poniedziałek, 16 marca 2015

Rozdział 10 2/2

Długo wyczekiwany... Oto on!

***
-Co on tutaj robi?- Zapytałam patrząc gniewnie na Jeffa.
-To nie istotne. Jak się czujesz?- Chłopak poprawił ręką włosy patrząc na mnie z wyrazem współczucia.
-A co Ciebie to obchodzi? - Zdenerwowałam się.
-Jesteś dla mnie ważna, martwię się.- Jack wyszedł. Zostawił nas samych, byśmy wyjaśnili sobie wszystko.
-Zejdź mi z oczu. I nie wracaj nigdy więcej.- Wysyczałam przez zęby.Miałam dość tego, że na każde jego skinienie, będę za nim latać.
-Daj mi to wyjaśnić.
-Tu nie ma co wyjaśniać! Dobrze wiesz co do Ciebie czuję a mimo to, bawiłeś się mną! Wynoś się!- Łapałam oddech uciekając od niego wzrokiem. Łzy pchały mi się do oczu.
-Nigdzie nie pójdę.- Odparł siadając na krawędzi łóżka. Położył delikatnie rękę na mojej dłoni, szarpnęłam jednak złapał mnie za nadgarstek przytrzymując z ogromną siłą.
-Jesteś tak cholernie ważna. Taka delikatna. Nie zasługujesz na mnie. Ale mimo to Cię kocham.- Wyjaśnił przewracając oczami. Denerwował mnie.
-Zniknij.- Zawiesiłam wzrok na ścianie. W mgnieniu oka obrzydliwy obraz klown'a stał się ciekawy.
-Skąd wiedziałem, że to powiesz. Nah.- Zakpił.
Momentalnie spojrzałam na niego. Znów płakałam. Przez niego. Znów miałam dość życia.
Nic nie odpowiedział, przyciągnął mnie do siebie i przytulił.
Z początku niechętnie przywarłam do niego, jednak uwielbiałam czuć jego bliskość. Wtuliłam się w jego tors uspokajając oddech.
Nagle w drzwiach stanął Jack.
-No,widzę że jest już ok.- Odparł z lekka zawiedziony. Odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Momentalnie wybiegłam za nim, jednak był już na końcu korytarza.
Stałam tak jeszcze chwilę i zauważyłam jak kopnął kosz na śmieci. Był zdenerwowany? Ale czym..
Wróciłam na salę. Spojrzałam na Jeffa. Siedział z głową wpatrzoną w łóżko.
-Ile razy on tu był?- Zagadał przerywając niezręczną ciszę.
-Na pewno więcej niż Ty. Dla jasności był przy mnie zawsze.- Wyjaśniłam. Skrzyżowałam ręce na piersi podpierając się o biodro.
-Byłem głupi. - Odparł podnosząc na mnie wzrok. Wstał i podszedł do mnie. Jego wyraz twarzy był przerażający. Zaczęłam się cofać aż w końcu wpadłam na ścianę.
Położył dłonie na ścianie obok mojej twarzy. Patrzył na mnie oczami mordercy. Z jego rękawa ciurkiem leciał strumyczek krwi. Świeżej krwi. Znów się gryzł.
-Jeff. Uspokój się. Oddychaj.- Wyjaśniłam opuszczając ręce.
Zrobił to samo, jednak w innym celu.
Wyciągnął nóż z kieszeni i przyłożył go do mojej szyi.
Serce zaczęło szybciej bić a oddech stał się niepewny.
-J..Jeff..- Przełknęłam ślinę.
-Zamknij japę. - Odparł przewracając oczami.- Zwykła suczka. Czaisz?! Teraz mogę zrobić z Tobą co mi się żywnie podoba.Haha.
Przymknęłam oczy, by choć na chwilę uspokoić oddech.
-Shikoni.- Odparł po chwili niezręcznej ciszy. Z moich łopatek wyrosły dwa skrzydła. Piękne, ogromne skrzydła.
Zamknęłam oczy robiąc delikatny ruch w stronę Jeffa.
Wiatr z ogromną siłą odepchnął go na drugi koniec sali. Jego nóż leżał tuż przede mną a on siedział pod ścianą próbując się podnieść.
Podbiegłam do niego zmartwiona.
-Edin.- Skrzydła znikły.
Kucnęłam przed Ukochanym spoglądając na niego. On spojrzał na mnie. Dał mi w twarzy i chciał wstać, jednak mu to uniemożliwiłam. Z ciężkim sercem zamachnęłam się celując otwartą dłonią w jego policzek. W końcu uderzyłam.
Jeff potrząsnął głową i wrócił do siebie.
Spojrzał na mnie. Czuł się niezręcznie. Wstał, poprawił bluzę, schował nóż i wyszedł bez słowa.
Usiadłam pod ścianą z nadzieją, że ten dzień skończy się spokojnie.
Siedziałam tak chwilę myśląc o zachowaniu Jeffa jak i również Jack'a.
Dziwiło mnie to, co się wokół mnie dzieje.
Postanowiłam wrócić do domu.
Wstałam, ubrałam coś normalnego, założyłam kaptur na głowę i wyszłam z sali.
Powędrowałam od razu do drzwi głównych.
Dziwne, iż nikt nie zauważył, że wychodzę.

Szłam uliczkami rozglądając się dziko po mieście.
W końcu trafiłam na uliczkę prowadzącą do mojego domu.
Przyspieszyłam kroku aż w końcu dobiegłam do mojej posesji.
W podskokach udałam się do drzwi, które otworzyłam z ogromną siłą w myślach powtarzając 'wreszcie w domu'.
Zauważyłam listy na stole. Podeszłam do nich. Był tam list z pracy, szkoły i kilka rachunków.
Wzięłam te zaadresowane do mnie i powędrowałam na górę.
Zamknęłam się w pokoju otwierając każdy list po kolei.
Wzrokiem przejrzałam treść.
-No świetnie, wylali mnie z roboty, oblałam szkołę. Super, po prostu super.- Uśmiechnęłam się sama do siebie. W końcu miałam spokój.

Usiadłam leniwie na łóżku wyciągając z szafki moją ulubioną książkę '' Niebezpieczna Gra''.
Zatapiałam się w kolejnych  stronach książki.

Nagle do pokoju wparował Jack.
Odłożyłam książkę zaznaczając gdzie skończyłam,
-O co chodzi?- Odparłam z lekkim uśmiechem.
-Jeff. Coś Ty mu zrobiła?- Odparł zakłopotany.
-N..Nic.. A o co chodzi?- Wstałam zdenerwowana. Może to ten plaskacz..
-Siedzi zamknięty  w piwnicy..- Wyjaśnił.
-Może po prostu tam siedzi.. Nie wnikam.- Odparłam znów siadając na łóżku.
-Jesteś beznadziejna! -Krzyknął Jack y wyszedł. Był tak denerwujący ale uroczy za razem.
Chciałam do niego iść. Pogadać. Przytulić się do niego. Pragnęłam go. Tak cholernie.
Chwila, co mi jest. Eme, ogarnij się!
Nagle zauważyłam, jak do pokoju wbiega Jack rzucając maskę gdzieś w kąt. Podbiegł do mnie, przewrócił na łóżko i zaczął łapczywie całować. Miał delikatne usta. Słodkie wargi prosiły się o ich muskanie.
W końcu wybuchowa atmosfera się uspokoiła a Jack wraz ze mną leżeliśmy już pół nadzy na łóżku,
Dalej było już parno, idealnie i bosko.

***

Po mniej więcej godzinie leżałam wtulona w niego. Byłam w czarnej bieliźnie, on tylko w bokserkach.
Jego idealna klatka piersiowa lśniła w blasku żarówki. Pokryta potem była boska.
Wtuliłam się w jego klatę  a on objął mnie ramieniem. Delikatny, czuły i kochany. To właśnie tak uważałam jeśli chodzi o Jack'a.
W głowie nadal jednak miałam obraz Jeff'a.
Jakby na złość, ten nagle wparował do pokoju.
-Co do kurwy..- Patrzył na nas zaszokowany.
-Jeff. Witaj- Odparł uradowany Jack.
-Ty nędzna dziwko!- Krzyknął do mnie. Podbiegł i dał mi w twarz.-Myślałem, że mnie kochasz.. Ty.. Ty.. YGH.- Wybiegł.
Z kieszeni wypadło mu małe pudełeczko.
Wstałam, zabrałam je i zajrzałam do środka.Był w niej pierścionek wyłożony ametystowymi kamieniami.
Zaniemówiłam.
Właśnie przespałam się z najlepszym przyjacielem a przyłapał nas chłopak za którego życie bym oddała.
-Przepraszam Jack, muszę iść.- Odparłam. Podbiegłam do szafy zakładając na siebie czarne leginsy oraz luźną szarą bluzkę z krzyżem na środku.
Wybiegłam za Jeffem zaciskając pudełko w ręce.
-Stój! Zatrzymaj się!- Krzyczałam za nim. Wiedziałam, że to będzie trudne.
-Odwal się.- Odparł załamany.
-Coś Ci wypadło.- Zatrzymałam się machając pudełkiem z pierścionkiem.
Jeff odwrócił się szukając po kieszeniach pudełka.
-Weź to sobie.- Machnął ręką idąc dalej.
Nie mogłam tak zrezygnować. Podbiegłam do niego łapiąc za rękę. Wsunęłam mu pudełko do ręki. On zatrzymał się i spojrzał na mnie.
-Daj mi spokój.- Odwrócił się i chciał ruszyć dalej w stronę piwnicy.Trzymałam go za rękę spoglądając w oczy.
-Chciałeś mi się oświadczyć? Przecież jestem Twoją zabawką.- Zdziwiłam się. Od kiedy z zabawkami chce się żenić.
-To nie istotne. Daj mi spokój. Zapomnij o mnie i baw się z nim dobrze. - Wysyczał przez zęby. Było mi wstyd.
-To nie tak..
-Więc jak? Jednorazowa przygoda co?- Syczał dalej.
-Ty chyba coś o tym wiesz, w końcu ze mną zrobiłeś to samo.- Posmutniałam. Było mi głupio rozmawiać na takie tematy na środku chodnika.
-Nie tylko Ty miałaś trudności w dzieciństwie.- Dodał i wyszarpnął swoją rękę.
-Wiem, czytałam o Tobie w internecie.- Wyjaśniłam.
On zaczął się śmiać. Głośno i ironicznie.
-A nie lepiej było mnie o to zapytać? Myślisz, że przeczytałaś jakieś bzdury w internecie i wiesz co mnie trapi? Jesteś żałosna.-Śmiał się dalej. Było mi głupio, miał rację.
-Stwierdziłam, że nie chcesz o tym rozmawiać. A ja nie chciałam drążyć tematu.- Wydusiłam z siebie.
Jeff podszedł do mnie, złapał za ramiona i spojrzał w oczy.
-Masz rację, nie chcę do tego wracać. Ale mogłaś wykazać się zainteresowaniem moją osobą a nie pustym uczuciem. Teraz mógłbym podciąć Ci gardło i mieć święty spokój, ale jesteś dla mnie cholernie ważna i tego nie zrobię. Tfu.- Wysyczał. Napluł na ziemię obok moich butów i odszedł.
Stałam tak jeszcze chwilę jednak zdecydowałam się o niego walczyć.
Tak, walczyć z nim o niego. To śmieszne.
-Stój. Skoro nie wykazałam zainteresowania i moje uczucie jest puste, to może Twoje głębokie? Wykorzystałeś mnie by zaspokoić swoje pragnienie. Potem zniknąłeś by przespać się z jego kuzynką. I to ja jestem żałosna?- Stałam zawiedziona. Woods zatrzymał się na chwilę, chciał coś powiedzieć, jednak postanowił iść dalej.-Teraz nic mi nie odpowiesz? Czyli się przyznajesz? Rozumiem.
To śmieszne. Zrobiłabym dla Ciebie wszystko, nawet chciałam się zabić. Zawiedziona tym, że masz mnie totalnie gdzieś! A teraz co? Teraz to ja jestem ta zła? Odpowiedz mi!
Jeff zatrzymał się, odwrócił w moją stronę i szybkim krokiem podszedł do mnie. Złapał za rękę i przyciągnął do siebie.
Zatopił swoje boskie usta w moich pogryzionych wargach łapczywie i szybko.
Zawiesiłam ręce na jego ramionach. On złapał mnie za pośladki i podniósł do góry. Na co odpowiedziałam kolejnym gestem. Objęłam nogami jego biodra nie przerywając pocałunku.
Jeff zbliżył się do ściany domu opierając mnie o nią.
Kochałam jego zapalczywość. Kochałam w nim wszystko. Jego humory.
Kochałam to jak chodzi, jak oddycha, jak na mnie patrzy, jak zagryza zdenerwowany wargi. Jak walczy.
Wszystko.
Od a do z.
Był dla mnie wszystkim.





***
Łapajcie rozdział 10 część drugą ^-^
Myślę, że choć trochę się spodoba :c
Męczyłam się uh uh
Wybaczcie, że długo nic nie było, mam trochę problemów na głowie.
Pozdrawiam.
~/Eme.

sobota, 7 marca 2015

Rozdział 10 1/2

Postanowiłam, że nie będzie to ostatni rozdział. Będzie ich więcej a opowiadanie będzie kontynuowane (:

***
Siedziałam z Jack'iem w szpitalu jeszcze kilka godzin. Potem zrobiłam się zmęczona.Jack siedział a właściwie leżał ze mną w szpitalnym łóżku. Opierałam głowę o jego ramie i ziewałam.
-Oho, ktoś tu jest zmęczony.- Odparł.
Uśmiechnęłam się delikatnie. Nadal byłam przygnębiona tą sprawą z Cherry. Jak on mógł to zrobić. Nie.. Nie.. Nie wybaczę mu tego.
-Może ja Cię już zostawię. -Dodał Jack. Uśmiechnął się delikatnie, złożył na moim czole małego buziaka na dobranoc i wyszedł.
Siedziałam sama ze swoimi myślami, jednak zmęczenie kazało mi przestać zadręczać się tym wszystkim. Postanowiłam zasnąć.

Nie pamiętam ile zajęło mi zasypianie, jednak w końcu się udało.


***
Otworzyłam oczy i znajdowałam się w tym samym miejscu, co wcześniej. W łóżku szpitalnym. 
Często tutaj bywam, ze względu na zdrowie i stan psychiczny.
Ale to nie jest istotne.
Czułam się na siłach, więc wstałam by powędrować do pielęgniarki.
Ku mojemu zdziwieniu wszyscy zachowywali się dziwnie.
Było znacznie mniej ludzi niż wtedy, gdy zasypiałam.
Postanowiłam iść korytarzem do końca, by trafić na salę oddziału pielęgniarek, z nadzieją, że znajdę tam moją 'opiekunkę'.
Ku mojemu zdziwieniu, wszyscy nagle zaczęli za mną iść. Jednak osoby z naprzeciwka najpierw czekały, aż przejdę obok. To było serio dziwne.
W końcu trafiłam na salę dyżurki piguł. Zapukałam, jednak nie czekając na odpowiedź powędrowałam do środka. Uchyliłam drzwi, by móc potem szybko wrócić na salę.
-Dzień Dobry. - Powiedziałam po chwili ciszy. Jednak żadna z nich mi nie odpowiedziała. Podeszłam więc do jednej łapiąc za ramię i odwracając w moją stronę.
Byłam w ogromnym szoku. Wysoka blondynka odwróciła się. Miała całe czarne oczy a z jej ust zaczęła lecieć jakaś biało-czerwona maź. Wystraszyłam się, jednak bardziej zadziwiło mnie to, iż blondynka wydała z siebie przerażający krzyk. Nie mam pojęcia co to do cholery było.
Zgrabnym ruchem wyszłam z pomieszczenia i udałam się w najmniej ważnym w tym momencie kierunku. 
Przeraziło mnie to, gdyż wszystkie osoby znajdujące się tutaj, miały czarne oczy jak i również maź spływającą im z ust.
Wbiegłam więc do jakiejś sali zamykając szczelnie drzwi.
Przerażona usiadłam na ziemi i zaczęłam zastanawiać się co jest nie tak. Poklepałam się po policzkach jak i również szczypałam w ramię z nadzieją, że to tylko sen. Jednak nie, nie obudziłam się w łóżku. Wciąż siedziałam na ziemi zalana potem.
Z rozmyśleń wyrwał mnie dźwięk dobijających się ludzi do drzwi.
Szybko więc wstałam, z nadzieją,że coś zdołam zrobić.
-Shikoni.- Odparłam zdenerwowana. Mimo, to moje skrzydła się nie pojawiały.-Co jest.. Shikoni, Shikoni, Shikoni, Shikoni.- I nadal nic.
Zdjęłam nawet piżamę szpitalną, dobrze, że pod spodem miałam bieliznę.
-Shikoni. Shikoni shikoni shikoni.
Niestety, jak na złość, skrzydła się nie pojawiały. Postanowiłam więc uciec oknem. Najpierw jednak zabarykadowałam drzwi łóżkiem szpitalnym, by te 'zombie' się tu nie dostały.
Otworzyłam okno i popatrzyłam na ziemię. Wcale nie było tak wysoko.
Usiadłam na parapecie i policzyłam do 3.
1..
2..
3..
Skoczyłam.
Na szczęście, nic mi się takiego nie stało, więc szybko się pozbierałam i zaczęłam uciekać. Zauważyłam, że nie tylko ludzie ze szpitala zrobili się zmutowani, ale też przechodnie na ulicy.
Czułam się dziwnie z tym, że uciekałam przez miasto, gdzie wszyscy mnie znali w samej bieliźnie. Jednak, jeśli są w jakiś sposób przeklęci, chyba nie będą tego pamiętać.

No i gdzie ja mam uciekać.
Wiem, może Jack mi pomoże.
Pobiegłam więc w stronę lasu, gdzie mieszka mój przyjaciel.
Wszystkie 'zombie' biegły za mną. Jesu..

Zatrzymałam się już dość dobry kawałek od szpitala. Byłam zmęczona a serce waliło mi jak oszalałe.
Jedynym plusem było to, iż znajdowałam się na skraju ogromnego lasu, który prowadzi do siedziby Jack'a.

Wbiegłam więc do lasu z nadzieją, że to co wydarzyło się w mieście to tylko moja wyobraźnia.


Las, który był mi zawsze tak dobrze znany w mgnieniu oka zrobił się strasznie ciemny. Tak jakby był środek zimowej nocy. Zwolniłam kroku. 
Zrobiło mi się strasznie zimo. Z moich ust ujawniał się dymek pary wodnej i dwutlenku węgla. Zaczęłam ocierać zimnymi dłońmi o inne fragmenty ciała, by choć odrobinę się ogrzać.
Nagle zauważyłam znaną mi polanę. Podbiegłam do ruin. Otworzyłam ogromną klapę  i weszłam do środka. Niestety, na dole nikogo nie zastałam.
Miejsce było jakby opuszczone.
Nawet nie było tajnego przejścia do wielkiej sali, gdzie zazwyczaj znajdowali się moi wszyscy szaleni przyjaciele.
Zauważyłam jednak jakaś starą szmatę. Zawsze coś. Założyłam ją na siebie i wyszłam z piwnicy.
Nagle zrobiło się mrocznie. 
Wzrok przysłoniła mi narastająca biała mgła.
Wraz z nią narastał mój strach.
Postanowiłam, że niedaleko jest mój dom, więc się tam udam.
Ruszyłam pewnie jednak bałam się. Cholernie się bałam tego, że coś mnie zaskoczy.
Nie myliłam się.
Zauważyłam, że coś przebiegło przed moim nosem.
Było to coś ogromnego, coś czego nie znajdzie się w naszych lasach.
Kolejna fantastyczna przygoda.
Najpierw zombie, teraz to. Co to w ogóle ma być?

Przystanęłam na chwilę. Rozejrzałam się wokół, jednak niczego nie zauważyłam.
Poczułam falę zimna za sobą. Czy to coś właśnie stoi za mną?
Odwróciłam się. 
Ujrzałam coś ogromnego, czarnego i włochatego.
Z początku myślałam, że to jakieś ogromne zwierze. Jednak nie aż tak ogromne.
Przyjrzałam się bardziej i zauważyłam, że jest to pająk.
Nie taki zwykły, jak te malutkie co chowają się po kontach w naszym domu.
Ten był właśnie rozmiarów jednorodzinnego domku. 
Jego ogromne odnóża również były pokryte włoskami.
Ble, ohydny widok.

Strach tak wpił się we mnie, że nie miałam nawet siły uciekać.
Przełamałam się, gdy pająk otworzył swoje pyszczysko.
Zaczęłam uciekać z krzykiem nie zważając na to, gdzie się znajduję ani na to, gdzie biegnę.

Odwróciłam się, by zobaczyć czy zwierz mnie goni- nie myliłam się.
Nim mój wzrok wrócił w pełni do linii prostej, wpadłam na następnego ogromnego pająka.
Ten nagle spuścił na mnie sieć, tworząc kokon. Wraz z drugim pająkiem wdrapali się na najwyższe drzewa w tym lesie i zawiesili mnie na środku przeogromnej pajęczyny.
Wiedziałam, że to już mój koniec. Płakałam i krzyczałam przerażona sama nie wiedząc właściwie po co.

Potem straciłam przytomność.
Z nadzieją, że to nadal sen otworzyłam oczy.
Niestety, nie był to szpital.Znajdowałam się właśnie w jakimś ogromnym pałacu. Niby wszystko ok, ale miejsce było przerażające. Na stopach czułam zimny powiew wiatru, jednak z tego, co zauważyłam, wszystko było pozamykane. Ruszyłam do przodu, by dowiedzieć się czegoś o tym miejscu. Nagle z oddali usłyszałam narastający dźwięk łańcuchów ocieranych o podłoże. Do tego towarzyszyły kroki.Osoba, do której należały musiała być dobrze zbudowana, gdyż kroki były ciężkie i stawianie pewnie.
Stanęłam jak wryta, gdy zza rogu wyłoniła się ciemna postać. W ujrzeniu owej osoby przeszkadzało mi światło, którego nie było. Usłyszałam grzmot. Grzmot burzy. Nagle błysk. Niby sekundowy, ale wystarczył. Czarna postura mężczyzny,który wyglądał jakby był zmutowany, idealnie współgrała z ogromnymi, czerwonymi oczami i srebrnymi łańcuchami, które ze względu na swą starość były już pokryte rdzą.Z oczu i ust dosłownie lała mu się krew a oddech uwalniał na zewnątrz dymek pary wodnej i dwutlenku węgla.
Przerażona zaczęłam się cofać, z nadzieją, iż mężczyzna mnie nie zauważył. Podbiegłam do przeogromnej bramy, którą oni pewnie nazywali drzwiami. Próbowałam ją otworzyć, jednak była zbyt ciężka.
Nim się obejrzałam, by wyszukać innego miejsca ucieczki, przeogromny mężczyzna znajdował się tuż za mną.
Serce waliło mi znacznie szybciej niż zazwyczaj.
Patrzyłam w jego puste oczy z nadzieją że robi sobie ze mnie jaja i chce mnie nastraszyć.
Jednak jego wyraz twarzy mówił co innego.
Z tego wszystkiego, nie zauważyłam, że trzyma ogromny kilof w ręce.
Nie zdążyłam z siebie nic wykrztusić gdy ten zrobił zamach kilofem patrząc uważnie na moją głowę.
To koniec?
Nawet się nie pożegnałam ze sobą.
Próbując wykrztusić cokolwiek wciąż patrząc na niego.Byłam sparaliżowana własnym strachem.
Pisnęłam coś pod nosem gdy ten uczynił kolejny ruch. 
Jego kilof zbliżał się swoim ostrzem coraz bliżej, gdy nagle trafił mi prosto między oczy.
Następnie pamiętam tylko tyle, że moja krew rozpryskała się po bramie jak i również ciele mężczyzny. 
Moje ciało osuwało się po bramie aż w końcu padło bezwładnie na ziemi. Kałuża krwi robiła się coraz większa, a mężczyzna zabrał swó kilof i ruszył w stronę, z której się ujawnił.
Dalej nie było już nic..


***
Obudziłam się zalana potem w moim łóżku szpitalnym nadal nie otwierając oczu. Wciąż miałam przed sobą ten sam obraz. Mianowicie, był to obraz przedstawiający zbliżające się ostrze kilofu oraz przerażający wyraz twarzy owej osoby.
Zaczęłam się szarpać, z nadzieją że zmienię fabułę. Krzyczałam płakałam i byłam cała mokra.
Nieświadoma,że był to tylko sen otworzyłam oczy. 
Porażona światłem lamp szpitalnych rozglądałam się panicznie gdzie jestem i kto stoi nade mną.
Był to Jack wraz z Jeffem.
Jeff patrzył przerażony a Jack trzymał mnie za ręce i uspokajał, by nie sprowadzać fali pielęgniarek.
Z lekka się uspokoiłam, jednak nie do końca.
-Co on tutaj robi?- Zapytałam patrząc gniewnie na Jeffa.


c.d.n.
  




[*]
Więc, postanowiłam, że to nie będzie koniec przygód naszej Eme.
Opowiadanie będzie kontynuowane dalej, a jak na razie ujawniona została pierwsza, z dwóch części rozdziału 10.
Pozdrawiam (:





poniedziałek, 16 lutego 2015

Rozdział 9

Znów strasznie przepraszam za opóźnienia :c
p.s. Do opowiadania dochodzi nowa osóbka. Cherry Pau (: 


***
Następnego dnia obudziłam się w jego objęciach.
-Ta noc była idealna.- Odparłam patrząc mu w oczy i się uśmiechając.
-Też tak uważam.- Chłopak odwzajemnił uśmiech i złożył na moim czole delikatny pocałunek.

Leżeliśmy tak przez dobrą godzinę i rozmawialiśmy. W końcu położyłam się na nim i znów zaczęliśmy się delikatnie całować.
Wiedziałam, że ta noc była tylko przerywnikiem od wszystkich problemów. Przecież to nie zniknie tak od zaraz. Wszystko wróci i znów będzie źle.
Jednak, dlaczego mam teraz o tym myśleć? Właśnie jakby straciłam dziewictwo z osobą, z którą chciałam. 

-Księżniczko, może coś zjemy?- Z moich rozmyśleń wyrwał mnie głos Jeff'a.
-Tak, oczywiście. Na co masz ochotę?- Zapytałam po chwili. Szybko wstałam, założyłam bieliznę i jego bluzę. Zaciągnęłam się jego zapachem. Był cudowny. Popatrzyłam na niego z szerokim uśmiechem. Leżał całkiem nagi na łóżku i patrzył na mnie dziko.
-Mam ochotę na Ciebie.- Odparł i przyciągnął mnie do siebie, przewrócił na łóżko, pochylił nade mną i patrzył na mnie. Po chwili przypomniał sobie jak mnie kopał. Przypomniał ile krzywdy mi wyrządził. Szybko wstał, założył bokserki i spodnie. Na nogi wsunął buty i był gotowy znów mnie opuścić.- Przepraszam, nic z tego.
-Czekaj, co?- Patrzyłam na niego zszokowana. Właśnie spędziliśmy razem noc a on nagle mi mówi, że nic z tego? Co to ma być?!
-Możesz dać mi moją bluzę? Muszę iść. - Poprosił. Zdjęłam ją z siebie i mu rzuciłam. Wkurzyłam się jego zachowaniem.
-Czyli co? Tylko się mną zabawiłeś tak?!- Krzyknęłam. 
-Eme, proszę uspokój się. To nie tak. Nie rozumiesz.-Tłumaczył, jednak po chwili jego wyraz twarzy z zawiedzionej zmienił się na znudzoną.- Tak, zabawiłem się a teraz muszę iść.
Z początku myślałam, że robi sobie ze mnie żarty, jednak nie. On mówił na serio. Wyszedł z mojego pokoju i pokierował się w stronę drzwi zakładając bluzę. Nie dałam za wygraną, szybko chwyciłam z szafki luźną koszulkę i założyłam. Powędrowałam za nim.
-Dlaczego to zrobiłeś? Czy Ty uważasz mnie za zabawkę?! Jesteś zwykłym  dupkiem! Nienawidzę Cię!- Krzyczałam. W Pewnej chwili od odwrócił się, złapał mnie za nadgarstki i przycisnął do ściany. Bolało mnie jego zachowanie. Przecież wypełnia moje serce i jest tak cholernie ważny. Jednak potrafi zadać taki ból, iż odechciewa mi się go znać.
Przełożył moje ręce do jednej pięści i zacisnął. Patrzył na mnie wzrokiem, jakby zaraz miał mnie zabić. Był zimny wobec mnie.
-Jesteś zabawką. Zwykłą zabawką. Zrozum to.- Odparł chyba najoschlej jak tylko potrafił.
-D..Dlaczego..- Patrzyłam na niego zawiedziona. Łzy same napływały mi do oczu, następnie spływały po policzkach.
-Przychodzę gdy mam taki kaprys.- Odparł, wzruszył ramionami i mnie puścił.- Nie szukaj mnie.- Dodał po czym zniknął.
Siedziałam pod ścianą, płakałam, próbowałam zrozumieć w co on ze mną gra. Na czym polega jego gra? Co on robi? Dlaczego? Dlaczego to tak cholernie boli?
Gryzłam się z myślami do końca tego pieprzonego dnia. W końcu postanowiłam wrócić do pokoju. Usiadłam w koncie i wzrokiem szukałam noża. Skoro nawet On mnie wykorzystuje, ja nie mam po co tu jeszcze być.
Wreszcie go znalazłam. Leżał na szafce obok drzwi. Leniwie wstałam ocierając zapłakane oczy. Patrzyłam na nóż z nadzieją, iż nagle ożyje, zwróci się ostrzem w moją stronę i wbije się z jak największą prędkością w moją klatkę piersiową. Jednak nie. Przez cała drogę do szafki nic takiego nie miało miejsca.
Chwyciłam go pewnym ruchem w dłoń i wróciłam na swoje miejsce zastanawiając się co sobie zrobić.
W końcu stwierdziłam, że czas na pożegnanie.
Znalazłam przy nocnej szafce kawałek papieru i ołówek. Wzięłam więc je, pochyliłam się nad ziemią i zaczęłam gryzmolić.
Nie mam pojęcia, kto to czyta, jednak mam nadzieję, że leżę już martwa. Zgon? Samobójstwo. Powód? Brak chęci do dalszego życia. Myślę, że wielu z was się z tego powodu cieszy. Droga Sally- już nikt nie będzie Ci dokuczał, nie będziesz miała powodów do złości. Przepraszam za to, co Ci zrobiłam. Mamo- chciałaś mieć idealną córkę, przepraszam,że taka nie jestem. Jack'u- Wybacz, że nie wybierzemy się nigdzie razem. Chciałam zabrać Ciebie i Jeff'a w pewne magiczne miejsce, jednak nici. Przepraszam. Jeff'ie- Tobie powiem tylko tyle. Byłeś dla mnie cholernie ważny, niestety jestem dla Ciebie tylko zabawką. Nie wiem dlaczego tak się stało, nie wiem czemu tak się stało ale mi z tym źle. Mam nadzieję, że nigdy więcej się już nie spotkamy. Nie chcę znów na Ciebie patrzeć i wiedzieć, że uwiedziesz mnie po to, by znów wykorzystać, gdy tylko będziesz miał ochotę. Bardzo mnie to boli, dlaczego znów mnie to spotkało? Strasznie mi na Tobie zależy, szkoda, że nie odwzajemniasz tego uczucia. Niestety, marzenia się nie spełniają. To koniec. Żegnajcie.    Pozdrawiam, Eme.

 Życie płata ludziom różne figle. Zazwyczaj są to sprośne żarty, drobne uszczerbki na zdrowiu. Jednak osoby słabe, zmęczone życiem spotyka znacznie większa kara. Mogę nazwać to karą? W pewnym stopniu jest to kara za moje postępowanie. Na pewno zrobiłam coś, za co płaciłam karami od ojca. Potem, po jego śmierci karą była miłość do mordercy. Mogłam się domyślić, że on się nie zmieni. Nie zrobi wyjątku dla kogoś tak żałosnego. Jestem kolejną zabawką. Kolejną osobą dopisaną do listy. To się kiedyś skończy? Oby tu i teraz. 
Chwyciłam mój wcześniej napisany list. Zacisnęłam najmocniej jak potrafiłam w dłoni i wymierzyłam cios nożem w rękę z nadzieją, że trafię w naprężoną żyłę. Chybiłam. Dlaczego chybiłam? Próbuję raz jeszcze. Znów chybię. Zrobię to delikatnie. 
Patrzyłam na głębokie rany po nożu, gotowa zrobić kolejne.
-Hallo, Emeli, jesteś tam?- Nagle usłyszałam znajomy głos i pukanie do drzwi. Był to Eyeless. Nie miałam ochoty teraz z nim rozmawiać. Dlaczego teraz? Dlaczego nie 10 minut później. Lub 15.. To nie ma różnicy. Będę udawać, że mnie tu nie ma, może sobie pójdzie.
-Hej, Emcia, słyszałem co się stało. Strasznie mi przykro. Wiem, że tam jesteś, wpuść mnie, chcę pogadać.- Chłopak nie dawał za wygraną. Jednak nie, nie mogę się teraz wycofać.
-Nie ma mnie tu, idź sobie.- Odparłam i dźgnęłam nożem prosto w żyłę. Z początku poczułam straszliwy ból, syczałam,płakałam i dławiłam się łzami. Jednak już po chwili poczułam się lekka. Powoli osuwałam się po ścianie, tonąć w powiększającej się kałuży mojej własnej, jeszcze ciepłej krwi.
Nagle drzwi, które jeszcze chwilę temu były moim obrońcą przed światem, właśnie zostały wyburzone. Podbiegł do mnie Jack i zaczął delikatnie walić po policzkach. Wezwał karetkę, cały czas zostając obok. Trochę wyżej nad raną ucisnął pasek od spodni, by zatamować krwotok. Zauważył w mojej dłoni list. Zabrał go i przeczytał. Strasznie się zdenerwował, jednak nie okazywał tego. Cały czas coś do mnie mówił, jednak nie wiem co. Nie pamiętam. Wszystko widzę przez mgłę, a może mi się wydaje? 
Sygnał. Słychać sygnał karetki. Ona tu jedzie. Jack znika a pojawiają się ratownicy. Dlaczego tak musi być? Dlaczego nie pozwolą mi odejść?


***
Z punktu widzenia Eyeless Jack'a 

***
Po przeczytaniu tego zacnego listu pożegnalnego ogarnęła mnie nienawiść do tego pieprzonego dupka. Przecież mu na niej zależy! Dlaczego jest dla niego kolejną zabawką?!
Czekałem przy Emeli aż nie pojawią się ratownicy. Potem wyskoczyłem przez okno. Pobiegłem do tego dupka by się z nim osobiście rozprawić. 
To co zobaczyłem w środku zaszokowało mnie jeszcze bardziej.

Bez zawahania wbiegłem do jego piwnicy, wszystko było rozpakowane, stało tak jak powinno.
Jednak najbardziej zaskoczył mnie widok Jeffa i ...
I Cherry. 
Cherry Pau. To jego była dziewczyna i moja kuzynka! Przecież ona ma 17 lat! 
Rozumiem jakby siedzieli i rozmawiali.. Ale oni.. Oni leżeli nadzy, w łóżku. Ja mu kurwa dam!
Podbiegłem do niego i wytarmosiłem z łóżka.
-Ah, Kuzynie, no przestań, nie przeszkadzaj.- Usłyszałem tylko słodki głosik mojej kuzynki.
-Zamknij się, ubierz i wynoś stąd! Z Tobą rozprawię się jak skończę z tym gnojem!- Wykrzyczałem zdenerwowany. Cherry chyba przejęła się moimi słowami, gdyż natychmiast owinęła się kołdrą i wyszła z pomieszczenia.
Jeff w tym czasie zdążył założyć bokserki i spodnie.
-Na gołe klaty, śmieciu!- Krzyknął do mnie. 
Bez zawahania zdjąłem koszulkę. Podczas, gdy on chciał coś z siebie wydusić, rzuciłem się na niego okładając pięściami.
-Jesteś zerem! Jak śmiesz ją wykorzystywać! Ty Gnoju!- Krzyczałem. 
Jeff jednak mimo wszystko jest silniejszy. Złapał mnie za obręcz barkową, przerzucił za siebie i również zaczął okładać pięściami. Całkiem zapomniałem o liście, który trzymałem w ręce.
-O co Ci kurwa chodzi co?! Sama tu przylazła i mi wlazła do łóżka! A nie mogłem się jej oprzeć!- Krzyczał na mnie.
Przecież to zwykły szmaciarz!
-Ty Męska Dziwko! Mówię o Eme nie o Cherry! Pedofilu Jebany, jak śmiałeś jej to zrobić?! Wiesz, że ona teraz leży w szpitalu?!- Odparłem również uniesionym tonem. Zamurowało go. Podczas, gdy już wymierzył na mnie cios, patrzył zaszokowany. 
-C..Co? Jak to w szpitalu?- Dopytywał.
Splunąłem mu na twarz i wręczyłem list. Zaczął go szybko czytać po czym gdy dotarł do swojego imienia, wczuł się w tekst i czytał ze skupieniem.
-Jesteś zwykłym zerem. A ja powiem jej, o Cherry.- Odparłem podnosząc się z kanapy.- Nadajesz się do burdelu, męska dziwko.
Jeff usiał wryty. Zachowywał się jak słup soli. Nic do niego nie docierało.
W końcu do pomieszczenia weszła zaciekawiona Cherry.
-Wynoś się głupia suko!- Krzyknął Jeff.
-Zamknij mordę, sam tego chciałeś!- Odkrzyknęła mu.
-Cherry, zachowałaś się jak suka. A Jeff jak męska dziwka. Obaj jesteście winni więc morda w kubeł! Musimy wymyślić jak powiedzieć jej to, by nic sobie nie zrobiła.-Odparłem. Zaczęło mi na niej zależeć. Martwiłem się. A ten dupek jak zwykle ma to wszystko gdzieś.
To się dla niego źle skończy, bardzo źle.
-O kim rozmawiacie?- Dopytywała Cherry.
-Nieważne.- Odparłem.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu, jednak nie zauważyłem Jeffa. Ciekawe co on odpierdoli.

***
Wracamy do punktu widzenia Eme

***
Obudziłam się w szpitalu. Rękę miałam perfekcyjnie zawiązaną w kupę bandaży. 
Rozglądałam się po małej sali w poszukiwaniu wskazówki na cokolwiek.
W końcu do pomieszczenia weszła ciemnoskóra pielęgniarka.
-Witaj słoneczko, jak się czujesz?- Dopytywała.
-Dość dobrze, dziękuję.- Odparłam.- Wie Pani może, kto mnie uratował?
-Skarbie, z tego co wiem to jakiś chłopak. 
Nie wiedziałam co o tym myśleć. Nie pamiętałam zbytnio kto to był. Jeff.. Jack.. A może ktoś inny?To wszystko robi się coraz bardziej zakręcone.

Leżałam na łóżku i oglądałam TV gdy nagle do sali wszedł Jack.
-Hej, nie przeszkadzam?- Zapytał zamykając za sobą drzwi.-Musimy pogadać.
-Jasne, wejdź. -Odparłam. Chłopak dosiadł się obok. Siedział na krawędzi łóżka. Był zawiedziony. Nie wiedziałam jeszcze czym, ale wiedziałam, że jest coś na rzeczy.
-No mów. Jestem ciekawa.- Zaśmiałam się.
-Wątpię, że Cię to uszczęśliwi. Chodzi o Jeffa..- Odparł Eyeless.
Moja mina od razu zmieniła swój wyraz. Zaniepokoiłam się co mogło się stać. A może on też sobie coś zrobił? Może coś się stało i po prostu udawał, że się mną bawi? Nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć.
-Nie wiem, czy nazwać to zdradą. W końcu nie byliście parą c'nie? - Wyrwał mnie z moich myśli.
-Czekaj, cofnij. Jak to zdradził? Z kim? Jak? Gdzie? Co kurwa?! - Dopytywałam. -I nie, nie jesteśmy parą.- Dodałam.
Jack wszystko powoli mi wyjaśnił dobierając słowa w sposób łagodny, bym się nie zdenerwowała a co najgorsze załamała. Był przy mnie, wspierał mnie gdy tego potrzebowała. Czy on coś kombinuje? A może mają jakiś plan wobec mnie? Co tu się w ogóle wyprawia..
-Emeli proszę tylko o jedno.- Dodał po chwili niezręcznej ciszy.
-Ta? O co chodzi? - Zapytałam całkowicie zdołowana.
-Nie zrób nic sobie. To dla mnie bardzo ważne. Zależy mi na Twoim zdrowiu. - Wytłumaczył. Postanowiłam mu to obiecać. W końcu był tu, wspierał mnie, kurwa troszczył i chciało mu się w ogóle mnie odwiedzić. To wiele znaczy.

-Dobrze, obiecuję.- Odparłam.






***
Pojawia się rozdział 9.
Jestem coraz bardziej z nich niezadowolona. Przepraszam, że są tak strasznie słabe. Postaram się poprawić. Obiecuję, że następny, rozdział 10 będzie ciekawszy i dłuższy. 
Jest godzina 23: 00 a ja dopiero go skończyłam. Męczę go i męczę aż w końcu wymęczyłam.
Jeszcze raz przepraszam i do następnego.
Pozdrawiam.
~/Eme.

sobota, 31 stycznia 2015

Rozdział 8

Z góry bardzo przepraszam, że nic nie dodałam ale nie miałam czasu i weny (:


***
-I co teraz zrobisz Sally?
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, gotowa była rzucić się na mnie i wydrapać mi oczy. Zrobiłabym to samo.
Jane szybko zareagowała. Szarpała ją i prosiła, by dała mi spokój. Ta jednak nie odpuściła.
Podeszła do mnie i wyrwała mi jedno piórko. Stwierdziła, że nie będzie dotykała moich włosów.
Popatrzyłam na nią zdezorientowana, jednak szybko zorientowałam się po co jej mój materiał genetyczny. Wcisnęła piórko do laleczki, którą właśnie wyjęła z kieszeni. Od razy wbiła w jej serce scyzoryk, czekając na reakcję.Jane jak i ja czekałyśmy, aż z mojej lewej piersi poleci krew na znak, że umieram. Jednak nie. Nic się nie działo. Może dlatego, że mam skrzydła?
-Edin.-Odparłam, a moje skrzydła jak i piórko w laleczce Sally zniknęły.
-Co do...- Odparła zadziwiona Sally.
-Dawaj solo normalnie, a nie z laleczkami. Ja też odwołałam skrzydła.- Zaproponowałam. Sally była ciekawa co potrafię, wyrzuciła laleczkę i ruszyła na mnie. Stałam bez ruchu i czekałam. W ostatniej chwili wyciągnęłam rękę a wysokość jej twarzy i zacisnęłam pięść. Ona 'nadziała' się twarzą prosto na moją pięść. Zareagowałam znów. Zadałam jej kopniaka z pół obrotu. Ona odleciała metr, może dwa do tyłu i patrzyła na mnie zaszokowana. Byłam strasznie wyciszona. Zero stresu, zero bojaźni. Po prostu czekałam na jej ruch.
Odpuściła. Wstała, parsknęła coś pod nosem i wzięła Jane pod rękę. Obie powędrowały do wspólnego domu.
Udałam się więc w dalszą drogę do Jeffa, by z nim porozmawiać.
Gdy już dochodziłam do jego siedzimy zamieszkania, zauważyłam, że tajniacy znów zbliżają się z posiłkami, by przeczesać jego teren i dowiedzieć się czegoś o reszcie.
Postanowiłam zareagować.
Założyłam szybko buty i podeszłam do drzewa poprawiając dekolt.
Otarłam się o nie bardzo kusząco i popatrzyłam na nich przeszywającym wzrokiem.
-Przepraszam panów, zgubiłam się i nie mam pojęcia gdzie jestem.-Jeden z nich podszedł do mnie i złapał za ręce. Popatrzył mi w oczy. Zobaczył, że mam zdarte kostki na ręce, którą przed chwilą przywaliłam Sally.
-Co się stało, ktoś coś Panience zrobił?- Zamartwił się.
-Nic się nie stało przystojniaku.-Odparłam i zdjęłam mu ten śmieszny kask z głowy.Następnie szepnęłam do ucha.- To tylko drzewo.
Nagle oczy wszystkich zwróciły się na mnie. Wszyscy podeszli otaczając mnie w okół. Coś gadali, jednak miałam to gdzieś. Chciałam tylko, by Jeff zyskał na czasie.
Postanowiłam, że zaprezentuję im moje skrzydełka.
-Panie Smith.-Odparłam z uśmiechem.
-Tak ślicznotko?- Zaśmiał się.
-Niech Pan i reszta Panów popatrzy.-Ciekawe co te zboki pomyślały.
-Shikoni.-Nagle z moich łopatek wyrosły dwa piękne skrzydła. Jedno czarne, na znak piekła, drugie białe, świadczące o mojej roli aniołka z nieba.
Oni się zdziwili. Zaszokowali i wymierzyli w moją stronę broń. Byli gotowi mnie zabić.
-Ups.-Zrobiłam zamach skrzydłami i w mgnieniu oka zmiotłam ich z powierzchni ziemi na jakieś dobre 20m.
-Edin.- Odparłam patrząc na czyste ręce. Postanowiłam iść do Jeffa.
Podeszłam do drzwiczek i otworzyłam je. Weszłam do środka uważając, by nie spaść. Rozejrzałam się po piwnicy zamykając wcześniej za sobą drzwi.
Jeffa nie było.
Nie było prawie niczego, tylko kilka dużych toreb.
Postanowiłam więc udać się do sali, by poszukać go tam.
Właśnie szłam przez korytarz, gdy usłyszałam rozmowy.
-Ona pobiła Sally. Nie chcę mieć z nią nic do czynienia!- Krzyczał Jeff.
-Jeffrey uspokój się. Nie było Cię tam.- Tłumaczył Slender.
-Cycata dała popalić.HAHA- Śmiał się L. Jack z Toby'm.
Zdenerwowałam się. Weszłam do sali a wzrok wszystkich zwrócił się na mnie.
-Właśnie oczyściłam teren z policji.- Odparłam, by powiedzieć cokolwiek.
-Nie zapominaj, że sama ją tu zaciągnęłaś!- Krzyczał Jeff idąc w moim kierunku.
-Jeff możemy porozmawiać?- Zapytałam. Po chwili jednak pożałowałam tego, że w ogóle tu się zjawiłam. Chłopak strzelił mi w twarz, tak mocno, iż się przewróciłam.Patrzyłam na niego błagalnie. Nic nie pomogło. Był w transie i zaczął mnie kopać.
Kopał po brzuchu, nogach, plecach, aż w końcu strzelił mi z buta w twarz.
Wszyscy zaszokowani patrzyli na całe zdarzenie, nikt mi nie pomógł.
W pewnej chwili przybiegła Jane.Rzuciła się na Jeffa. Ona jedyna mogła mnie obronić. Przecież była przy tym, jak Sally mnie wyzywała. To ona zaczęła!
Podczas, gdy Jane szarpała się z Jeffem, ja próbowałam się podnieść.
Szybko podbiegł do mnie Eyeless Jack i pomógł mi ustać na nogach. Patrzył na mnie wzrokiem, znaczącym iż mam się wynosić.
-Pomogę Ci dotrzeć do domu. Nie wracaj tutaj.- Szepnął wyprowadzając mnie z pomieszczenia.

Slenderman chwycił w swe macki Jeffa jak i Jane oraz mnie i Eyeless'a.
Syczałam, gdyż każdy możliwy ruch i dotyk sprawiał mi ból.
Popatrzył na mnie przeszywającym wzrokiem a przed jego twarzą ukazała się scena, jak policja mnie śledziła w drodze tutaj, jak Sally zaczęła. Był kolejnym świadkiem na to, że jestem niewinna.
Postawił całą naszą czwórkę na ziemi. Eyeless szybko do mnie podbiegł, bym czasem nie upadła na beton.
Jeff podszedł do mnie z nienawiścią. Chciał mnie zabić za zdradę.
Slender jednak wyjaśnił wszystko.Kazał też przyprowadzić Sally, by przyznała się do obraz wobec mojej osoby.
Jane szybko pobiegła po dziewczynę. Po kilku minutach wróciła razem z nią.
-Sally, to prawda, że obrażałaś Eme?- Zapytał Jeff.
-Nie. Nic takiego nie zrobiłam. To ona rzuciła się na mnie!- Tłumaczyła Sally. Jane jednak kazała jej się przyznać a Slendi patrzył na nią z wzrokiem, mówiącym iż o wszystkim wie.
-No dobra. To ja zaczęłam. Ale to nie zmienia faktu, że przyprowadziła tu psy!- Nadal oczerniała mnie w oczach pozostałych.
-Ja już pójdę. - Odparłam i dałam znak Eyeless'owi, by mnie odprowadził. To zdenerwowało Sally jeszcze bardziej, gdyż przed całym tym zdarzeniem, Jack z nią zerwał.

Razem z Jack'iem poszliśmy do mnie. Tam on mnie odprowadził aż do pokoju i położył na łóżku. Zaczął od opatrzenia moich ran zadanych przez Jeffa.
Bolał mnie każdy ruch, każdy dotyk. Syczałam.
Jack tylko patrzył na mnie ze współczuciem i delikatnie czyścił miejsca ran.
Nagle do pokoju wparował Jeff.
Kazał Jack'owi wyjść. Chciał ze mną porozmawiać.
Eyeless pożegnał się i wyszedł. Potem słyszałam przez okno jak biegnie. Znaczyło to, iż szedł do reszty towarzystwa.
Jeff patrzył na mnie wzrokiem mordercy. Chciał mnie zabić, jednocześnie zależało mu na mnie.
-O co chodzi?- Zapytałam po chwili niezręcznej ciszy.
-Przepraszam, nie chciałem. Nie wiem co mnie napadło. Uwierzyłem Sally.-Tłumaczył się.Chwycił wacik i kontynuował oczyszczanie ran.
Pomógł mi się podnieść i odpiął moją sukienkę następnie powoli zdejmując.Właśnie leżę przed nim w samej bieliźnie. Co teraz? Jest niezręcznie.
On przybliżył się do mnie. W jego oczach widziałam smutek. Był zawiedziony tym, co mi zrobił.
Patrzył na moje ciało i był załamany.Nie wiedział, czy może mnie dotknąć, czy może na mnie popatrzeć, odezwać się. Bał się, że wygonię go i o nim zapomnę.
Delikatnie przejechał swoją szorstką ręką po moim udzie wędrując w górę. Tam jeździł po moim biodrze bacznie wpatrując się w moje oczy.
-Jeśli mam sobie iść, to powiedz. Zniknę na zawsze i się nie pojawię nigdy.- Odparł z załamką w głosie.
-Nie chcę byś znikał. Potrzebuję Cię.- Odparłam delikatnie się podnosząc.On szybko położył rękę na moich plecach przytrzymując moje osłabione ciało.
Patrzyliśmy sobie prosto w oczy nie wiedząc co dalej. Przysunęłam się do niego nieśmiało on odwzajemnił gest. Podniósł mnie całkiem i usadził na swoich kolanach. Tam cmoknął mnie w czoło.
Uśmiechnęłam się nieśmiało i złożyłam na jego ustach pocałunek. Szybko go odwzajemnił kładąc na moich plecach swoje ręce. Siedziałam na jego kolanach i całowaliśmy się gdy nagle do pokoju weszła moja mama.
-Mamo, wyjdź, przeszkadzasz.- Odparłam. Zarumieniłam się,gdyż byłam w niezręcznej sytuacji.Jeff położył mnie na łóżku i wstał. Podszedł do mojej mamy.
-Witam, nazywam się Jeffrey Woods, jednak wszyscy mówią do mnie Jeff The Killer. To ja uwiodłem Pani córkę i  to ja zamordowałem Pani męża. Rozumiem, że mnie Pani nienawidzi, ach ze wzajemnością. Niestety, teraz nam Pani przeszkadza. Pani córka prosi o chwilę prywatności, więc proszę o danie jej prywatności.- Po czym  uśmiechnął się i zamknął przed nią drzwi. Zaśmiałam się, gdyż jego reakcja była zabawna. Jeff prze kluczył drzwi i wrócił do mnie. Rzucił się na łóżko.
-Aaa.- Krzyknęłam jednak po chwili zaczęłam się rechotać. On pochylił się nade mną.
-Mrrr, kocico.- Po czym wpił się w moje usta i złożył swoje ręce na moim ciele. Masował i szczypał moje biodra, uda i boczki.Objęłam go nogami zaciskając. Ręce zawiesiłam na jego szyi również zaciskając.
On w mgnieniu oka podniósł mnie i usadził znów na swoich kolanach. Ręce złożył na moich pośladkach zaciskając energicznie nie przestając całować.
Złapałam dół jego bluzy i zgrabnie pociągnęłam w górę. On mi w tym pomógł, gdyż już po chwili był bez bluzy i bez koszulki pod spodem. Przewróciłam do w tył przyglądając się dobrze zbudowanej klacie. Pociągała mnie tak bardzo, że to jest szok. Szybko pochyliłam się składając na jego klacie delikatne buziaki. Jeff złapał mnie za pośladki delikatnie zaciskając.
Po chwili jednak pozycja znów się zmieniła, położył mnie na łóżku i znalazł się nade mną. Całował mnie po szyi zjeżdżając w dół.Zdjął mi najpierw jedno ramiączko, następnie drugie. Gładził po ramieniu zostawiając musknięcia ust.
W mgnieniu oka rozejrzał się po pokoju i złapał z ziemi pościel. Przykrył się nią jak i również przykrył mnie.
Leżeliśmy tak bardzo długo, jednak w okamgnieniu straciłam z siebie górną część bielizny. Następnie spodnie jak i bokserki Jeffa, potem moje majtki.

Ta noc była najlepszą. Nikt nie przeszkadzał i w końcu zrobiłam to z kimś, przed kim nie płakałam, by mnie zostawił. Chciałam zrobić to z kimś, na kim strasznie mi zależy. No i chyba mi się udało..

Następnego dnia rano obudziłam się w jego objęciach.



***
No i jest x,x
Jeszcze raz przepraszam za nieobecność (:

Pozdrawiam.
~/Eme.





poniedziałek, 29 grudnia 2014

Rozdział 7

Jeff zaparkował kawałek przed lasem. Wysiadł i zaszedł mnie od drzwi pasażerskich. Przez całą drogę milczeliśmy.Otworzył mi drzwi, ja w tym czasie zdarłam z siebie koc i odpięłam pas. Wysiadłam osłabiona. Pobita i zmęczona powędrowałam w stronę mojego domu.
Jeff podbiegł do mnie, złapał za rękę delikatnie.
-Zostań u mnie.- Odparł patrząc mi w oczy.
-Tylko dziś. -Dodałam, idąc w przeciwnym kierunku.
On szedł za mną łapiąc mnie co chwilę. Byłam strasznie słaba.
-Może Cię zaniosę?- Zapytał w połowie drogi.
-Dam radę sama.- Odparłam oschle i poszłam do przodu.
On jednak nie odpuścił. Zaszedł mnie od tyłu. Wziął na ręce i jak pannę młodą zaniósł do piwnicy. Tam posadził mnie na kanapie, sam natomiast krzątał się w kuchni, by przygotować mi coś  do zjedzenia.Przez cały ten czas mnie obserwował, więc wiedział doskonale co robiłam.
-Jeff nie mam się w co ubrać..- Odparłam po chwili orientując się, iż ubrania mam w domu.
-Przyniosę Ci moją bluzę. Albo Sally z Jane Ci coś pożyczą. Zaczekaj.
Nim się zorientowałam Jeff zniknął w korytarzu. Podniosłam się więc. Ujrzałam na ziemi apteczkę. Przypomniałam sobie po chwili wszystko. Wszystko co Jeff dla mnie zrobił. To jak się starał.
-Shadow Shadow Shadow.- Odpowiedziałam. Nim dobrze się rozejrzałam starzec był już przede mną.
-Połóż się na plecach, zaciśnij ręce i szczękę. Może zaboleć.- Odparł poprawiając płaszcz. Zrobiłam wedle jego życzenia.
Nagle wszedł Jeff razem z Sally i Jane
-Ej, co Ty jej robisz Stary? Zostaw i się odsuń!- Krzyknął podbiegając i szarpiąc Shadow'a.
-Jeffrey Woods. -Odparł Starzec odpychając od siebie mleczno-skórego  chłopaka i poprawiając płaszcz.- Jestem tu w celach roboczych. Twoja Dziewczyna poprosiła mnie o pozbycie się skrzydeł. Chyba chce do was wrócić.
Na słowa ''Twoja Dziewczyna'' Jeff jak i również ja zarumieniliśmy się. Spojrzeliśmy po sobie. Jeffrey się uśmiechnął a ja zagryzłam wargę i odwróciłam głowę.
-Więc on Ci wytnie skrzydła?- Zapytał Jeff kierując swe pytanie w moją stronę.
-Raczej tak. -Odparłam.
-To my znajdziemy Ci coś do ubrania.- Palnęła Jane szarpiąc Sally za rękę, by też się odezwała. Ta jakby była nieobecna.
-T..Tak. O..Ok. Poszukam. - Syknęła wychodząc. Za nią wyszła Jane.
-A ja zostanę.- Zagabnął Jeff.
-Wyjdź chłopcze. - Odparł Shadow wyrzucając go z pomieszczenia.
Od razu zabrał się do roboty. Odsunął się i rozciął bluzę na plecach. Skrzydła się ujawniły.
-Aby na pewno chcesz się ich pozbyć? Taki okaz. Czarno-Białe skrzydła to rzadkość i to baaardzo wielka. Jesteś pierwszą osobą, jaką widzę z takimi skrzydłami.
-Wytnij. - Odparłam stanowczo.
-Wiesz, one mogą Ci się bardzo przydać. Mogę pomajsterkować tak, że będą jak na życzenie. Dużo Ci moją dać, a co najważniejsze lata życia.
-Tyle że ja nie chcę żyć, nie rozumiesz?- Odparłam.
-Dlaczego się nie zabijesz?- Zapytał.
-Boję się. - Wytłumaczyłam chowając głowę w poduszkę.
-Oj, Maleńka, Maleńka, Ty jeszcze mało wiesz o życiu.
-Nie mów tak do mnie.
-Młodziutka Młodziutka lepsze?- Zaśmiał się.
-Nie jestem aż taka młoda, poza tym jestem już dorosła.- Nafuczyłam się.
-W porównaniu do mnie jesteś smarkaczem jakich mało.- Znów się zaśmiał.
-Tak? To ile masz lat?- Zapytałam.
Shadow spoważniał, ale odpowiedział.
-Około 500 lat. Nie pamiętam, nie liczę już.
Milczałam nie dowierzając jego słowom.
-Trudno uwierzyć prawda? - On chyba był w dobrym humorze bo co chwilę się śmiał.
-No dobra, to mi je 'zaczaruj'..- Dodałam.
Shadow zaczął swoje modły. Dosłownie jak Jana, tyle że jego brzmiały całkiem inaczej. Nic z tego nie rozumiałam. To był jakiś inny język..
-Na jakie słowo mają reagować?- Zapytał po chwili.
-To jest coś jak hipnoza? - Odpowiedziałam pytaniem.
-Powiedzmy. Na jakie słowo mają się pojawiać? A na jakie znikać?- Znów zapytał. - Mam dwa słowa, na które reagują moje skrzydła.
Po chwili przerwał modły.
-Pokażę Ci moje skrzydła.- Odparł.- 'Shikoni' - Dodał. Z jego kręgosłupa wyrosły dwa czarne skrzydła.-A teraz się ich pozbędę.
-'Edin' - Odparł a jego skrzydła zniknęły.
-Woooow ja też tak chcę. Też te słowa.- Odparłam zaszokowana.
-No dobrze. -Odpowiedział Shadow zaczynając modły od początku. Trochę śmiesznie, bo gdy mówił te słowa, pojawiały się i znikały jego skrzydła.

Minęła godzina. Trochę jęczałam z bólu.. Shadow wbijał mi kosę w plecy. No, ale już jest po wszystkim. Położyłam się spać, gdyż byłam strasznie zmęczona. Shadow podał mi z szafki jakąś bluzę Jeff'a, bym mogła się czymś okryć.
Starzec poszedł do reszty moich znajomych, by z nimi pogadać.  Jeff od razu zjawił się w piwnicy. Sprawdził co robię, a gdy zorientował się, że śpię położył się za mną obejmując ramieniem.
Nie spał, bo nie może ze względu na to jak wygląda. Co jakiś czas sapałam przez sen a Jeff w tym czasie pochylał się nade mną i sprawdzał czy nadal śpię. W pewnej chwili pocałował mnie w czoło.
-Nic Ci nie grozi. Cii.. Śpij Aniołku.-Szepnął mi do ucha wtulając się w moją szyję. Byłam owinięta bandażami jak i jego bluzą. Nie miałam jej założonej, po prostu byłam nią przykryta. Nie miałam koca ani pościeli, tylko bluzę.
Jeff otarł ręką po moim udzie. Miał szorstkie ręce. Dostałam gęsiej skórki. Ocierał dalej delikatnie muskając ręką o nogę. Co jakiś czas całował mnie po ramieniu.
W drzwiach oddzielający korytarz, prowadzący do sali a piwnicę zamieszkaną przez Jeff'a stanął Laughing Jack.
-Ja to bym już zamoczył.- Odparł z uśmiechem na twarzy.
-Nie jestem Tobą.- Syknął Jeff odklejając się ode mnie. Zrobiło mi się zimno, więc się przebudziłam.
Rozglądałam się po piwnicy. Za mną siedział Jeff i wpatrywał się w moje ciało. Jack również patrzył jak zaczarowany.
Nim się zorientowałam, że Shadow zrobił mi psikusa i zamiast kulturalnie zapiąć mi stanik, zostawił odpięty. Ten zsunął się podczas gdy się podniosłam jak i również bluza Jeffa.
Wpatrywałam się w dwóch panów zalanych rumieńcami. Sama też spaliłam buraka.
Nim zdążyłam zasłonić piersi bluzą, zza Jack'a wyszedł Toby.
-Ulala.- Zaśmiał się.- Ale macie widoki..- Dodał także wpatrując się w moją osobę.
Jeff szybko zareagował. Usiadł przede mną i zasłonił mnie.Szepnął coś w stylu 'Ubierz się' a sam zabijał wzrokiem chłopaków.
-Wypad! Już! - Krzyknął. Ja w  tym czasie zakładałam bluzę. Gdy Jeff zauważył, że jestem w cenzuralnej strefie wstał i wyprowadził zaciekawionych gapiów. Toby wychodząc dodał, iż mam 'fajne balony', jednak to zignorowałam. Zauważyłam, że Jeff się rumienił jak i również ja.
Na pewno na sali zaczną się plotki na mój temat, bo to normalne. Taką informacją trzeba się podzielić.
-Eme.. Jesteś zmęczona?- Zapytał Jeff po chwili ciszy.
-Nie już nie..- Dodałam oschle.
-Nadal mnie nienawidzisz? - Znów zapytał lekko załamany. Podszedł do mnie i usiadł obok. Cały czas patrzył mi w oczy.
To zadziwiające. Jest jedyną osobą jaką znam, która podczas rozmowy ze mną, patrzy mi w oczy. No i jedyną też osobą której tak strasznie na mnie zależy.
Dla mnie Jeff był jak przyjaciel. Szczerze? Na razie nie chcę z nim być. Boję się, że wszystko się zepsuje.
-Nie.- Dodałam pod nosem. Ku mojemu zdziwieniu on od razu się na mnie rzucił. Przytulił mnie i ściskał. Byłam zaszokowana jego zachowaniem.-Bo mnie udusisz zaraz noo... - Dodałam odklejając się od niego.
On jednak przysunął się i delikatnie mnie przytulił. Tak to ja mogę się przytulać. Odwzajemniłam uścisk.

***
Następnego dnia wstałam, rozciągnęłam się i rozejrzałam po piwnicy. Miałam na sobie czarne majtki i białą bluzę Jeff'a. Dziwi mnie ile on ich ma. Spojrzałam na chłopaka. Leżał wtulony we mnie i patrzył na mnie, co robię. Uśmiechnął się do mnie, jak i również ja do niego.
-Dzień Dobry Aniołku :)
-Dzień Dobry Diabełku, hah - Zaśmiałam się.
-Wiesz, jesteśmy jak yin i yang.- Odparł Jeff.
-Czemu tak uważasz?- Zapytałam zaszokowana.
-Przecież przeciwieństwa się przyciągają no nie? - Wytłumaczył. Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Położył się na mnie i zaczął gilgotać. Śmiałam się. Byłam wtedy szczęśliwa, że mam kogoś przy sobie.
Sprawdziłam godzinę, była 10:35.
-O matko, zaspałam. - Po czym wstałam i szybko wybiegłam z piwnicy pędząc w stronę domu.
Jeff zorientował się po chwili, co właśnie zrobiłam i wybiegł za mną.
Gdy dobiegłam już do drzwi mojego domu, ktoś krzyczał za mną, wołał mnie.Odwróciłam się i ujrzałam Jeffa dobiegającego tuż do mnie. Spojrzałam na niego a on na mnie.
-O co chodzi?- Zapytałam po chwili.
On nic nie odpowiedział pochylił się nade mną i pocałował w usta.
Były szorstkie. Na początku się wystraszyłam, jednak odwzajemniłam pocałunek. Nasze usta ocierały się o siebie nawzajem.
Przechodnie tylko stały i obserwowały całe to 'zdarzenie'. Jedna kobieta rozpoznała Jeff'a i zadzwoniła po gliny. My zdezorientowani całowaliśmy się dalej.
W pewnej chwili odsunęłam się od niego.
-Wow, świetnie całujesz.- Odparł Jeff patrząc mi w oczy.
-Dziękuję, wzajemnie.- Odparłam z uśmiechem.- Muszę już iść..- Dodałam dając mu buziaka w policzek. Weszłam do domu i zamknęłam drzwi. Zajrzałam przez okno, byłam ciekawa jego reakcji.
Chłopak zadowolony szedł w stronę lasu podskakując co trzeci krok. Zaśmiałam się i poszłam na górę. W moim pokoju siedziała mama.
-Wieczorem pogrzeb ojca. Przygotuj się jakoś.- Dodała ze spokojem w głosie.
-Muszę tam iść?- Zapytałam z niechęcią w głosie.
-Oczywiście, to Twój Ojciec.- Odparła stanowczo matka.
-To ja idę na zakupy.- Dodałam.
Założyłam czarne, wysokie ponad kolana skarpety, do tego białe trampki, jeansowe spodenki i luźną bluzkę. Wzięłam portfel ojca, który był u niego w kurtce. Zawsze pozwalał mi coś kupować za jego kasę. A teraz chyba portfel idzie do mnie w spadek no nie?
Wyszłam z domu i poszłam w stronę miasta.
Po drodze spotkałam znajomą ze szkoły.
-Cześć. Gdzieś Ty była? Przykro mi z powodu ojca. A Ciebie co? Porwali? Rany współczuję Ci. Ten Jeff był u Ciebie no nie? On chyba jakiś wymyślony jest pewnie. Przecież on nie istnieje.A Ty co o Tym sądzisz?- Gadała.
-Ja? Muszę iść. Cześć.- Odparłam. Wyminęłam ją i poszłam dalej. Planowałam po pogrzebie iść na imprezę.Tak się najebać i zapomnieć o wszystkim. Ooo tak.
Rozejrzałam się po sklepach. Na wystawie jednego z nich była przepiękna sukienka.
(Która wygląda o tak )
Weszłam do sklepu by ją kupić, jednak nie było mnie na nią stać. Przeliczałam chyba z 5 razy pieniądze, jednak nadal brakowało mnie 400 zł.
Na szczęście w tym samym sklepie znalazłam buty, idealne do tej sukienki, bynajmniej dla mnie.
Na nie, było mnie stać. Kupiłam je od razu, przymierzając wcześniej kilkanaście razy.
Nadal było mi przykro z powodu sukienki.
Wyszłam ze sklepu i poszłam dalej na zakupy.
Kupiłam nowe zestawy kosmetyków, bym miała czym się pomalować.
Po dwóch godzinach szukania nie znalazłam odpowiedniej sukienki. Postanowiłam więc wziąć  jakąś z moich. Gdy wracałam, na wystawie tego sklepu nie było już mojej sukienki. No trudno.

Weszłam do domu i od razu poszłam na górę. Otworzyłam drzwi do pokoju a na spalonym łóżku stał czarny prezent owinięty morską wstążką.
Położyłam zakupy na ziemi i podeszłam do prezentu. Otworzyłam delikatnie, by nie rozwalić niczego.
W środku znajdowała się ta śliczna sukienka, w odpowiednim dla mnie rozmiarze i list.
Wzięłam więc list, otworzyłam i czytałam.
Droga Emeli                                                                                                                          Widziałem, że strasznie podoba Ci się ta sukienka. Nie śledziłem Cię, po prostu przechodziłem obok. W sklepie dowiedziałem się, że byłaś tam i przymierzałaś. Sprzedawczyni mówiła, że wygląda ona na Tobie prześlicznie, ale była za droga. Buty wybrałaś do niej idealne. Tylko co to za strój bez sukienki? Myślę, że prezent się podoba. Rozmiar powinien się zgadzać. Miłego pogrzebu.                                                                                                                                                    Twój Jeff
 Odłożyłam kartkę zaszokowana. Wyciągnęłam sukienkę z pudełka i od razu zabrałam się za przymiarkę. Buty idealnie pasowały do sukienki. Tylko teraz makijaż... Tym akurat się nie martwiłam. Delikatny makijaż, podkreślający oczy myślę, że wystarczy.
Jest godzina 15:35. A pogrzeb o 17:00. Co by tu porobić?
Przejrzałam wszystkie ubrania w poszukiwaniu mojej skórzanej kurtki.

