 
Przeraziło mnie to, gdyż wszystkie osoby znajdujące się tutaj, miały czarne oczy jak i również maź spływającą im z ust.
Wbiegłam więc do jakiejś sali zamykając szczelnie drzwi.
Przerażona usiadłam na ziemi i zaczęłam zastanawiać się co jest nie tak. Poklepałam się po policzkach jak i również szczypałam w ramię z nadzieją, że to tylko sen. Jednak nie, nie obudziłam się w łóżku. Wciąż siedziałam na ziemi zalana potem.
Z rozmyśleń wyrwał mnie dźwięk dobijających się ludzi do drzwi.
Szybko więc wstałam, z nadzieją,że coś zdołam zrobić.
-Shikoni.- Odparłam zdenerwowana. Mimo, to moje skrzydła się nie pojawiały.-Co jest.. Shikoni, Shikoni, Shikoni, Shikoni.- I nadal nic.
Zdjęłam nawet piżamę szpitalną, dobrze, że pod spodem miałam bieliznę.
-Shikoni. Shikoni shikoni shikoni.
Niestety, jak na złość, skrzydła się nie pojawiały. Postanowiłam więc uciec oknem. Najpierw jednak zabarykadowałam drzwi łóżkiem szpitalnym, by te 'zombie' się tu nie dostały.
Otworzyłam okno i popatrzyłam na ziemię. Wcale nie było tak wysoko.
Usiadłam na parapecie i policzyłam do 3.
1..
2..
3..
Skoczyłam.
Na szczęście, nic mi się takiego nie stało, więc szybko się pozbierałam i zaczęłam uciekać. Zauważyłam, że nie tylko ludzie ze szpitala zrobili się zmutowani, ale też przechodnie na ulicy.
Czułam się dziwnie z tym, że uciekałam przez miasto, gdzie wszyscy mnie znali w samej bieliźnie. Jednak, jeśli są w jakiś sposób przeklęci, chyba nie będą tego pamiętać.

No i gdzie ja mam uciekać.
Wiem, może Jack mi pomoże.
Pobiegłam więc w stronę lasu, gdzie mieszka mój przyjaciel.
Wszystkie 'zombie' biegły za mną. Jesu..

Zatrzymałam się już dość dobry kawałek od szpitala. Byłam zmęczona a serce waliło mi jak oszalałe.
Jedynym plusem było to, iż znajdowałam się na skraju ogromnego lasu, który prowadzi do siedziby Jack'a.

Wbiegłam więc do lasu z nadzieją, że to co wydarzyło się w mieście to tylko moja wyobraźnia.


Las, który był mi zawsze tak dobrze znany w mgnieniu oka zrobił się strasznie ciemny. Tak jakby był środek zimowej nocy. Zwolniłam kroku. 
Zrobiło mi się strasznie zimo. Z moich ust ujawniał się dymek pary wodnej i dwutlenku węgla. Zaczęłam ocierać zimnymi dłońmi o inne fragmenty ciała, by choć odrobinę się ogrzać.
Nagle zauważyłam znaną mi polanę. Podbiegłam do ruin. Otworzyłam ogromną klapę  i weszłam do środka. Niestety, na dole nikogo nie zastałam.
Miejsce było jakby opuszczone.
Nawet nie było tajnego przejścia do wielkiej sali, gdzie zazwyczaj znajdowali się moi wszyscy szaleni przyjaciele.
Zauważyłam jednak jakaś starą szmatę. Zawsze coś. Założyłam ją na siebie i wyszłam z piwnicy.
Nagle zrobiło się mrocznie. 
Wzrok przysłoniła mi narastająca biała mgła.
Wraz z nią narastał mój strach.
Postanowiłam, że niedaleko jest mój dom, więc się tam udam.
Ruszyłam pewnie jednak bałam się. Cholernie się bałam tego, że coś mnie zaskoczy.
Nie myliłam się.
Zauważyłam, że coś przebiegło przed moim nosem.
Było to coś ogromnego, coś czego nie znajdzie się w naszych lasach.
Kolejna fantastyczna przygoda.
Najpierw zombie, teraz to. Co to w ogóle ma być?

Przystanęłam na chwilę. Rozejrzałam się wokół, jednak niczego nie zauważyłam.
Poczułam falę zimna za sobą. Czy to coś właśnie stoi za mną?
Odwróciłam się. 
Ujrzałam coś ogromnego, czarnego i włochatego.
Z początku myślałam, że to jakieś ogromne zwierze. Jednak nie aż tak ogromne.
Przyjrzałam się bardziej i zauważyłam, że jest to pająk.
Nie taki zwykły, jak te malutkie co chowają się po kontach w naszym domu.
Ten był właśnie rozmiarów jednorodzinnego domku. 
Jego ogromne odnóża również były pokryte włoskami.
Ble, ohydny widok.