()
Postanowiłam, że przejdę się jeszcze do Jeff'a, przed całą tą 'imprezą'/
Wyszłam z domu ubrana w sukienkę, buty, umalowana, no po prostu gotowa.
Nie wiedziałam jednak, że jestem obserwowana przez tajniaków.
Zadowolona poszłam do piwnicy Jeff'a. 
Tajniacy w tym czasie wezwali posiłki. Wiedzieli, że to tutaj ukrywa się Jeff.

-Jeff, jak wyglądam?- Zapytałam zadowolona.
On się uśmiechnął.
-Świetnie Aniołku.
-Poza tym, dziękuję Ci za sukienkę. Nie musiałeś..- Odparłam. Czułam się zadłużona. Przecież winna mu jestem 700 zł !!!
-Drobiazg. Dla mnie to nie problem.- Odparł po czym się uśmiechnął.

Czas mijał, my siedzieliśmy i rozmawialiśmy o niczym. Czasem daliśmy sobie jakiegoś buziaka. Nic więcej.
W pewnej chwili ktoś z kopa wywalił drzwiczki do piwnicy. Jeff się zerwał w mgnieniu oka. Na dół zbiegli funkcjonariusze z bronią w rękach. Na czele nich stał główny dowodzący tą sprawą.
-Wreszcie go dorwiemy. Dzięki Emeli, za pomoc.- Odparł po chwili z uśmiechem.
-Co? Ty im pomogłaś tu się dostać? - Jeff popatrzył na mnie zawiedziony.
-Co? Nie. Nie znam ich.- Tłumaczyłam się. Jednak chyba na marne, bo on mnie w ogóle nie słuchał. Teleportował się do sali by wszystkich ostrzec.
-Gdzie on jest?! Znowu nam zwiał!- Wściekał się funkcjonariusz. -To Twoja wina, Ty głupia suko! - Skierował swoje słowa w moją stronę, po czym strzelił mi w twarz.
Wszyscy wyszli. Jeff znów się zjawił. Zobaczył, że dostałam z liścia i sam strzelił mi z drugiej strony.
-Wynoś się stąd. Słyszysz? Wypad! - Krzyczał na mnie. Zabrałam swoje rzeczy  i wyszłam. Zdjęłam buty i pobiegłam w stronę domu..
Jest 16:55. Zaraz odbędzie się pogrzeb. Ogarnęłam się, założyłam buty, delikatnie związałam włosy i poszłam. Na piechotę miałam jakieś 2km, jednak nie pojechałam samochodem. Spacer nikomu nie zaszkodzi. 
Gdy doszłam do kościoła msza już trwała. Weszłam do środka z poważnym wyrazem twarzy. Oczy wszystkich skierowały się w moją stronę. Wszyscy patrzyli na mnie. Matka była zła, że odstawiam sceny ale miałam to gdzieś. Usiadłam w 7 rzędzie i wsłuchiwałam się  w swoje myśli, nie w to co mówił Ksiądz.
Wszyscy zaczęli płakać. Ja się śmiałam. Cieszyłam się, że on już nie żyje. Że już nikt nie będzie mnie męczył.
Po mszy wszyscy poszli na stypę. Ja sobie odpuściłam. Powędrowałam do clubu.Tam od razu zamówiłam 4 kieliszki wódki. Wypiłam wszystkie od razu. Ktoś zapraszał mnie do tańca, odmówiłam. Wypiłam jeszcze 4 kieliszki i wyszłam.  Znów wybrałam się na spacer.
Myślałam cały czas o Jeff'ie i o tym zdarzeniu.Postanowiłam iść do niego by to wszystko wyjaśnić.
Szłam przez las. Akurat znajdowałam się przy domu dziewczyn.  Stanęłam za ścianą, bo słyszałam czyjeś kroki.
-Nie wierzę, że ona nas wydała.- Mówiła Jane.
-A ja tak.. Nigdy jej nie ufałam i nie mam zamiaru jej ufać.- Syczała Sally.
-Oj weź, jest bardzo miła. - Broniła mnie Jane.
-I tak jej nie ufam. Zabrała Ci Jeffa. Od razu jak się pojawiła, zaczęły się kłopoty. A teraz co? Przez nią musimy się wyprowadzać. To chore.
Zapomniałam dodać, że Sally nauczyła się nowej magii. Laleczki voodo. W każdej chwili może rzucać Tobą o ścianę.
-Jest idiotką, która myśli, że gdy tylko się pojawi, wszyscy będziemy jej przyjaciółmi. To żałosne. Ona ogólnie zachowuje się jak idiotka. Marnuje tylko niezbędny dla nas tlen. Może ją też wykończymy? Będzie fajnie. O jednego przygłupa mniej. Nie lubię aniołów, więc dla mnie to i nawet lepiej. Widziałaś co ona sobie robi? Tnie się. To chore. Jak można się ciąć? A jej ojciec? Pewnie go kusiła albo sama zaciągała do łóżka. Ale nieee.. To ojciec ją gwałci. No pewnie. Co jeszcze nazmyśla? - Dalej gadała Sally.
Nie mogłam już tego słuchać. Jej kłamstwa i obelgi kierowane do mojej  osoby.Wyszłam więc zza ściany stając z nią twarzą w twarz.
-Coś jeszcze masz mi do powiedzenia?- Zapytałam poważna.
-O popatrz Jane. Jeszcze nas podsłuchuje.- Odparła Sally z obelgą w głosie.
-Sally daj spokój...- Szarpała ją Jane. Czarnowłosa wiedziała jaką mam siłę. Sally jak widać sama chciała jej doświadczyć.
-No słucham. Coś jeszcze masz do powiedzenia?- Powtórzyłam pytanie.
-Oj dużo. Kłamczucho.- Odparła.
-A ja Ci powiem tak. Nic o mnie nie wiesz. Więc po chuj komentujesz? - Odparłam dając jej plaskacza z całej siły.
Sally oddała mi ciągnąc za włosy.
To chore. Jak ona śmie?
-Shikoni.
Pojawiły się moje skrzydła. 
-I co teraz zrobisz Sally?


/Eme ♥

wtorek, 16 grudnia 2014

Rozdział 6

***
Do opowiadania dochodzi kolejna postać, którą znaleźć możecie w zakładce 'Bohaterowie' :)
***

Zbliżał się wieczór. Wstałam z dachu i zrobiłam krok do przodu. Spadając na ziemię rozłożyłam skrzydła i poszybowałam w górę.
Wylądowałam przed piwnicą Jeffa. Bałam się tam wejść po tym wszystkim. Z drugiej strony chciałam. Bijąc się z myślami postanowiłam, że wejdę.Założyłam kurtkę.
Zajrzałam do środka, nikogo nie było. Wzięłam swoją torbę i ubrania. Zmierzałam ku wyjścia, gdy nagle ktoś złapał mnie za rękę.Obejrzałam się i ujrzałam go. Stał zakrwawiony ze łzami w oczach.
-Zostawiasz mnie?- Zapytał po chwili.
-Zostaw mnie, jeszcze coś Ci zrobię.- Wyszarpnęłam swoją rękę i skierowałam się do wyjścia.
-Ale Eme, zaczekaj. Znaleźliśmy wyjście z całej tej chorej sytuacji.. Możemy Ci pomóc..- Odparł Jeff załamując głos co chwilę.
-A może dobrze jest tak jak jest?! Może mi się podoba?! - Odkrzyknęłam. Prawdą było, że bałam się tego. Bałam się moich skrzydeł. Już nie będę normalną osobą, no nie? Chcę być normalna!
-Cz..Czyli chcesz mnie nienawidzić? A co z tym co było między nami co?! To też pójdzie na marne?!- Dodał Jeff powstrzymując łzy. Bolało go to. Widać było po nim, że moje słowa trafiły prosto w te skamieniałe serce i rozbiły skorupę. Jeff znów był normalny? Oj chyba nie..
Spojrzałam na niego. Był zły. To znaczy, że nie rozbiłam jego skorupy, tylko go zdenerwowałam. Wybiegłam z piwnicy już gotowa do odejścia. On wybiegł za mną z uśmiechem.
-Nie tak prędko aniołku.- Odparł śmiejąc się i patrząc psychopatycznym wzrokiem.
Położyłam torbę na ziemi i zdjęłam kurtkę. We mnie też coś pękło. Byłam znów gotowa go zabić. Wymachiwałam skrzydłami, by wiedział, że nie jestem słaba. On jednak wyciągnął nóż. Mówił poważnie?
W jednej chwili rzucił się na mnie, gdy byłam zdezorientowana. Przyłożył mi nóż do gardła i wiedziałam że zaraz wykona ostateczny ruch. Odpuściłam. Nagle moje skrzydła zniknęły. Leżałam nieruchomo. Nie szarpałam się.
-Jesteś łatwiejsza niż mi się zdawało. HAHAHAHA- Zaczął śmiać się Jeff. Siedział na mnie i patrzył mi w oczy. One wróciły do naturalnego koloru. To było dziwne.
Byłam gotowa umrzeć. Nie chcę już tu być. Jako człowiek miałam swoje własne zasady. A teraz? Nic. Totalnie nic. Czekając na koniec mojego nędznego życia wypuściłam tlen. W końcu i tak mnie zabije..
-Hahahaha, nie dziwię się, że Ojciec Cię tak szybko brał hahahahaha. Łatwa jesteś. Naprawdę. Może zanim Cię zabiję, sam wypróbuję.- Dodał Jeff odkładając nóż. Zaczął rozpinać spodnie. 
Łapiąc oddech powstrzymywałam płacz. Najpierw ojciec.. Teraz on? Czy ja naprawdę nie będę żyła w spokoju?
On śmiał się w niebo głosy. Zaczął zdejmować mi koszulkę. Odwróciłam wzrok by na to nie patrzeć.On po chwili przestał. Patrzył na mnie zaszokowany. Po moim policzku łzy bawiły się w wyścigi. Jedna ścigała się z drugą a za nimi kolejne.
Otarł je szybko, zdjął swoją bluzę. Zamknęłam oczy zaciskając je mocno. Jednak nie. Nie wydarzyło się to co najgorsze może wydarzyć się dziewczynie.On zszedł ze mnie. Podał mi bluzę pomagając założyć. Spojrzałam na niego jak na skończonego idiotę.
-Ty kretynie! Nienawidzę Cię.! - Krzyczałam szarpiąc go.
-E..Eme ja nie chciałem. J..Ja nie wiem c...co się właściwie stało..- Tłumaczył łapiąc mnie za nadgarstki. Naplułam mu na twarz.Dla mnie był już skończony.
-Zostaw mnie! Słyszysz?! Zostaw  w spokoju! Zapomnij!- Krzyczałam na niego. On siedział i patrzył na mnie jakby nie rozumiał. Nadal mnie trzymał mocniej naciskając.-Puszczaj! - Dodałam.
Nic nie pomagało. On miał  łzy w oczach, ja już płakałam. Wreszcie padłam z sił. On mnie puścił. Wstałam, założyłam kurtkę w razie czego i zawieszając torbę na ramieniu pobiegłam w stronę swojego domu.
Nie odwracałam się. Gdyby biegł za mną, usłyszałabym jego kroki.
***
Dobiegłam. Wbiegłam do domu i powędrowałam na górę. Oczywiście mój pokój był przecież spalony. To nic. Weszłam do środka. Zamknęłam drzwi i usiadłam w kącie. Wyciągnęłam nóż. Cięłam nowe rany. Coraz głębsze. Takie, które pomogłyby mi się stąd wynieść w końcu!
Patrzyłam na moją krew. Była taka piękna. Ten odcień.. Taki ciemny. Lubiłam ciemne kolory.
Nagle do pokoju wbiegł Jack. Eyeless Jack.
-Eme? Co Ty znowu wyprawiasz?!- Zaczął podbiegając do mnie. Rozerwał kawałek swojej bluzy i obwiązał mi ranę. Siedziałam skulona i płakałam. 
-Zostaw mnie! Wszyscy się odwalcie! Było dobrze, jak was nie było!- Krzyczałam.
-Ale Eme.. Posłuchaj. To dzięki nam, Twój ojciec jest już w Hadesie. - Tłumaczył.
-Spadaj. - Odpowiedziałam krótko.
-Eme, co on Ci zrobił?- Zapytał spokojnie.
Nic nie odpowiedziałam. Do oczu napłynęła mi kolejna fala łez. Miałam ochotę to wszystko zakończyć. Przeciąć sobie gardło. Niech wszyscy patrzą, co ze mną zrobili.
-Emeli, on nie chciał. Działam zawsze najpierw robiąc, potem myśląc. Musisz mi uwierzyć. On Cię naprawdę kocha..- Tłumaczył Jeffa.
-Kłamiesz. A teraz wyjdź. Nie chcę z wami rozmawiać!
Jack wedle mojego życzenia wyszedł i już nie wrócił.


Przez cały weekend siedziałam w tym samym miejscu. Nic nie jadłam, nie piłam, nie robiłam.Po prostu siedziałam i zastanawiałam się, jak to wszystko skończyć. Z nowymi znajomymi nie utrzymywałam żadnego kontaktu.Zeszłam na dół. Chciałam wziąć butelkę wody i znów zamknąć się w pokoju. Dziwi mnie to, że przez ten czas nie przyszła mama.
Sięgnęłam do lodówki, wyjęłam wodę i poszłam na górę. Mama w tym czasie rozmawiała z kimś na progu. W połowie mojej podróży zawołała.
-Emeli, możesz zejść na chwilę?!
Zeszłam więc.
-O co chodzi?- Zapytałam ściskając butelkę wody w rękach.
-Masz gościa. - Odparła otwierając szerzej drzwi. Ujrzałam tam jakiegoś faceta.
-Witam.. My się znamy?- Odparłam zdziwiona.
-Emeli Rockbell. Miło Cię widzieć. Mogę wejść? Ja w sprawie Twojej ręki. Twój przyjaciel mnie przysłał.- Wytłumaczył.
Mama uśmiechnęła się na słowo 'przyjaciel'. Wpuściła gościa  do środka. Poszłam na górę a on za mną.
Gadał coś pod nosem. Weszłam do pokoju i usiadłam w moim stałym miejscu. On zamknął drzwi i usiadł na spalonym łóżku.
-Bardzo ładny pokój.- Odparł.
-Czego chcesz?- Zapytałam wprost. 
-Słyszałem, że jesteś przeklęta. Czyżby Jana tu była?- Zaczął się śmiać. Zdjął kaptur. Był kościsty! Zamiast twarzy widniała czaszka a zamiast ciała szkielet. Okropny widok. 
-Ta. Coś jeszcze?- Odparłam zniechęcona rozmową z kimkolwiek o czymkolwiek.
-Twój ojciec tu leży? Widziałem go w Piekle.
-Co mnie to interesuje..- Dodałam spławiając go.
-Wiem co Ci robił. Wszyscy wiedzą. Wiemy o Tobie wszystko Emelli Rockbell.- Na te słowa wzdrygnęłam się i spojrzałam na niego.-No dziecko, pokaż te Twoje skrzydełka.- On wstał. Podszedł i kucnął przede mną.
Wstałam. Zdjęłam kurtkę. Skrzydła się nie pojawiały. On pstryknął a w jego ręku pojawiła się kosa. Zgrabnym ruchem przeciął mi bluzę i stanik nie udrożniając skóry. Nagle pojawiły się skrzydła. W pierwszej chwili się wystraszył. One szybko mnie okryły.  Owy 'człowiek' zaczął sprawdzać moje łopatki. To właśnie z nich wyrosły skrzydła. Na brzegach, jakby granicach moich skrzydeł były rany. Zaczął ich dotykać. Syczałam.
-Nie boli Cię to?
-Auć. Boli. Przestań!- Krzyknęłam. W tej samej chwili moje skrzydła zrobiły ruch obronny. Zdmuchnęły tego kolesia przewracając go.
Starzec wstał, otrzepał się i mamrotał coś pod nosem.
-Mogę Ci je wyciąć.- Odparł po chwili.
-Naprawdę? Czyli będę znów normalna?-Zapytałam uradowana.
-W nocy będziesz miała bóle i dwa ślady po cięciu. A tak, to normalna..-Wytłumaczył.
-Pomyślę.-Odparłam.
-Dobrze. Jak coś, wezwij mnie. Krzyknij 3 razy ''Shadow, Shadow, Shadow'' a zjawię się.- Odpowiedział, po czym zniknął.
Stałam w pokoju całkiem sama. Sięgnęłam do szafki po nową bieliznę i bluzę. Założyłam a skrzydła zniknęły.
 Właściwie nie przeszkadzały mi. Teraz nawet gdy byłam w staniku, nie pojawiały się. 
Usadowiłam się znów w kącie mojego ciemnego pokoju. Zgasiłam światło i patrzyłam na ciemność. Płakałam cicho, by nikt nie słyszał..Nawet nie pamiętam kiedy zasnęłam.

Następnego dnia postanowiłam się ogarnąć. Umalowałam kosmetykami mamy, uczesałam, ubrałam i gotowa na nowy dzień- poniedziałek, zabrałam ubrania robocze i poszłam na przystanek. Poprawiłam torbę na ramieniu. Sprawdziłam wyświetlacz telefonu. Była godzina 5:15. O 5:25 miałam autobus do pracy. 
Usiadłam na ławeczce. Czekałam w skupieniu rozglądając panicznie czy czasem ktoś nie idzie. Czułam na sobie czyjś wzrok. Tylko nie wiedziałam czyj.
Założyłam słuchawki  i włączyłam muzykę. Akurat na kolejce była Nightcore- I Won't Give Up.
Bardzo lubiłam tą piosenkę, więc w myślach śpiewałam razem z nią.

When I look into your eyes
It's like watching the night skyOr a beautiful sunriseBut there's so much they holdAnd just like them old starsI see that you've come so farTo be right where you are
Nagle zauważyłam grupkę osób. Zamilkłam więc czekając aż przejdą, by znów pośpiewać.Na marne. Okazało się, że byli to dzielnicowi 'Zbóje'.Zasadę mieli jedną. Jeśli im podpadniesz, po Tobie.
Siedziałam więc w ciszy aż pójdą sobie z tego przystanku.W pewnej chwili gotowa byłam nawet iść na następny. Zauważyłam jednak, że podjechał samochód.  Nie komentowałam, chociaż miałam ochotę.
Oni nie wsiadali. Kierowca wysiadł ,przywitał się i podeszli do mnie.
-Mała, podwieźć Cię gdzieś?- Zapytał jeden  cwaniak. Milczałam. Spojrzałam na nich z ławki i znów zatopiłam się w ekranie telefonu. Oni zaczęli mieć pretensje że ich olewam. Jednak nie okazali tego.
Ten sam, który zagadał złapał mnie za ramię. Zaczął szarpać.
-Słuchaj. Albo zrobisz co Ci każemy, albo giniesz.- Odparł surowo.
-To ja wolę zginąć niż wam usługiwać.- Odpowiedziałam spokojnie. To fakt, już nic mnie tutaj nie trzyma.
Oni jednak nie cieszyli się z kolejnej ofiary to zabicia. Zaciągnęli mnie do auta. Zawiązali oczy opaską, bym czasem nie widziała gdzie jedziemy.

Po około 10 minutach byliśmy już na miejscu.A wiecie gdzie?! Oczywiści na ruinach Jeffa. Jego chyba nie było 'w domu', gdyż mimo moich krzyków, nikt mnie nie usłyszał. Szarpałam się. Bardzo dobrze znałam ten las.Jak na złość było ich 5.
Jeden z nich chwycił mnie mocno za ręce. Miałam tam świeże rany. Bolało jak cholera. Skuliłam się przy jego uścisku. Drugi z kolesi rozpiął mu rozporek. Zacisnęłam zęby. Na pewno nie!!
Piszczałam, krzyczałam. Oni ciągnęli mnie za włosy, za ubrania. Gdy już nie zgodziłam się na loda koleś zaczął mną szarpać. Krzyczałam. Bolało mnie kopanie po żebrach, zwłaszcza z każdej strony.Z drugiej strony chciałam umrzeć. Jednak liczyłam na szybką śmierć a nie męczarnie.
Po krótkiej zmowie postanowili mnie sobie przywłaszczyć. Poszli w stronę samochodu. Jeden wysoki trzymał mnie za włosy i ciągnął do samochodu. Już nie wiedziałam, czy sama się mam zabić, czy oni zrobią to za mnie.
Całkiem zapomniałam o tym staruchu, który mnie nawiedził.. Może on by mi pomógł..Chyba coś ze mną nie tak, gdyż chciałam załatwić coś sama.
W aucie oni przyłożyli mi jakąś szmatę do ust. Nie pamiętam trasy.

Przebudziłam się w jakiejś starej piwnicy. Sprzęt i wszystko były przygotowane. W rogu zauważyłam klatkę. Czy ja wyglądam na szczura? Nim zdążyłam dokładnie przyjrzeć się, gdzie właściwie jestem, oni wpakowali mnie do klatki. Całkiem jak jakąś szmatę. W podartej bluzie i majtkach. Było tu strasznie zimno. Trzęsłam się jak bym miała padaczkę. Nadal czułam na sobie wzrok, mimo, iż nikogo tu nie było. Moi 'nowi koledzy' poszli gdzieś, sama nawet nie wiem gdzie. Skuliłam się w kącie i milczałam. Nagle zorientowałam się, że jest tutaj jakiś nacięty fragment klatki. Podciągnęłam rękaw bluzy i przejechałam dość porządnie po nim. Gdy ujrzałam swoją krew- ulżyło mi..

Po chwili oni wrócili. 
Ogólnie jest ich 5. 
Trzech z nich wyszło, zostawiając mnie z tą dwójką, akurat najgorszą ze wszystkich całkiem samą. Zdenerwowana, gdyż nie wiedziałam co knują rozglądałam się panicznie, by w razie czego, zapamiętać chociaż fragment tego pomieszczenia. Jeden z nich otworzył klatkę.
-Kici Kici Koteczku- Zawołał drugi po czym wszedł do środka. Założył mi pasy na ręce i wyciągnął siłą ze środka. Położył na jakimś metalowym łóżku i związał. 
W pewnej chwili z okolic okien dachowych usłyszałam trzask beli. Jeden poszedł zobaczyć co się dzieje a drugi zatykał mi właśnie buzię jakąś szmatą.
-Nie martw się, to nie zaboli. Dziewica?- Zapytał po chwili. Nie odpowiedziałam. Co za tuman, miałam szmatę w buzi...

Po około 20 minutach ten drugi nie wracał. Tuman poszedł sprawdzić co się dzieje, jednak wyjście z pomieszczenia przeszkodził mu Jeff wpadający właśnie z wizytą. Patrzyłam uważnie na całe to zdarzenie. 
Jeff jednym ruchem noża podciął mu gardło i wyciął uśmiech na twarzy. Nie obyło się również bez dźgania w różne części ciała tego chłopaka.
Po skończonej robocie podszedł do mnie rozwiązując pasy.
-Czy ja Cię zawsze muszę ratować?- Zaśmiał się. Wziął mnie na ręce i wyszedł.
-Nie prosiłam o to.- Odparłam zbulwersowana.
-Wcale.- Odparł. Wsadził mnie na miejsce pasażera. Zapiął pasami i przykrył kocem. Sam usiadł za kierownicą. Odpalił samochód i ruszyliśmy w stronę ruin.




~/Eme ♥