Strach tak wpił się we mnie, że nie miałam nawet siły uciekać.
Przełamałam się, gdy pająk otworzył swoje pyszczysko.
Zaczęłam uciekać z krzykiem nie zważając na to, gdzie się znajduję ani na to, gdzie biegnę.

Odwróciłam się, by zobaczyć czy zwierz mnie goni- nie myliłam się.
Nim mój wzrok wrócił w pełni do linii prostej, wpadłam na następnego ogromnego pająka.
Ten nagle spuścił na mnie sieć, tworząc kokon. Wraz z drugim pająkiem wdrapali się na najwyższe drzewa w tym lesie i zawiesili mnie na środku przeogromnej pajęczyny.
Wiedziałam, że to już mój koniec. Płakałam i krzyczałam przerażona sama nie wiedząc właściwie po co.

Potem straciłam przytomność.
Z nadzieją, że to nadal sen otworzyłam oczy.
Niestety, nie był to szpital.Znajdowałam się właśnie w jakimś ogromnym pałacu. Niby wszystko ok, ale miejsce było przerażające. Na stopach czułam zimny powiew wiatru, jednak z tego, co zauważyłam, wszystko było pozamykane. Ruszyłam do przodu, by dowiedzieć się czegoś o tym miejscu. Nagle z oddali usłyszałam narastający dźwięk łańcuchów ocieranych o podłoże. Do tego towarzyszyły kroki.Osoba, do której należały musiała być dobrze zbudowana, gdyż kroki były ciężkie i stawianie pewnie.
Stanęłam jak wryta, gdy zza rogu wyłoniła się ciemna postać. W ujrzeniu owej osoby przeszkadzało mi światło, którego nie było. Usłyszałam grzmot. Grzmot burzy. Nagle błysk. Niby sekundowy, ale wystarczył. Czarna postura mężczyzny,który wyglądał jakby był zmutowany, idealnie współgrała z ogromnymi, czerwonymi oczami i srebrnymi łańcuchami, które ze względu na swą starość były już pokryte rdzą.Z oczu i ust dosłownie lała mu się krew a oddech uwalniał na zewnątrz dymek pary wodnej i dwutlenku węgla.
Przerażona zaczęłam się cofać, z nadzieją, iż mężczyzna mnie nie zauważył. Podbiegłam do przeogromnej bramy, którą oni pewnie nazywali drzwiami. Próbowałam ją otworzyć, jednak była zbyt ciężka.
Nim się obejrzałam, by wyszukać innego miejsca ucieczki, przeogromny mężczyzna znajdował się tuż za mną.
Serce waliło mi znacznie szybciej niż zazwyczaj.
Patrzyłam w jego puste oczy z nadzieją że robi sobie ze mnie jaja i chce mnie nastraszyć.
Jednak jego wyraz twarzy mówił co innego.
Z tego wszystkiego, nie zauważyłam, że trzyma ogromny kilof w ręce.
Nie zdążyłam z siebie nic wykrztusić gdy ten zrobił zamach kilofem patrząc uważnie na moją głowę.
To koniec?
Nawet się nie pożegnałam ze sobą.
Próbując wykrztusić cokolwiek wciąż patrząc na niego.Byłam sparaliżowana własnym strachem.
Pisnęłam coś pod nosem gdy ten uczynił kolejny ruch. 
Jego kilof zbliżał się swoim ostrzem coraz bliżej, gdy nagle trafił mi prosto między oczy.
Następnie pamiętam tylko tyle, że moja krew rozpryskała się po bramie jak i również ciele mężczyzny. 
Moje ciało osuwało się po bramie aż w końcu padło bezwładnie na ziemi. Kałuża krwi robiła się coraz większa, a mężczyzna zabrał swó kilof i ruszył w stronę, z której się ujawnił.
Dalej nie było już nic..


***
Obudziłam się zalana potem w moim łóżku szpitalnym nadal nie otwierając oczu. Wciąż miałam przed sobą ten sam obraz. Mianowicie, był to obraz przedstawiający zbliżające się ostrze kilofu oraz przerażający wyraz twarzy owej osoby.
Zaczęłam się szarpać, z nadzieją że zmienię fabułę. Krzyczałam płakałam i byłam cała mokra.
Nieświadoma,że był to tylko sen otworzyłam oczy. 
Porażona światłem lamp szpitalnych rozglądałam się panicznie gdzie jestem i kto stoi nade mną.
Był to Jack wraz z Jeffem.
Jeff patrzył przerażony a Jack trzymał mnie za ręce i uspokajał, by nie sprowadzać fali pielęgniarek.
Z lekka się uspokoiłam, jednak nie do końca.
-Co on tutaj robi?- Zapytałam patrząc gniewnie na Jeffa.


c.d.n.
  




[*]
Więc, postanowiłam, że to nie będzie koniec przygód naszej Eme.
Opowiadanie będzie kontynuowane dalej, a jak na razie ujawniona została pierwsza, z dwóch części rozdziału 10.
Pozdrawiam (: