poniedziałek, 16 lutego 2015

Rozdział 9

Znów strasznie przepraszam za opóźnienia :c
p.s. Do opowiadania dochodzi nowa osóbka. Cherry Pau (: 


***
Następnego dnia obudziłam się w jego objęciach.
-Ta noc była idealna.- Odparłam patrząc mu w oczy i się uśmiechając.
-Też tak uważam.- Chłopak odwzajemnił uśmiech i złożył na moim czole delikatny pocałunek.

Leżeliśmy tak przez dobrą godzinę i rozmawialiśmy. W końcu położyłam się na nim i znów zaczęliśmy się delikatnie całować.
Wiedziałam, że ta noc była tylko przerywnikiem od wszystkich problemów. Przecież to nie zniknie tak od zaraz. Wszystko wróci i znów będzie źle.
Jednak, dlaczego mam teraz o tym myśleć? Właśnie jakby straciłam dziewictwo z osobą, z którą chciałam. 

-Księżniczko, może coś zjemy?- Z moich rozmyśleń wyrwał mnie głos Jeff'a.
-Tak, oczywiście. Na co masz ochotę?- Zapytałam po chwili. Szybko wstałam, założyłam bieliznę i jego bluzę. Zaciągnęłam się jego zapachem. Był cudowny. Popatrzyłam na niego z szerokim uśmiechem. Leżał całkiem nagi na łóżku i patrzył na mnie dziko.
-Mam ochotę na Ciebie.- Odparł i przyciągnął mnie do siebie, przewrócił na łóżko, pochylił nade mną i patrzył na mnie. Po chwili przypomniał sobie jak mnie kopał. Przypomniał ile krzywdy mi wyrządził. Szybko wstał, założył bokserki i spodnie. Na nogi wsunął buty i był gotowy znów mnie opuścić.- Przepraszam, nic z tego.
-Czekaj, co?- Patrzyłam na niego zszokowana. Właśnie spędziliśmy razem noc a on nagle mi mówi, że nic z tego? Co to ma być?!
-Możesz dać mi moją bluzę? Muszę iść. - Poprosił. Zdjęłam ją z siebie i mu rzuciłam. Wkurzyłam się jego zachowaniem.
-Czyli co? Tylko się mną zabawiłeś tak?!- Krzyknęłam. 
-Eme, proszę uspokój się. To nie tak. Nie rozumiesz.-Tłumaczył, jednak po chwili jego wyraz twarzy z zawiedzionej zmienił się na znudzoną.- Tak, zabawiłem się a teraz muszę iść.
Z początku myślałam, że robi sobie ze mnie żarty, jednak nie. On mówił na serio. Wyszedł z mojego pokoju i pokierował się w stronę drzwi zakładając bluzę. Nie dałam za wygraną, szybko chwyciłam z szafki luźną koszulkę i założyłam. Powędrowałam za nim.
-Dlaczego to zrobiłeś? Czy Ty uważasz mnie za zabawkę?! Jesteś zwykłym  dupkiem! Nienawidzę Cię!- Krzyczałam. W Pewnej chwili od odwrócił się, złapał mnie za nadgarstki i przycisnął do ściany. Bolało mnie jego zachowanie. Przecież wypełnia moje serce i jest tak cholernie ważny. Jednak potrafi zadać taki ból, iż odechciewa mi się go znać.
Przełożył moje ręce do jednej pięści i zacisnął. Patrzył na mnie wzrokiem, jakby zaraz miał mnie zabić. Był zimny wobec mnie.
-Jesteś zabawką. Zwykłą zabawką. Zrozum to.- Odparł chyba najoschlej jak tylko potrafił.
-D..Dlaczego..- Patrzyłam na niego zawiedziona. Łzy same napływały mi do oczu, następnie spływały po policzkach.
-Przychodzę gdy mam taki kaprys.- Odparł, wzruszył ramionami i mnie puścił.- Nie szukaj mnie.- Dodał po czym zniknął.
Siedziałam pod ścianą, płakałam, próbowałam zrozumieć w co on ze mną gra. Na czym polega jego gra? Co on robi? Dlaczego? Dlaczego to tak cholernie boli?
Gryzłam się z myślami do końca tego pieprzonego dnia. W końcu postanowiłam wrócić do pokoju. Usiadłam w koncie i wzrokiem szukałam noża. Skoro nawet On mnie wykorzystuje, ja nie mam po co tu jeszcze być.
Wreszcie go znalazłam. Leżał na szafce obok drzwi. Leniwie wstałam ocierając zapłakane oczy. Patrzyłam na nóż z nadzieją, iż nagle ożyje, zwróci się ostrzem w moją stronę i wbije się z jak największą prędkością w moją klatkę piersiową. Jednak nie. Przez cała drogę do szafki nic takiego nie miało miejsca.
Chwyciłam go pewnym ruchem w dłoń i wróciłam na swoje miejsce zastanawiając się co sobie zrobić.
W końcu stwierdziłam, że czas na pożegnanie.
Znalazłam przy nocnej szafce kawałek papieru i ołówek. Wzięłam więc je, pochyliłam się nad ziemią i zaczęłam gryzmolić.
Nie mam pojęcia, kto to czyta, jednak mam nadzieję, że leżę już martwa. Zgon? Samobójstwo. Powód? Brak chęci do dalszego życia. Myślę, że wielu z was się z tego powodu cieszy. Droga Sally- już nikt nie będzie Ci dokuczał, nie będziesz miała powodów do złości. Przepraszam za to, co Ci zrobiłam. Mamo- chciałaś mieć idealną córkę, przepraszam,że taka nie jestem. Jack'u- Wybacz, że nie wybierzemy się nigdzie razem. Chciałam zabrać Ciebie i Jeff'a w pewne magiczne miejsce, jednak nici. Przepraszam. Jeff'ie- Tobie powiem tylko tyle. Byłeś dla mnie cholernie ważny, niestety jestem dla Ciebie tylko zabawką. Nie wiem dlaczego tak się stało, nie wiem czemu tak się stało ale mi z tym źle. Mam nadzieję, że nigdy więcej się już nie spotkamy. Nie chcę znów na Ciebie patrzeć i wiedzieć, że uwiedziesz mnie po to, by znów wykorzystać, gdy tylko będziesz miał ochotę. Bardzo mnie to boli, dlaczego znów mnie to spotkało? Strasznie mi na Tobie zależy, szkoda, że nie odwzajemniasz tego uczucia. Niestety, marzenia się nie spełniają. To koniec. Żegnajcie.    Pozdrawiam, Eme.

 Życie płata ludziom różne figle. Zazwyczaj są to sprośne żarty, drobne uszczerbki na zdrowiu. Jednak osoby słabe, zmęczone życiem spotyka znacznie większa kara. Mogę nazwać to karą? W pewnym stopniu jest to kara za moje postępowanie. Na pewno zrobiłam coś, za co płaciłam karami od ojca. Potem, po jego śmierci karą była miłość do mordercy. Mogłam się domyślić, że on się nie zmieni. Nie zrobi wyjątku dla kogoś tak żałosnego. Jestem kolejną zabawką. Kolejną osobą dopisaną do listy. To się kiedyś skończy? Oby tu i teraz. 
Chwyciłam mój wcześniej napisany list. Zacisnęłam najmocniej jak potrafiłam w dłoni i wymierzyłam cios nożem w rękę z nadzieją, że trafię w naprężoną żyłę. Chybiłam. Dlaczego chybiłam? Próbuję raz jeszcze. Znów chybię. Zrobię to delikatnie. 
Patrzyłam na głębokie rany po nożu, gotowa zrobić kolejne.
-Hallo, Emeli, jesteś tam?- Nagle usłyszałam znajomy głos i pukanie do drzwi. Był to Eyeless. Nie miałam ochoty teraz z nim rozmawiać. Dlaczego teraz? Dlaczego nie 10 minut później. Lub 15.. To nie ma różnicy. Będę udawać, że mnie tu nie ma, może sobie pójdzie.
-Hej, Emcia, słyszałem co się stało. Strasznie mi przykro. Wiem, że tam jesteś, wpuść mnie, chcę pogadać.- Chłopak nie dawał za wygraną. Jednak nie, nie mogę się teraz wycofać.
-Nie ma mnie tu, idź sobie.- Odparłam i dźgnęłam nożem prosto w żyłę. Z początku poczułam straszliwy ból, syczałam,płakałam i dławiłam się łzami. Jednak już po chwili poczułam się lekka. Powoli osuwałam się po ścianie, tonąć w powiększającej się kałuży mojej własnej, jeszcze ciepłej krwi.
Nagle drzwi, które jeszcze chwilę temu były moim obrońcą przed światem, właśnie zostały wyburzone. Podbiegł do mnie Jack i zaczął delikatnie walić po policzkach. Wezwał karetkę, cały czas zostając obok. Trochę wyżej nad raną ucisnął pasek od spodni, by zatamować krwotok. Zauważył w mojej dłoni list. Zabrał go i przeczytał. Strasznie się zdenerwował, jednak nie okazywał tego. Cały czas coś do mnie mówił, jednak nie wiem co. Nie pamiętam. Wszystko widzę przez mgłę, a może mi się wydaje? 
Sygnał. Słychać sygnał karetki. Ona tu jedzie. Jack znika a pojawiają się ratownicy. Dlaczego tak musi być? Dlaczego nie pozwolą mi odejść?


***
Z punktu widzenia Eyeless Jack'a 

***
Po przeczytaniu tego zacnego listu pożegnalnego ogarnęła mnie nienawiść do tego pieprzonego dupka. Przecież mu na niej zależy! Dlaczego jest dla niego kolejną zabawką?!
Czekałem przy Emeli aż nie pojawią się ratownicy. Potem wyskoczyłem przez okno. Pobiegłem do tego dupka by się z nim osobiście rozprawić. 
To co zobaczyłem w środku zaszokowało mnie jeszcze bardziej.

Bez zawahania wbiegłem do jego piwnicy, wszystko było rozpakowane, stało tak jak powinno.
Jednak najbardziej zaskoczył mnie widok Jeffa i ...
I Cherry. 
Cherry Pau. To jego była dziewczyna i moja kuzynka! Przecież ona ma 17 lat! 
Rozumiem jakby siedzieli i rozmawiali.. Ale oni.. Oni leżeli nadzy, w łóżku. Ja mu kurwa dam!
Podbiegłem do niego i wytarmosiłem z łóżka.
-Ah, Kuzynie, no przestań, nie przeszkadzaj.- Usłyszałem tylko słodki głosik mojej kuzynki.
-Zamknij się, ubierz i wynoś stąd! Z Tobą rozprawię się jak skończę z tym gnojem!- Wykrzyczałem zdenerwowany. Cherry chyba przejęła się moimi słowami, gdyż natychmiast owinęła się kołdrą i wyszła z pomieszczenia.
Jeff w tym czasie zdążył założyć bokserki i spodnie.
-Na gołe klaty, śmieciu!- Krzyknął do mnie. 
Bez zawahania zdjąłem koszulkę. Podczas, gdy on chciał coś z siebie wydusić, rzuciłem się na niego okładając pięściami.
-Jesteś zerem! Jak śmiesz ją wykorzystywać! Ty Gnoju!- Krzyczałem. 
Jeff jednak mimo wszystko jest silniejszy. Złapał mnie za obręcz barkową, przerzucił za siebie i również zaczął okładać pięściami. Całkiem zapomniałem o liście, który trzymałem w ręce.
-O co Ci kurwa chodzi co?! Sama tu przylazła i mi wlazła do łóżka! A nie mogłem się jej oprzeć!- Krzyczał na mnie.
Przecież to zwykły szmaciarz!
-Ty Męska Dziwko! Mówię o Eme nie o Cherry! Pedofilu Jebany, jak śmiałeś jej to zrobić?! Wiesz, że ona teraz leży w szpitalu?!- Odparłem również uniesionym tonem. Zamurowało go. Podczas, gdy już wymierzył na mnie cios, patrzył zaszokowany. 
-C..Co? Jak to w szpitalu?- Dopytywał.
Splunąłem mu na twarz i wręczyłem list. Zaczął go szybko czytać po czym gdy dotarł do swojego imienia, wczuł się w tekst i czytał ze skupieniem.
-Jesteś zwykłym zerem. A ja powiem jej, o Cherry.- Odparłem podnosząc się z kanapy.- Nadajesz się do burdelu, męska dziwko.
Jeff usiał wryty. Zachowywał się jak słup soli. Nic do niego nie docierało.
W końcu do pomieszczenia weszła zaciekawiona Cherry.
-Wynoś się głupia suko!- Krzyknął Jeff.
-Zamknij mordę, sam tego chciałeś!- Odkrzyknęła mu.
-Cherry, zachowałaś się jak suka. A Jeff jak męska dziwka. Obaj jesteście winni więc morda w kubeł! Musimy wymyślić jak powiedzieć jej to, by nic sobie nie zrobiła.-Odparłem. Zaczęło mi na niej zależeć. Martwiłem się. A ten dupek jak zwykle ma to wszystko gdzieś.
To się dla niego źle skończy, bardzo źle.
-O kim rozmawiacie?- Dopytywała Cherry.
-Nieważne.- Odparłem.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu, jednak nie zauważyłem Jeffa. Ciekawe co on odpierdoli.

***
Wracamy do punktu widzenia Eme

***
Obudziłam się w szpitalu. Rękę miałam perfekcyjnie zawiązaną w kupę bandaży. 
Rozglądałam się po małej sali w poszukiwaniu wskazówki na cokolwiek.
W końcu do pomieszczenia weszła ciemnoskóra pielęgniarka.
-Witaj słoneczko, jak się czujesz?- Dopytywała.
-Dość dobrze, dziękuję.- Odparłam.- Wie Pani może, kto mnie uratował?
-Skarbie, z tego co wiem to jakiś chłopak. 
Nie wiedziałam co o tym myśleć. Nie pamiętałam zbytnio kto to był. Jeff.. Jack.. A może ktoś inny?To wszystko robi się coraz bardziej zakręcone.

Leżałam na łóżku i oglądałam TV gdy nagle do sali wszedł Jack.
-Hej, nie przeszkadzam?- Zapytał zamykając za sobą drzwi.-Musimy pogadać.
-Jasne, wejdź. -Odparłam. Chłopak dosiadł się obok. Siedział na krawędzi łóżka. Był zawiedziony. Nie wiedziałam jeszcze czym, ale wiedziałam, że jest coś na rzeczy.
-No mów. Jestem ciekawa.- Zaśmiałam się.
-Wątpię, że Cię to uszczęśliwi. Chodzi o Jeffa..- Odparł Eyeless.
Moja mina od razu zmieniła swój wyraz. Zaniepokoiłam się co mogło się stać. A może on też sobie coś zrobił? Może coś się stało i po prostu udawał, że się mną bawi? Nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć.
-Nie wiem, czy nazwać to zdradą. W końcu nie byliście parą c'nie? - Wyrwał mnie z moich myśli.
-Czekaj, cofnij. Jak to zdradził? Z kim? Jak? Gdzie? Co kurwa?! - Dopytywałam. -I nie, nie jesteśmy parą.- Dodałam.
Jack wszystko powoli mi wyjaśnił dobierając słowa w sposób łagodny, bym się nie zdenerwowała a co najgorsze załamała. Był przy mnie, wspierał mnie gdy tego potrzebowała. Czy on coś kombinuje? A może mają jakiś plan wobec mnie? Co tu się w ogóle wyprawia..
-Emeli proszę tylko o jedno.- Dodał po chwili niezręcznej ciszy.
-Ta? O co chodzi? - Zapytałam całkowicie zdołowana.
-Nie zrób nic sobie. To dla mnie bardzo ważne. Zależy mi na Twoim zdrowiu. - Wytłumaczył. Postanowiłam mu to obiecać. W końcu był tu, wspierał mnie, kurwa troszczył i chciało mu się w ogóle mnie odwiedzić. To wiele znaczy.

-Dobrze, obiecuję.- Odparłam.






***
Pojawia się rozdział 9.
Jestem coraz bardziej z nich niezadowolona. Przepraszam, że są tak strasznie słabe. Postaram się poprawić. Obiecuję, że następny, rozdział 10 będzie ciekawszy i dłuższy. 
Jest godzina 23: 00 a ja dopiero go skończyłam. Męczę go i męczę aż w końcu wymęczyłam.
Jeszcze raz przepraszam i do następnego.
Pozdrawiam.
~/Eme.

sobota, 31 stycznia 2015

Rozdział 8

Z góry bardzo przepraszam, że nic nie dodałam ale nie miałam czasu i weny (:


***
-I co teraz zrobisz Sally?
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, gotowa była rzucić się na mnie i wydrapać mi oczy. Zrobiłabym to samo.
Jane szybko zareagowała. Szarpała ją i prosiła, by dała mi spokój. Ta jednak nie odpuściła.
Podeszła do mnie i wyrwała mi jedno piórko. Stwierdziła, że nie będzie dotykała moich włosów.
Popatrzyłam na nią zdezorientowana, jednak szybko zorientowałam się po co jej mój materiał genetyczny. Wcisnęła piórko do laleczki, którą właśnie wyjęła z kieszeni. Od razy wbiła w jej serce scyzoryk, czekając na reakcję.Jane jak i ja czekałyśmy, aż z mojej lewej piersi poleci krew na znak, że umieram. Jednak nie. Nic się nie działo. Może dlatego, że mam skrzydła?
-Edin.-Odparłam, a moje skrzydła jak i piórko w laleczce Sally zniknęły.
-Co do...- Odparła zadziwiona Sally.
-Dawaj solo normalnie, a nie z laleczkami. Ja też odwołałam skrzydła.- Zaproponowałam. Sally była ciekawa co potrafię, wyrzuciła laleczkę i ruszyła na mnie. Stałam bez ruchu i czekałam. W ostatniej chwili wyciągnęłam rękę a wysokość jej twarzy i zacisnęłam pięść. Ona 'nadziała' się twarzą prosto na moją pięść. Zareagowałam znów. Zadałam jej kopniaka z pół obrotu. Ona odleciała metr, może dwa do tyłu i patrzyła na mnie zaszokowana. Byłam strasznie wyciszona. Zero stresu, zero bojaźni. Po prostu czekałam na jej ruch.
Odpuściła. Wstała, parsknęła coś pod nosem i wzięła Jane pod rękę. Obie powędrowały do wspólnego domu.
Udałam się więc w dalszą drogę do Jeffa, by z nim porozmawiać.
Gdy już dochodziłam do jego siedzimy zamieszkania, zauważyłam, że tajniacy znów zbliżają się z posiłkami, by przeczesać jego teren i dowiedzieć się czegoś o reszcie.
Postanowiłam zareagować.
Założyłam szybko buty i podeszłam do drzewa poprawiając dekolt.
Otarłam się o nie bardzo kusząco i popatrzyłam na nich przeszywającym wzrokiem.
-Przepraszam panów, zgubiłam się i nie mam pojęcia gdzie jestem.-Jeden z nich podszedł do mnie i złapał za ręce. Popatrzył mi w oczy. Zobaczył, że mam zdarte kostki na ręce, którą przed chwilą przywaliłam Sally.
-Co się stało, ktoś coś Panience zrobił?- Zamartwił się.
-Nic się nie stało przystojniaku.-Odparłam i zdjęłam mu ten śmieszny kask z głowy.Następnie szepnęłam do ucha.- To tylko drzewo.
Nagle oczy wszystkich zwróciły się na mnie. Wszyscy podeszli otaczając mnie w okół. Coś gadali, jednak miałam to gdzieś. Chciałam tylko, by Jeff zyskał na czasie.
Postanowiłam, że zaprezentuję im moje skrzydełka.
-Panie Smith.-Odparłam z uśmiechem.
-Tak ślicznotko?- Zaśmiał się.
-Niech Pan i reszta Panów popatrzy.-Ciekawe co te zboki pomyślały.
-Shikoni.-Nagle z moich łopatek wyrosły dwa piękne skrzydła. Jedno czarne, na znak piekła, drugie białe, świadczące o mojej roli aniołka z nieba.
Oni się zdziwili. Zaszokowali i wymierzyli w moją stronę broń. Byli gotowi mnie zabić.
-Ups.-Zrobiłam zamach skrzydłami i w mgnieniu oka zmiotłam ich z powierzchni ziemi na jakieś dobre 20m.
-Edin.- Odparłam patrząc na czyste ręce. Postanowiłam iść do Jeffa.
Podeszłam do drzwiczek i otworzyłam je. Weszłam do środka uważając, by nie spaść. Rozejrzałam się po piwnicy zamykając wcześniej za sobą drzwi.
Jeffa nie było.
Nie było prawie niczego, tylko kilka dużych toreb.
Postanowiłam więc udać się do sali, by poszukać go tam.
Właśnie szłam przez korytarz, gdy usłyszałam rozmowy.
-Ona pobiła Sally. Nie chcę mieć z nią nic do czynienia!- Krzyczał Jeff.
-Jeffrey uspokój się. Nie było Cię tam.- Tłumaczył Slender.
-Cycata dała popalić.HAHA- Śmiał się L. Jack z Toby'm.
Zdenerwowałam się. Weszłam do sali a wzrok wszystkich zwrócił się na mnie.
-Właśnie oczyściłam teren z policji.- Odparłam, by powiedzieć cokolwiek.
-Nie zapominaj, że sama ją tu zaciągnęłaś!- Krzyczał Jeff idąc w moim kierunku.
-Jeff możemy porozmawiać?- Zapytałam. Po chwili jednak pożałowałam tego, że w ogóle tu się zjawiłam. Chłopak strzelił mi w twarz, tak mocno, iż się przewróciłam.Patrzyłam na niego błagalnie. Nic nie pomogło. Był w transie i zaczął mnie kopać.
Kopał po brzuchu, nogach, plecach, aż w końcu strzelił mi z buta w twarz.
Wszyscy zaszokowani patrzyli na całe zdarzenie, nikt mi nie pomógł.
W pewnej chwili przybiegła Jane.Rzuciła się na Jeffa. Ona jedyna mogła mnie obronić. Przecież była przy tym, jak Sally mnie wyzywała. To ona zaczęła!
Podczas, gdy Jane szarpała się z Jeffem, ja próbowałam się podnieść.
Szybko podbiegł do mnie Eyeless Jack i pomógł mi ustać na nogach. Patrzył na mnie wzrokiem, znaczącym iż mam się wynosić.
-Pomogę Ci dotrzeć do domu. Nie wracaj tutaj.- Szepnął wyprowadzając mnie z pomieszczenia.

Slenderman chwycił w swe macki Jeffa jak i Jane oraz mnie i Eyeless'a.
Syczałam, gdyż każdy możliwy ruch i dotyk sprawiał mi ból.
Popatrzył na mnie przeszywającym wzrokiem a przed jego twarzą ukazała się scena, jak policja mnie śledziła w drodze tutaj, jak Sally zaczęła. Był kolejnym świadkiem na to, że jestem niewinna.
Postawił całą naszą czwórkę na ziemi. Eyeless szybko do mnie podbiegł, bym czasem nie upadła na beton.
Jeff podszedł do mnie z nienawiścią. Chciał mnie zabić za zdradę.
Slender jednak wyjaśnił wszystko.Kazał też przyprowadzić Sally, by przyznała się do obraz wobec mojej osoby.
Jane szybko pobiegła po dziewczynę. Po kilku minutach wróciła razem z nią.
-Sally, to prawda, że obrażałaś Eme?- Zapytał Jeff.
-Nie. Nic takiego nie zrobiłam. To ona rzuciła się na mnie!- Tłumaczyła Sally. Jane jednak kazała jej się przyznać a Slendi patrzył na nią z wzrokiem, mówiącym iż o wszystkim wie.
-No dobra. To ja zaczęłam. Ale to nie zmienia faktu, że przyprowadziła tu psy!- Nadal oczerniała mnie w oczach pozostałych.
-Ja już pójdę. - Odparłam i dałam znak Eyeless'owi, by mnie odprowadził. To zdenerwowało Sally jeszcze bardziej, gdyż przed całym tym zdarzeniem, Jack z nią zerwał.

Razem z Jack'iem poszliśmy do mnie. Tam on mnie odprowadził aż do pokoju i położył na łóżku. Zaczął od opatrzenia moich ran zadanych przez Jeffa.
Bolał mnie każdy ruch, każdy dotyk. Syczałam.
Jack tylko patrzył na mnie ze współczuciem i delikatnie czyścił miejsca ran.
Nagle do pokoju wparował Jeff.
Kazał Jack'owi wyjść. Chciał ze mną porozmawiać.
Eyeless pożegnał się i wyszedł. Potem słyszałam przez okno jak biegnie. Znaczyło to, iż szedł do reszty towarzystwa.
Jeff patrzył na mnie wzrokiem mordercy. Chciał mnie zabić, jednocześnie zależało mu na mnie.
-O co chodzi?- Zapytałam po chwili niezręcznej ciszy.
-Przepraszam, nie chciałem. Nie wiem co mnie napadło. Uwierzyłem Sally.-Tłumaczył się.Chwycił wacik i kontynuował oczyszczanie ran.
Pomógł mi się podnieść i odpiął moją sukienkę następnie powoli zdejmując.Właśnie leżę przed nim w samej bieliźnie. Co teraz? Jest niezręcznie.
On przybliżył się do mnie. W jego oczach widziałam smutek. Był zawiedziony tym, co mi zrobił.
Patrzył na moje ciało i był załamany.Nie wiedział, czy może mnie dotknąć, czy może na mnie popatrzeć, odezwać się. Bał się, że wygonię go i o nim zapomnę.
Delikatnie przejechał swoją szorstką ręką po moim udzie wędrując w górę. Tam jeździł po moim biodrze bacznie wpatrując się w moje oczy.
-Jeśli mam sobie iść, to powiedz. Zniknę na zawsze i się nie pojawię nigdy.- Odparł z załamką w głosie.
-Nie chcę byś znikał. Potrzebuję Cię.- Odparłam delikatnie się podnosząc.On szybko położył rękę na moich plecach przytrzymując moje osłabione ciało.
Patrzyliśmy sobie prosto w oczy nie wiedząc co dalej. Przysunęłam się do niego nieśmiało on odwzajemnił gest. Podniósł mnie całkiem i usadził na swoich kolanach. Tam cmoknął mnie w czoło.
Uśmiechnęłam się nieśmiało i złożyłam na jego ustach pocałunek. Szybko go odwzajemnił kładąc na moich plecach swoje ręce. Siedziałam na jego kolanach i całowaliśmy się gdy nagle do pokoju weszła moja mama.
-Mamo, wyjdź, przeszkadzasz.- Odparłam. Zarumieniłam się,gdyż byłam w niezręcznej sytuacji.Jeff położył mnie na łóżku i wstał. Podszedł do mojej mamy.
-Witam, nazywam się Jeffrey Woods, jednak wszyscy mówią do mnie Jeff The Killer. To ja uwiodłem Pani córkę i  to ja zamordowałem Pani męża. Rozumiem, że mnie Pani nienawidzi, ach ze wzajemnością. Niestety, teraz nam Pani przeszkadza. Pani córka prosi o chwilę prywatności, więc proszę o danie jej prywatności.- Po czym  uśmiechnął się i zamknął przed nią drzwi. Zaśmiałam się, gdyż jego reakcja była zabawna. Jeff prze kluczył drzwi i wrócił do mnie. Rzucił się na łóżko.
-Aaa.- Krzyknęłam jednak po chwili zaczęłam się rechotać. On pochylił się nade mną.
-Mrrr, kocico.- Po czym wpił się w moje usta i złożył swoje ręce na moim ciele. Masował i szczypał moje biodra, uda i boczki.Objęłam go nogami zaciskając. Ręce zawiesiłam na jego szyi również zaciskając.
On w mgnieniu oka podniósł mnie i usadził znów na swoich kolanach. Ręce złożył na moich pośladkach zaciskając energicznie nie przestając całować.
Złapałam dół jego bluzy i zgrabnie pociągnęłam w górę. On mi w tym pomógł, gdyż już po chwili był bez bluzy i bez koszulki pod spodem. Przewróciłam do w tył przyglądając się dobrze zbudowanej klacie. Pociągała mnie tak bardzo, że to jest szok. Szybko pochyliłam się składając na jego klacie delikatne buziaki. Jeff złapał mnie za pośladki delikatnie zaciskając.
Po chwili jednak pozycja znów się zmieniła, położył mnie na łóżku i znalazł się nade mną. Całował mnie po szyi zjeżdżając w dół.Zdjął mi najpierw jedno ramiączko, następnie drugie. Gładził po ramieniu zostawiając musknięcia ust.
W mgnieniu oka rozejrzał się po pokoju i złapał z ziemi pościel. Przykrył się nią jak i również przykrył mnie.
Leżeliśmy tak bardzo długo, jednak w okamgnieniu straciłam z siebie górną część bielizny. Następnie spodnie jak i bokserki Jeffa, potem moje majtki.

Ta noc była najlepszą. Nikt nie przeszkadzał i w końcu zrobiłam to z kimś, przed kim nie płakałam, by mnie zostawił. Chciałam zrobić to z kimś, na kim strasznie mi zależy. No i chyba mi się udało..

Następnego dnia rano obudziłam się w jego objęciach.



***
No i jest x,x
Jeszcze raz przepraszam za nieobecność (:

Pozdrawiam.
~/Eme.





poniedziałek, 29 grudnia 2014

Rozdział 7

Jeff zaparkował kawałek przed lasem. Wysiadł i zaszedł mnie od drzwi pasażerskich. Przez całą drogę milczeliśmy.Otworzył mi drzwi, ja w tym czasie zdarłam z siebie koc i odpięłam pas. Wysiadłam osłabiona. Pobita i zmęczona powędrowałam w stronę mojego domu.
Jeff podbiegł do mnie, złapał za rękę delikatnie.
-Zostań u mnie.- Odparł patrząc mi w oczy.
-Tylko dziś. -Dodałam, idąc w przeciwnym kierunku.
On szedł za mną łapiąc mnie co chwilę. Byłam strasznie słaba.
-Może Cię zaniosę?- Zapytał w połowie drogi.
-Dam radę sama.- Odparłam oschle i poszłam do przodu.
On jednak nie odpuścił. Zaszedł mnie od tyłu. Wziął na ręce i jak pannę młodą zaniósł do piwnicy. Tam posadził mnie na kanapie, sam natomiast krzątał się w kuchni, by przygotować mi coś  do zjedzenia.Przez cały ten czas mnie obserwował, więc wiedział doskonale co robiłam.
-Jeff nie mam się w co ubrać..- Odparłam po chwili orientując się, iż ubrania mam w domu.
-Przyniosę Ci moją bluzę. Albo Sally z Jane Ci coś pożyczą. Zaczekaj.
Nim się zorientowałam Jeff zniknął w korytarzu. Podniosłam się więc. Ujrzałam na ziemi apteczkę. Przypomniałam sobie po chwili wszystko. Wszystko co Jeff dla mnie zrobił. To jak się starał.
-Shadow Shadow Shadow.- Odpowiedziałam. Nim dobrze się rozejrzałam starzec był już przede mną.
-Połóż się na plecach, zaciśnij ręce i szczękę. Może zaboleć.- Odparł poprawiając płaszcz. Zrobiłam wedle jego życzenia.
Nagle wszedł Jeff razem z Sally i Jane
-Ej, co Ty jej robisz Stary? Zostaw i się odsuń!- Krzyknął podbiegając i szarpiąc Shadow'a.
-Jeffrey Woods. -Odparł Starzec odpychając od siebie mleczno-skórego  chłopaka i poprawiając płaszcz.- Jestem tu w celach roboczych. Twoja Dziewczyna poprosiła mnie o pozbycie się skrzydeł. Chyba chce do was wrócić.
Na słowa ''Twoja Dziewczyna'' Jeff jak i również ja zarumieniliśmy się. Spojrzeliśmy po sobie. Jeffrey się uśmiechnął a ja zagryzłam wargę i odwróciłam głowę.
-Więc on Ci wytnie skrzydła?- Zapytał Jeff kierując swe pytanie w moją stronę.
-Raczej tak. -Odparłam.
-To my znajdziemy Ci coś do ubrania.- Palnęła Jane szarpiąc Sally za rękę, by też się odezwała. Ta jakby była nieobecna.
-T..Tak. O..Ok. Poszukam. - Syknęła wychodząc. Za nią wyszła Jane.
-A ja zostanę.- Zagabnął Jeff.
-Wyjdź chłopcze. - Odparł Shadow wyrzucając go z pomieszczenia.
Od razu zabrał się do roboty. Odsunął się i rozciął bluzę na plecach. Skrzydła się ujawniły.
-Aby na pewno chcesz się ich pozbyć? Taki okaz. Czarno-Białe skrzydła to rzadkość i to baaardzo wielka. Jesteś pierwszą osobą, jaką widzę z takimi skrzydłami.
-Wytnij. - Odparłam stanowczo.
-Wiesz, one mogą Ci się bardzo przydać. Mogę pomajsterkować tak, że będą jak na życzenie. Dużo Ci moją dać, a co najważniejsze lata życia.
-Tyle że ja nie chcę żyć, nie rozumiesz?- Odparłam.
-Dlaczego się nie zabijesz?- Zapytał.
-Boję się. - Wytłumaczyłam chowając głowę w poduszkę.
-Oj, Maleńka, Maleńka, Ty jeszcze mało wiesz o życiu.
-Nie mów tak do mnie.
-Młodziutka Młodziutka lepsze?- Zaśmiał się.
-Nie jestem aż taka młoda, poza tym jestem już dorosła.- Nafuczyłam się.
-W porównaniu do mnie jesteś smarkaczem jakich mało.- Znów się zaśmiał.
-Tak? To ile masz lat?- Zapytałam.
Shadow spoważniał, ale odpowiedział.
-Około 500 lat. Nie pamiętam, nie liczę już.
Milczałam nie dowierzając jego słowom.
-Trudno uwierzyć prawda? - On chyba był w dobrym humorze bo co chwilę się śmiał.
-No dobra, to mi je 'zaczaruj'..- Dodałam.
Shadow zaczął swoje modły. Dosłownie jak Jana, tyle że jego brzmiały całkiem inaczej. Nic z tego nie rozumiałam. To był jakiś inny język..
-Na jakie słowo mają reagować?- Zapytał po chwili.
-To jest coś jak hipnoza? - Odpowiedziałam pytaniem.
-Powiedzmy. Na jakie słowo mają się pojawiać? A na jakie znikać?- Znów zapytał. - Mam dwa słowa, na które reagują moje skrzydła.
Po chwili przerwał modły.
-Pokażę Ci moje skrzydła.- Odparł.- 'Shikoni' - Dodał. Z jego kręgosłupa wyrosły dwa czarne skrzydła.-A teraz się ich pozbędę.
-'Edin' - Odparł a jego skrzydła zniknęły.
-Woooow ja też tak chcę. Też te słowa.- Odparłam zaszokowana.
-No dobrze. -Odpowiedział Shadow zaczynając modły od początku. Trochę śmiesznie, bo gdy mówił te słowa, pojawiały się i znikały jego skrzydła.

Minęła godzina. Trochę jęczałam z bólu.. Shadow wbijał mi kosę w plecy. No, ale już jest po wszystkim. Położyłam się spać, gdyż byłam strasznie zmęczona. Shadow podał mi z szafki jakąś bluzę Jeff'a, bym mogła się czymś okryć.
Starzec poszedł do reszty moich znajomych, by z nimi pogadać.  Jeff od razu zjawił się w piwnicy. Sprawdził co robię, a gdy zorientował się, że śpię położył się za mną obejmując ramieniem.
Nie spał, bo nie może ze względu na to jak wygląda. Co jakiś czas sapałam przez sen a Jeff w tym czasie pochylał się nade mną i sprawdzał czy nadal śpię. W pewnej chwili pocałował mnie w czoło.
-Nic Ci nie grozi. Cii.. Śpij Aniołku.-Szepnął mi do ucha wtulając się w moją szyję. Byłam owinięta bandażami jak i jego bluzą. Nie miałam jej założonej, po prostu byłam nią przykryta. Nie miałam koca ani pościeli, tylko bluzę.
Jeff otarł ręką po moim udzie. Miał szorstkie ręce. Dostałam gęsiej skórki. Ocierał dalej delikatnie muskając ręką o nogę. Co jakiś czas całował mnie po ramieniu.
W drzwiach oddzielający korytarz, prowadzący do sali a piwnicę zamieszkaną przez Jeff'a stanął Laughing Jack.
-Ja to bym już zamoczył.- Odparł z uśmiechem na twarzy.
-Nie jestem Tobą.- Syknął Jeff odklejając się ode mnie. Zrobiło mi się zimno, więc się przebudziłam.
Rozglądałam się po piwnicy. Za mną siedział Jeff i wpatrywał się w moje ciało. Jack również patrzył jak zaczarowany.
Nim się zorientowałam, że Shadow zrobił mi psikusa i zamiast kulturalnie zapiąć mi stanik, zostawił odpięty. Ten zsunął się podczas gdy się podniosłam jak i również bluza Jeffa.
Wpatrywałam się w dwóch panów zalanych rumieńcami. Sama też spaliłam buraka.
Nim zdążyłam zasłonić piersi bluzą, zza Jack'a wyszedł Toby.
-Ulala.- Zaśmiał się.- Ale macie widoki..- Dodał także wpatrując się w moją osobę.
Jeff szybko zareagował. Usiadł przede mną i zasłonił mnie.Szepnął coś w stylu 'Ubierz się' a sam zabijał wzrokiem chłopaków.
-Wypad! Już! - Krzyknął. Ja w  tym czasie zakładałam bluzę. Gdy Jeff zauważył, że jestem w cenzuralnej strefie wstał i wyprowadził zaciekawionych gapiów. Toby wychodząc dodał, iż mam 'fajne balony', jednak to zignorowałam. Zauważyłam, że Jeff się rumienił jak i również ja.
Na pewno na sali zaczną się plotki na mój temat, bo to normalne. Taką informacją trzeba się podzielić.
-Eme.. Jesteś zmęczona?- Zapytał Jeff po chwili ciszy.
-Nie już nie..- Dodałam oschle.
-Nadal mnie nienawidzisz? - Znów zapytał lekko załamany. Podszedł do mnie i usiadł obok. Cały czas patrzył mi w oczy.
To zadziwiające. Jest jedyną osobą jaką znam, która podczas rozmowy ze mną, patrzy mi w oczy. No i jedyną też osobą której tak strasznie na mnie zależy.
Dla mnie Jeff był jak przyjaciel. Szczerze? Na razie nie chcę z nim być. Boję się, że wszystko się zepsuje.
-Nie.- Dodałam pod nosem. Ku mojemu zdziwieniu on od razu się na mnie rzucił. Przytulił mnie i ściskał. Byłam zaszokowana jego zachowaniem.-Bo mnie udusisz zaraz noo... - Dodałam odklejając się od niego.
On jednak przysunął się i delikatnie mnie przytulił. Tak to ja mogę się przytulać. Odwzajemniłam uścisk.

***
Następnego dnia wstałam, rozciągnęłam się i rozejrzałam po piwnicy. Miałam na sobie czarne majtki i białą bluzę Jeff'a. Dziwi mnie ile on ich ma. Spojrzałam na chłopaka. Leżał wtulony we mnie i patrzył na mnie, co robię. Uśmiechnął się do mnie, jak i również ja do niego.
-Dzień Dobry Aniołku :)
-Dzień Dobry Diabełku, hah - Zaśmiałam się.
-Wiesz, jesteśmy jak yin i yang.- Odparł Jeff.
-Czemu tak uważasz?- Zapytałam zaszokowana.
-Przecież przeciwieństwa się przyciągają no nie? - Wytłumaczył. Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Położył się na mnie i zaczął gilgotać. Śmiałam się. Byłam wtedy szczęśliwa, że mam kogoś przy sobie.
Sprawdziłam godzinę, była 10:35.
-O matko, zaspałam. - Po czym wstałam i szybko wybiegłam z piwnicy pędząc w stronę domu.
Jeff zorientował się po chwili, co właśnie zrobiłam i wybiegł za mną.
Gdy dobiegłam już do drzwi mojego domu, ktoś krzyczał za mną, wołał mnie.Odwróciłam się i ujrzałam Jeffa dobiegającego tuż do mnie. Spojrzałam na niego a on na mnie.
-O co chodzi?- Zapytałam po chwili.
On nic nie odpowiedział pochylił się nade mną i pocałował w usta.
Były szorstkie. Na początku się wystraszyłam, jednak odwzajemniłam pocałunek. Nasze usta ocierały się o siebie nawzajem.
Przechodnie tylko stały i obserwowały całe to 'zdarzenie'. Jedna kobieta rozpoznała Jeff'a i zadzwoniła po gliny. My zdezorientowani całowaliśmy się dalej.
W pewnej chwili odsunęłam się od niego.
-Wow, świetnie całujesz.- Odparł Jeff patrząc mi w oczy.
-Dziękuję, wzajemnie.- Odparłam z uśmiechem.- Muszę już iść..- Dodałam dając mu buziaka w policzek. Weszłam do domu i zamknęłam drzwi. Zajrzałam przez okno, byłam ciekawa jego reakcji.
Chłopak zadowolony szedł w stronę lasu podskakując co trzeci krok. Zaśmiałam się i poszłam na górę. W moim pokoju siedziała mama.
-Wieczorem pogrzeb ojca. Przygotuj się jakoś.- Dodała ze spokojem w głosie.
-Muszę tam iść?- Zapytałam z niechęcią w głosie.
-Oczywiście, to Twój Ojciec.- Odparła stanowczo matka.
-To ja idę na zakupy.- Dodałam.
Założyłam czarne, wysokie ponad kolana skarpety, do tego białe trampki, jeansowe spodenki i luźną bluzkę. Wzięłam portfel ojca, który był u niego w kurtce. Zawsze pozwalał mi coś kupować za jego kasę. A teraz chyba portfel idzie do mnie w spadek no nie?
Wyszłam z domu i poszłam w stronę miasta.
Po drodze spotkałam znajomą ze szkoły.
-Cześć. Gdzieś Ty była? Przykro mi z powodu ojca. A Ciebie co? Porwali? Rany współczuję Ci. Ten Jeff był u Ciebie no nie? On chyba jakiś wymyślony jest pewnie. Przecież on nie istnieje.A Ty co o Tym sądzisz?- Gadała.
-Ja? Muszę iść. Cześć.- Odparłam. Wyminęłam ją i poszłam dalej. Planowałam po pogrzebie iść na imprezę.Tak się najebać i zapomnieć o wszystkim. Ooo tak.
Rozejrzałam się po sklepach. Na wystawie jednego z nich była przepiękna sukienka.
(Która wygląda o tak )
Weszłam do sklepu by ją kupić, jednak nie było mnie na nią stać. Przeliczałam chyba z 5 razy pieniądze, jednak nadal brakowało mnie 400 zł.
Na szczęście w tym samym sklepie znalazłam buty, idealne do tej sukienki, bynajmniej dla mnie.
Na nie, było mnie stać. Kupiłam je od razu, przymierzając wcześniej kilkanaście razy.
Nadal było mi przykro z powodu sukienki.
Wyszłam ze sklepu i poszłam dalej na zakupy.
Kupiłam nowe zestawy kosmetyków, bym miała czym się pomalować.
Po dwóch godzinach szukania nie znalazłam odpowiedniej sukienki. Postanowiłam więc wziąć  jakąś z moich. Gdy wracałam, na wystawie tego sklepu nie było już mojej sukienki. No trudno.

Weszłam do domu i od razu poszłam na górę. Otworzyłam drzwi do pokoju a na spalonym łóżku stał czarny prezent owinięty morską wstążką.
Położyłam zakupy na ziemi i podeszłam do prezentu. Otworzyłam delikatnie, by nie rozwalić niczego.
W środku znajdowała się ta śliczna sukienka, w odpowiednim dla mnie rozmiarze i list.
Wzięłam więc list, otworzyłam i czytałam.
Droga Emeli                                                                                                                          Widziałem, że strasznie podoba Ci się ta sukienka. Nie śledziłem Cię, po prostu przechodziłem obok. W sklepie dowiedziałem się, że byłaś tam i przymierzałaś. Sprzedawczyni mówiła, że wygląda ona na Tobie prześlicznie, ale była za droga. Buty wybrałaś do niej idealne. Tylko co to za strój bez sukienki? Myślę, że prezent się podoba. Rozmiar powinien się zgadzać. Miłego pogrzebu.                                                                                                                                                    Twój Jeff
 Odłożyłam kartkę zaszokowana. Wyciągnęłam sukienkę z pudełka i od razu zabrałam się za przymiarkę. Buty idealnie pasowały do sukienki. Tylko teraz makijaż... Tym akurat się nie martwiłam. Delikatny makijaż, podkreślający oczy myślę, że wystarczy.
Jest godzina 15:35. A pogrzeb o 17:00. Co by tu porobić?
Przejrzałam wszystkie ubrania w poszukiwaniu mojej skórzanej kurtki.

()
Postanowiłam, że przejdę się jeszcze do Jeff'a, przed całą tą 'imprezą'/
Wyszłam z domu ubrana w sukienkę, buty, umalowana, no po prostu gotowa.
Nie wiedziałam jednak, że jestem obserwowana przez tajniaków.
Zadowolona poszłam do piwnicy Jeff'a. 
Tajniacy w tym czasie wezwali posiłki. Wiedzieli, że to tutaj ukrywa się Jeff.

-Jeff, jak wyglądam?- Zapytałam zadowolona.
On się uśmiechnął.
-Świetnie Aniołku.
-Poza tym, dziękuję Ci za sukienkę. Nie musiałeś..- Odparłam. Czułam się zadłużona. Przecież winna mu jestem 700 zł !!!
-Drobiazg. Dla mnie to nie problem.- Odparł po czym się uśmiechnął.

Czas mijał, my siedzieliśmy i rozmawialiśmy o niczym. Czasem daliśmy sobie jakiegoś buziaka. Nic więcej.
W pewnej chwili ktoś z kopa wywalił drzwiczki do piwnicy. Jeff się zerwał w mgnieniu oka. Na dół zbiegli funkcjonariusze z bronią w rękach. Na czele nich stał główny dowodzący tą sprawą.
-Wreszcie go dorwiemy. Dzięki Emeli, za pomoc.- Odparł po chwili z uśmiechem.
-Co? Ty im pomogłaś tu się dostać? - Jeff popatrzył na mnie zawiedziony.
-Co? Nie. Nie znam ich.- Tłumaczyłam się. Jednak chyba na marne, bo on mnie w ogóle nie słuchał. Teleportował się do sali by wszystkich ostrzec.
-Gdzie on jest?! Znowu nam zwiał!- Wściekał się funkcjonariusz. -To Twoja wina, Ty głupia suko! - Skierował swoje słowa w moją stronę, po czym strzelił mi w twarz.
Wszyscy wyszli. Jeff znów się zjawił. Zobaczył, że dostałam z liścia i sam strzelił mi z drugiej strony.
-Wynoś się stąd. Słyszysz? Wypad! - Krzyczał na mnie. Zabrałam swoje rzeczy  i wyszłam. Zdjęłam buty i pobiegłam w stronę domu..
Jest 16:55. Zaraz odbędzie się pogrzeb. Ogarnęłam się, założyłam buty, delikatnie związałam włosy i poszłam. Na piechotę miałam jakieś 2km, jednak nie pojechałam samochodem. Spacer nikomu nie zaszkodzi. 
Gdy doszłam do kościoła msza już trwała. Weszłam do środka z poważnym wyrazem twarzy. Oczy wszystkich skierowały się w moją stronę. Wszyscy patrzyli na mnie. Matka była zła, że odstawiam sceny ale miałam to gdzieś. Usiadłam w 7 rzędzie i wsłuchiwałam się  w swoje myśli, nie w to co mówił Ksiądz.
Wszyscy zaczęli płakać. Ja się śmiałam. Cieszyłam się, że on już nie żyje. Że już nikt nie będzie mnie męczył.
Po mszy wszyscy poszli na stypę. Ja sobie odpuściłam. Powędrowałam do clubu.Tam od razu zamówiłam 4 kieliszki wódki. Wypiłam wszystkie od razu. Ktoś zapraszał mnie do tańca, odmówiłam. Wypiłam jeszcze 4 kieliszki i wyszłam.  Znów wybrałam się na spacer.
Myślałam cały czas o Jeff'ie i o tym zdarzeniu.Postanowiłam iść do niego by to wszystko wyjaśnić.
Szłam przez las. Akurat znajdowałam się przy domu dziewczyn.  Stanęłam za ścianą, bo słyszałam czyjeś kroki.
-Nie wierzę, że ona nas wydała.- Mówiła Jane.
-A ja tak.. Nigdy jej nie ufałam i nie mam zamiaru jej ufać.- Syczała Sally.
-Oj weź, jest bardzo miła. - Broniła mnie Jane.
-I tak jej nie ufam. Zabrała Ci Jeffa. Od razu jak się pojawiła, zaczęły się kłopoty. A teraz co? Przez nią musimy się wyprowadzać. To chore.
Zapomniałam dodać, że Sally nauczyła się nowej magii. Laleczki voodo. W każdej chwili może rzucać Tobą o ścianę.
-Jest idiotką, która myśli, że gdy tylko się pojawi, wszyscy będziemy jej przyjaciółmi. To żałosne. Ona ogólnie zachowuje się jak idiotka. Marnuje tylko niezbędny dla nas tlen. Może ją też wykończymy? Będzie fajnie. O jednego przygłupa mniej. Nie lubię aniołów, więc dla mnie to i nawet lepiej. Widziałaś co ona sobie robi? Tnie się. To chore. Jak można się ciąć? A jej ojciec? Pewnie go kusiła albo sama zaciągała do łóżka. Ale nieee.. To ojciec ją gwałci. No pewnie. Co jeszcze nazmyśla? - Dalej gadała Sally.
Nie mogłam już tego słuchać. Jej kłamstwa i obelgi kierowane do mojej  osoby.Wyszłam więc zza ściany stając z nią twarzą w twarz.
-Coś jeszcze masz mi do powiedzenia?- Zapytałam poważna.
-O popatrz Jane. Jeszcze nas podsłuchuje.- Odparła Sally z obelgą w głosie.
-Sally daj spokój...- Szarpała ją Jane. Czarnowłosa wiedziała jaką mam siłę. Sally jak widać sama chciała jej doświadczyć.
-No słucham. Coś jeszcze masz do powiedzenia?- Powtórzyłam pytanie.
-Oj dużo. Kłamczucho.- Odparła.
-A ja Ci powiem tak. Nic o mnie nie wiesz. Więc po chuj komentujesz? - Odparłam dając jej plaskacza z całej siły.
Sally oddała mi ciągnąc za włosy.
To chore. Jak ona śmie?
-Shikoni.
Pojawiły się moje skrzydła. 
-I co teraz zrobisz Sally?


/Eme ♥

wtorek, 16 grudnia 2014

Rozdział 6

***
Do opowiadania dochodzi kolejna postać, którą znaleźć możecie w zakładce 'Bohaterowie' :)
***

Zbliżał się wieczór. Wstałam z dachu i zrobiłam krok do przodu. Spadając na ziemię rozłożyłam skrzydła i poszybowałam w górę.
Wylądowałam przed piwnicą Jeffa. Bałam się tam wejść po tym wszystkim. Z drugiej strony chciałam. Bijąc się z myślami postanowiłam, że wejdę.Założyłam kurtkę.
Zajrzałam do środka, nikogo nie było. Wzięłam swoją torbę i ubrania. Zmierzałam ku wyjścia, gdy nagle ktoś złapał mnie za rękę.Obejrzałam się i ujrzałam go. Stał zakrwawiony ze łzami w oczach.
-Zostawiasz mnie?- Zapytał po chwili.
-Zostaw mnie, jeszcze coś Ci zrobię.- Wyszarpnęłam swoją rękę i skierowałam się do wyjścia.
-Ale Eme, zaczekaj. Znaleźliśmy wyjście z całej tej chorej sytuacji.. Możemy Ci pomóc..- Odparł Jeff załamując głos co chwilę.
-A może dobrze jest tak jak jest?! Może mi się podoba?! - Odkrzyknęłam. Prawdą było, że bałam się tego. Bałam się moich skrzydeł. Już nie będę normalną osobą, no nie? Chcę być normalna!
-Cz..Czyli chcesz mnie nienawidzić? A co z tym co było między nami co?! To też pójdzie na marne?!- Dodał Jeff powstrzymując łzy. Bolało go to. Widać było po nim, że moje słowa trafiły prosto w te skamieniałe serce i rozbiły skorupę. Jeff znów był normalny? Oj chyba nie..
Spojrzałam na niego. Był zły. To znaczy, że nie rozbiłam jego skorupy, tylko go zdenerwowałam. Wybiegłam z piwnicy już gotowa do odejścia. On wybiegł za mną z uśmiechem.
-Nie tak prędko aniołku.- Odparł śmiejąc się i patrząc psychopatycznym wzrokiem.
Położyłam torbę na ziemi i zdjęłam kurtkę. We mnie też coś pękło. Byłam znów gotowa go zabić. Wymachiwałam skrzydłami, by wiedział, że nie jestem słaba. On jednak wyciągnął nóż. Mówił poważnie?
W jednej chwili rzucił się na mnie, gdy byłam zdezorientowana. Przyłożył mi nóż do gardła i wiedziałam że zaraz wykona ostateczny ruch. Odpuściłam. Nagle moje skrzydła zniknęły. Leżałam nieruchomo. Nie szarpałam się.
-Jesteś łatwiejsza niż mi się zdawało. HAHAHAHA- Zaczął śmiać się Jeff. Siedział na mnie i patrzył mi w oczy. One wróciły do naturalnego koloru. To było dziwne.
Byłam gotowa umrzeć. Nie chcę już tu być. Jako człowiek miałam swoje własne zasady. A teraz? Nic. Totalnie nic. Czekając na koniec mojego nędznego życia wypuściłam tlen. W końcu i tak mnie zabije..
-Hahahaha, nie dziwię się, że Ojciec Cię tak szybko brał hahahahaha. Łatwa jesteś. Naprawdę. Może zanim Cię zabiję, sam wypróbuję.- Dodał Jeff odkładając nóż. Zaczął rozpinać spodnie. 
Łapiąc oddech powstrzymywałam płacz. Najpierw ojciec.. Teraz on? Czy ja naprawdę nie będę żyła w spokoju?
On śmiał się w niebo głosy. Zaczął zdejmować mi koszulkę. Odwróciłam wzrok by na to nie patrzeć.On po chwili przestał. Patrzył na mnie zaszokowany. Po moim policzku łzy bawiły się w wyścigi. Jedna ścigała się z drugą a za nimi kolejne.
Otarł je szybko, zdjął swoją bluzę. Zamknęłam oczy zaciskając je mocno. Jednak nie. Nie wydarzyło się to co najgorsze może wydarzyć się dziewczynie.On zszedł ze mnie. Podał mi bluzę pomagając założyć. Spojrzałam na niego jak na skończonego idiotę.
-Ty kretynie! Nienawidzę Cię.! - Krzyczałam szarpiąc go.
-E..Eme ja nie chciałem. J..Ja nie wiem c...co się właściwie stało..- Tłumaczył łapiąc mnie za nadgarstki. Naplułam mu na twarz.Dla mnie był już skończony.
-Zostaw mnie! Słyszysz?! Zostaw  w spokoju! Zapomnij!- Krzyczałam na niego. On siedział i patrzył na mnie jakby nie rozumiał. Nadal mnie trzymał mocniej naciskając.-Puszczaj! - Dodałam.
Nic nie pomagało. On miał  łzy w oczach, ja już płakałam. Wreszcie padłam z sił. On mnie puścił. Wstałam, założyłam kurtkę w razie czego i zawieszając torbę na ramieniu pobiegłam w stronę swojego domu.
Nie odwracałam się. Gdyby biegł za mną, usłyszałabym jego kroki.
***
Dobiegłam. Wbiegłam do domu i powędrowałam na górę. Oczywiście mój pokój był przecież spalony. To nic. Weszłam do środka. Zamknęłam drzwi i usiadłam w kącie. Wyciągnęłam nóż. Cięłam nowe rany. Coraz głębsze. Takie, które pomogłyby mi się stąd wynieść w końcu!
Patrzyłam na moją krew. Była taka piękna. Ten odcień.. Taki ciemny. Lubiłam ciemne kolory.
Nagle do pokoju wbiegł Jack. Eyeless Jack.
-Eme? Co Ty znowu wyprawiasz?!- Zaczął podbiegając do mnie. Rozerwał kawałek swojej bluzy i obwiązał mi ranę. Siedziałam skulona i płakałam. 
-Zostaw mnie! Wszyscy się odwalcie! Było dobrze, jak was nie było!- Krzyczałam.
-Ale Eme.. Posłuchaj. To dzięki nam, Twój ojciec jest już w Hadesie. - Tłumaczył.
-Spadaj. - Odpowiedziałam krótko.
-Eme, co on Ci zrobił?- Zapytał spokojnie.
Nic nie odpowiedziałam. Do oczu napłynęła mi kolejna fala łez. Miałam ochotę to wszystko zakończyć. Przeciąć sobie gardło. Niech wszyscy patrzą, co ze mną zrobili.
-Emeli, on nie chciał. Działam zawsze najpierw robiąc, potem myśląc. Musisz mi uwierzyć. On Cię naprawdę kocha..- Tłumaczył Jeffa.
-Kłamiesz. A teraz wyjdź. Nie chcę z wami rozmawiać!
Jack wedle mojego życzenia wyszedł i już nie wrócił.


Przez cały weekend siedziałam w tym samym miejscu. Nic nie jadłam, nie piłam, nie robiłam.Po prostu siedziałam i zastanawiałam się, jak to wszystko skończyć. Z nowymi znajomymi nie utrzymywałam żadnego kontaktu.Zeszłam na dół. Chciałam wziąć butelkę wody i znów zamknąć się w pokoju. Dziwi mnie to, że przez ten czas nie przyszła mama.
Sięgnęłam do lodówki, wyjęłam wodę i poszłam na górę. Mama w tym czasie rozmawiała z kimś na progu. W połowie mojej podróży zawołała.
-Emeli, możesz zejść na chwilę?!
Zeszłam więc.
-O co chodzi?- Zapytałam ściskając butelkę wody w rękach.
-Masz gościa. - Odparła otwierając szerzej drzwi. Ujrzałam tam jakiegoś faceta.
-Witam.. My się znamy?- Odparłam zdziwiona.
-Emeli Rockbell. Miło Cię widzieć. Mogę wejść? Ja w sprawie Twojej ręki. Twój przyjaciel mnie przysłał.- Wytłumaczył.
Mama uśmiechnęła się na słowo 'przyjaciel'. Wpuściła gościa  do środka. Poszłam na górę a on za mną.
Gadał coś pod nosem. Weszłam do pokoju i usiadłam w moim stałym miejscu. On zamknął drzwi i usiadł na spalonym łóżku.
-Bardzo ładny pokój.- Odparł.
-Czego chcesz?- Zapytałam wprost. 
-Słyszałem, że jesteś przeklęta. Czyżby Jana tu była?- Zaczął się śmiać. Zdjął kaptur. Był kościsty! Zamiast twarzy widniała czaszka a zamiast ciała szkielet. Okropny widok. 
-Ta. Coś jeszcze?- Odparłam zniechęcona rozmową z kimkolwiek o czymkolwiek.
-Twój ojciec tu leży? Widziałem go w Piekle.
-Co mnie to interesuje..- Dodałam spławiając go.
-Wiem co Ci robił. Wszyscy wiedzą. Wiemy o Tobie wszystko Emelli Rockbell.- Na te słowa wzdrygnęłam się i spojrzałam na niego.-No dziecko, pokaż te Twoje skrzydełka.- On wstał. Podszedł i kucnął przede mną.
Wstałam. Zdjęłam kurtkę. Skrzydła się nie pojawiały. On pstryknął a w jego ręku pojawiła się kosa. Zgrabnym ruchem przeciął mi bluzę i stanik nie udrożniając skóry. Nagle pojawiły się skrzydła. W pierwszej chwili się wystraszył. One szybko mnie okryły.  Owy 'człowiek' zaczął sprawdzać moje łopatki. To właśnie z nich wyrosły skrzydła. Na brzegach, jakby granicach moich skrzydeł były rany. Zaczął ich dotykać. Syczałam.
-Nie boli Cię to?
-Auć. Boli. Przestań!- Krzyknęłam. W tej samej chwili moje skrzydła zrobiły ruch obronny. Zdmuchnęły tego kolesia przewracając go.
Starzec wstał, otrzepał się i mamrotał coś pod nosem.
-Mogę Ci je wyciąć.- Odparł po chwili.
-Naprawdę? Czyli będę znów normalna?-Zapytałam uradowana.
-W nocy będziesz miała bóle i dwa ślady po cięciu. A tak, to normalna..-Wytłumaczył.
-Pomyślę.-Odparłam.
-Dobrze. Jak coś, wezwij mnie. Krzyknij 3 razy ''Shadow, Shadow, Shadow'' a zjawię się.- Odpowiedział, po czym zniknął.
Stałam w pokoju całkiem sama. Sięgnęłam do szafki po nową bieliznę i bluzę. Założyłam a skrzydła zniknęły.
 Właściwie nie przeszkadzały mi. Teraz nawet gdy byłam w staniku, nie pojawiały się. 
Usadowiłam się znów w kącie mojego ciemnego pokoju. Zgasiłam światło i patrzyłam na ciemność. Płakałam cicho, by nikt nie słyszał..Nawet nie pamiętam kiedy zasnęłam.

Następnego dnia postanowiłam się ogarnąć. Umalowałam kosmetykami mamy, uczesałam, ubrałam i gotowa na nowy dzień- poniedziałek, zabrałam ubrania robocze i poszłam na przystanek. Poprawiłam torbę na ramieniu. Sprawdziłam wyświetlacz telefonu. Była godzina 5:15. O 5:25 miałam autobus do pracy. 
Usiadłam na ławeczce. Czekałam w skupieniu rozglądając panicznie czy czasem ktoś nie idzie. Czułam na sobie czyjś wzrok. Tylko nie wiedziałam czyj.
Założyłam słuchawki  i włączyłam muzykę. Akurat na kolejce była Nightcore- I Won't Give Up.
Bardzo lubiłam tą piosenkę, więc w myślach śpiewałam razem z nią.

When I look into your eyes
It's like watching the night skyOr a beautiful sunriseBut there's so much they holdAnd just like them old starsI see that you've come so farTo be right where you are
Nagle zauważyłam grupkę osób. Zamilkłam więc czekając aż przejdą, by znów pośpiewać.Na marne. Okazało się, że byli to dzielnicowi 'Zbóje'.Zasadę mieli jedną. Jeśli im podpadniesz, po Tobie.
Siedziałam więc w ciszy aż pójdą sobie z tego przystanku.W pewnej chwili gotowa byłam nawet iść na następny. Zauważyłam jednak, że podjechał samochód.  Nie komentowałam, chociaż miałam ochotę.
Oni nie wsiadali. Kierowca wysiadł ,przywitał się i podeszli do mnie.
-Mała, podwieźć Cię gdzieś?- Zapytał jeden  cwaniak. Milczałam. Spojrzałam na nich z ławki i znów zatopiłam się w ekranie telefonu. Oni zaczęli mieć pretensje że ich olewam. Jednak nie okazali tego.
Ten sam, który zagadał złapał mnie za ramię. Zaczął szarpać.
-Słuchaj. Albo zrobisz co Ci każemy, albo giniesz.- Odparł surowo.
-To ja wolę zginąć niż wam usługiwać.- Odpowiedziałam spokojnie. To fakt, już nic mnie tutaj nie trzyma.
Oni jednak nie cieszyli się z kolejnej ofiary to zabicia. Zaciągnęli mnie do auta. Zawiązali oczy opaską, bym czasem nie widziała gdzie jedziemy.

Po około 10 minutach byliśmy już na miejscu.A wiecie gdzie?! Oczywiści na ruinach Jeffa. Jego chyba nie było 'w domu', gdyż mimo moich krzyków, nikt mnie nie usłyszał. Szarpałam się. Bardzo dobrze znałam ten las.Jak na złość było ich 5.
Jeden z nich chwycił mnie mocno za ręce. Miałam tam świeże rany. Bolało jak cholera. Skuliłam się przy jego uścisku. Drugi z kolesi rozpiął mu rozporek. Zacisnęłam zęby. Na pewno nie!!
Piszczałam, krzyczałam. Oni ciągnęli mnie za włosy, za ubrania. Gdy już nie zgodziłam się na loda koleś zaczął mną szarpać. Krzyczałam. Bolało mnie kopanie po żebrach, zwłaszcza z każdej strony.Z drugiej strony chciałam umrzeć. Jednak liczyłam na szybką śmierć a nie męczarnie.
Po krótkiej zmowie postanowili mnie sobie przywłaszczyć. Poszli w stronę samochodu. Jeden wysoki trzymał mnie za włosy i ciągnął do samochodu. Już nie wiedziałam, czy sama się mam zabić, czy oni zrobią to za mnie.
Całkiem zapomniałam o tym staruchu, który mnie nawiedził.. Może on by mi pomógł..Chyba coś ze mną nie tak, gdyż chciałam załatwić coś sama.
W aucie oni przyłożyli mi jakąś szmatę do ust. Nie pamiętam trasy.

Przebudziłam się w jakiejś starej piwnicy. Sprzęt i wszystko były przygotowane. W rogu zauważyłam klatkę. Czy ja wyglądam na szczura? Nim zdążyłam dokładnie przyjrzeć się, gdzie właściwie jestem, oni wpakowali mnie do klatki. Całkiem jak jakąś szmatę. W podartej bluzie i majtkach. Było tu strasznie zimno. Trzęsłam się jak bym miała padaczkę. Nadal czułam na sobie wzrok, mimo, iż nikogo tu nie było. Moi 'nowi koledzy' poszli gdzieś, sama nawet nie wiem gdzie. Skuliłam się w kącie i milczałam. Nagle zorientowałam się, że jest tutaj jakiś nacięty fragment klatki. Podciągnęłam rękaw bluzy i przejechałam dość porządnie po nim. Gdy ujrzałam swoją krew- ulżyło mi..

Po chwili oni wrócili. 
Ogólnie jest ich 5. 
Trzech z nich wyszło, zostawiając mnie z tą dwójką, akurat najgorszą ze wszystkich całkiem samą. Zdenerwowana, gdyż nie wiedziałam co knują rozglądałam się panicznie, by w razie czego, zapamiętać chociaż fragment tego pomieszczenia. Jeden z nich otworzył klatkę.
-Kici Kici Koteczku- Zawołał drugi po czym wszedł do środka. Założył mi pasy na ręce i wyciągnął siłą ze środka. Położył na jakimś metalowym łóżku i związał. 
W pewnej chwili z okolic okien dachowych usłyszałam trzask beli. Jeden poszedł zobaczyć co się dzieje a drugi zatykał mi właśnie buzię jakąś szmatą.
-Nie martw się, to nie zaboli. Dziewica?- Zapytał po chwili. Nie odpowiedziałam. Co za tuman, miałam szmatę w buzi...

Po około 20 minutach ten drugi nie wracał. Tuman poszedł sprawdzić co się dzieje, jednak wyjście z pomieszczenia przeszkodził mu Jeff wpadający właśnie z wizytą. Patrzyłam uważnie na całe to zdarzenie. 
Jeff jednym ruchem noża podciął mu gardło i wyciął uśmiech na twarzy. Nie obyło się również bez dźgania w różne części ciała tego chłopaka.
Po skończonej robocie podszedł do mnie rozwiązując pasy.
-Czy ja Cię zawsze muszę ratować?- Zaśmiał się. Wziął mnie na ręce i wyszedł.
-Nie prosiłam o to.- Odparłam zbulwersowana.
-Wcale.- Odparł. Wsadził mnie na miejsce pasażera. Zapiął pasami i przykrył kocem. Sam usiadł za kierownicą. Odpalił samochód i ruszyliśmy w stronę ruin.




~/Eme ♥




niedziela, 14 grudnia 2014

Rozdział 5

Dobiegłem do tego zasranego wodospadu. Stała tam grupka osób. Nieśli ciało dziewczyny o ciemnych włosach. Schowałem się za krzaczkami i obserwowałem. To Emeli! Oni zabierali ciało Emeli! O niee !!
Postanowiłem iść za nimi, by dowiedzieć się co knują.
Doszliśmy do jakiejś wioski. Nim się zorientowałem jej ciała nie miałem na widoku. Zabrali ją do jakiejś chałupy.Przeczekałem wszystko stercząc w krzakach dzikiej róży. Dla Emeli warto.
Nagle dwaj mężczyźni wynieśli jej ciało zawinięte w jakąś szmatę. O dziwo, ona się ruszała. !! Moja Emeli żyje! To jakiś cud !
Położyli ją na drewnianym stelażu nakrytym słomą. Wszyscy zgromadzili się wokół niej.Jeden facio szedł z pochodnią. Chwila, chcieli ją spalić?!
Nie za bardzo słyszałem o czym mówią, więc podszedłem bliżej.
-Spalmy tą wiedźmę!- Krzyczał jeden.
-Na stos!- Wołała jakaś kobieta.
Nim się zorientowałem, koleś z pochodnią szedł w jej kierunku. Wyciągnąłem zza bluzy nóż i zachodząc od tyłu podciąłem mu gardło. Szybkim ruchem wyciąłem mu uśmiech na twarzy. Panowie rzucili się na mnie.
-Ktoś jeszcze chce być piękny?! - Krzyczałem. Zaczęła się  sieczka. Jedna kobieta wzięła pochodnię i szła w kierunku rzekomej wiedźmy.
-Ona nie jest wiedźmą! To człowiek!- Wołałem biegnąć do tej zasranej stary bulwy. Ona mnie nie słuchała. Ci debile namotali jej w głowie, że wiedźma zrobi im prania mózgu. Podciąłem jej gardło zadeptując pochodnię w piasku. Resztę zgromadzonych też wybiłem wycinając każdemu uśmiech na twarzy.
Wspiąłem się na stelaż i zabrałem Emeli na ręce skacząc na ziemię.Zawiesiłem ją na ramię, by nie przeszkadzała mi w ucieczce.
Jacyś niedorobieni kolesie biegli za nami z włóczniami w rękach. Serio?! Właśnie wybiłem im rodzinę i przyjaciół a oni nadal mnie gonią? Żałosne.
Teleportowałem się na dziką plażę, obok tych skał, gdzie prawie pocałowałem Eme.
Ona była nieprzytomna. Bez zastanowienia zabrałem ją do domu.
Ułożyłem jej ciało na kanapie i poszedłem do sali po Slendera.
-Stary, musisz mi pomóc.- Odparłem.
-Aż dziwne, że prosisz mnie o pomoc. No dobrze, o co chodzi?- Odpowiedział mi Slender.
-Emeli, ona żyje, ale jest w ciężkim stanie. Proszę, ulecz ją. -Chwyciłem go za rękę i szarpiąc zaprowadziłem do mojej piwnicy. Gdy ją ujrzał załamał się.
-Wybacz przyjacielu, ale nie mogę jej pomóc. Nie jestem w stanie.- Odparł Slenderman znikając w korytarzu. Zły na cały świat, że nie mogę jej pomóc kopałem wszystko co było na mojej głowie.
Nagle przypomniałem sobie o zestawie lekarza. Wziąłem tą osraną walizeczkę i wyciągnąłem waciki. Polałem na nich wodą z tej małej buteleczki, tak jak robiła to Eme ze mną.
Przyłożyłem waciki do jej ran, by je obmyć. Bynajmniej tak zrobiła dziewczyna.
Zapiszczała z bólu. Znaczy że jeszcze żyje!
Wtedy przyszła Jane. Zasłoniła rękami usta nie dowierzając, że moja nowa Przyjaciółka jeszcze jest tutaj z nami.
-Możesz spadać.- Odparłem oschłym głosem.
-Pomogę Ci. Poczekaj.- Podeszła do mnie, przykucnęłam przy Eme i zaczęła owijać jej rany bandażami. Zdziwiło mnie to, że chce jej pomóc. W końcu prawie ją zabiła!
Nagle przypomniałem sobie o Jana'ie.
Odepchnąłem Jane i wziąłem Emeli na ręce. Teleportowałem się na plażę, gdzie właśnie spacerowała Jana.
Uśmiechnięty, że może kapłanka mi pomoże podszedłem do niej.
Jane również się teleportowała. Jednak schowała się, by obserwować co robię z ciałem dziewczyny.
Ułożyłem niebieskooką na piasku, zgodnie ze wskazówkami Jana'y.
-Teraz daj mi dwie złote monety.- Odparła poprawiając kapelusz.
-Nie mam.. Nic nie mówiłaś o kasie..- Powiedziałem zdziwiony. Nie przypominam sobie, by wspominała o monetach.
-Eh, no dobrze, pożyczę Ci moje.- Odpowiedziała wyciągając z kieszeni swojej spódniczki dwie złote monety. Coś mi w nich nie pasowało, jednak to kapłanka. Ona wie co robi.
-Dlaczego one mają inne symbole?- Zapytałem z ciekawości.
-To monety samego Boga. -Kłamała.-Teraz się odsuń.
Zrobiłem jak kazała. Ona zaczęła swoje modły.
-Ona chce być aniołem tak?- Zapytała przerywając wszystko.
-N..Nie wiem, Chyba tak.
-To zostanie najjaśniejszym aniołem na niebie.Jako znak, że przetrwała upadek z ponad 300 metrów.
-O..Okej.Zaczynaj.
Ona bez zastanowienia odprawiała dalej swoje modły co chwilę robiąc jakieś dziwne miny i ruchy rękami. Nagle zza skały wybiegła Jane rzucając się na Jana'e.
-Zostaw ją! Ona nie będzie kolejnym Twoim diabełkiem! Już ich wystarczy!- Krzyczała szarpiąc się z Jana'ą.
-Jeff, jeśli chcesz by ona żyła, rozchyl jej usta i włóż do nich 3 monetę.- Tłumaczyła Jana zwalając z siebie Jane.
Zrobiłem jak kazała. Odsunąłem się oślepiony białym światłem który wydalał się z Emeli. Nagle białe światło zniknęło, a z Eme wydobywał się czarny dym. Przerażony czekałem na dalszą reakcję  dziewczyny. Jana zaczęła się śmiać. Jane strzeliła jej w twarz i wbiła nóż prosto w miejsce, gdzie powinno być serce. Zrzuciła z niej pelerynę.
Ku moim oczom Jane wyrosły dwa czarne skrzydła. Zaczęła się bitwa dziewczyn.
Nożowniczka vs  Anielica.
Podbiegłem do Emeli trząsając ją, by się przebudziła. Ona otworzyła oczy. Jednak coś z nimi było nie tak. Zamiast tego promiennego niebieskiego blasku ujrzałem czarne jak smoła tęczówki. Odsunąłem się zdziwiony.
-Zdejmuj jej bluzę! Słyszysz?! Zdejmij!- Krzyczała do mnie Jane rozcinając Anielicy  gardło. Zamiast krwi, z Jana'y wydobywała się czarna maź. Zaszokowany podbiegłem do Eme i zdjąłem jej bluzę. Nim się zorientowałem, miała dwa skrzydła. Białe i czarne. Przerażony padłem na piasek próbując poukładać sobie to wszystko w głowie.
Emeli w mgnieniu oka rzuciła się na Jane powalając ją na ziemię. Miała niesamowitą siłę. Jana padła martwa.
Nowa Anielica wzniosła się do nieba, i wymachując skrzydłami rzuciła na Jane falę powietrzną, co powaliło ją martwą. Nie mogłem uwierzyć w to wszystko. Podbiegłem do Jane i i teleportowałem ją do sali,  by nic więcej jej się nie stało. Zostałem sam na sam z Emeli.
-Emeli,Ty żyjesz.- Podbiegłem do niej przytulając się gdy tylko wylądowała.
Ona mnie odepchnęła dając mi w twarz.
-Nienawidzę Cie. Musisz zniknąć z powierzchni ziemi. Jesteś zerem.- Mówiła do mnie spokojnym głosem. Patrzyła na mnie jak na największego wroga.
-Co? Eme co Ty wygadujesz?! To ja, Jeff.- Tłumaczyłem bezbronny.
-Jeff? - Odezwała się znów.
-Tak, Jeff. Mieszkamy razem przecież. Leżeliśmy obok siebie. Kilka razy. Nie pamiętasz?- Wspominałem.
Nagle jakby w jej głowie pojawiła się jedna myśl. ' Zabić Jeff'a '.

***
Wracamy do punktu myślenia Eme ;3
***
Kłóciłam się z myślami. Z jednej strony miałam ochotę rzucić mu się na szyję i przytulić. Z drugiej chciałam go zabić. Przewyższyła jednak ta druga strona i rzuciłam się na niego z nienawiścią.
Niezbyt umiem posługiwać się nową bronią, jaką są skrzydła. W końcu w jednej chwili z człowieka, stałam się aniołem.
Szarpałam Jeff'a a on zdezorientowany nawet się nie bronił. Już prawie miałam go zabić, gdy nagle moja 'dobra' strona powiedziała 'NIE, DOŚĆ, NIE TERAZ'
Odsunęłam się od niego i uniosłam w górę.
-Eme, wracajmy do domu.- Odparł Jeff podnosząc się z ziemi i patrząc na mnie.
W tej chwili jak i w każdej innej nienawidziłam go.
Ze wszystkimi miałam te same relacje. Tylko Jeff'a zaczęłam nienawidzić. Może dlatego, że Jana przekręciła modlitwy? Właściwie, kto to Jana?
Nim się zorientowałam Jeff teleportował nas do siebie. Podał mi bluzę, bym zakryła skrzydła. Założyłam i poszłam przywitać się ze zgromadzonymi. Zdjęłam te tandetne bandaże, w końcu nic mi już nie było.
Podeszłam do L. Jack'a i go przytuliłam. To samo zrobiłam z Toby'im i E. Jack'iem.
Slender był bardzo zdziwiony moim zachowaniem, gdyż jego też przytuliłam.
-Emeli jak się czujesz? -Zapytał zszokowany. Dobrą godzinę temu umierałam!
-Wspaniale, dziękuję że pytasz Slendi.- Odparłam z uśmiechem.
Slenderman spojrzał na Jeffa. Powędrowałam za jego wzrokiem i rzuciłam zwykłe 'Dupek'
Jeff podszedł do nas a ja strzeliłam mu w twarz.
Widać bolało go moje zachowanie, bo milczał. Znosił wszystko i milczał.
Zaczęłam go szarpać i tarmosić nim. Rzucałam o wszystkie ściany a w pewnej chwili zaczęłam go dusić.
Nie panowałam nad tym. To te skrzydła!
Tylko że to dzięki nim żyję..
Slenderman rozdzielił mnie i Jeff'a. Postanowił, że będę spać dziś u niego, a Jeff u siebie. Może jakoś to pomoże.
Poszłam więc za Slenderem do jego mieszkania.
Było bardzo ładnie ustrojone. Tak przyjemnie.
-Mogę się przespać?- Zapytałam.
-Oczywiście.- Odparł Slender wskazując mi wolne łóżko.Od razu się położyłam i usnęłam.

*Z punktu widzenia Jeff'a*
Bolało mnie to,jak ona mnie traktuje. Przecież to nie moja wina, że spadła. Chciałem ją uratować.
Poszedłem do swojej piwnicy i zażenowany całym tym zdarzeniem usiadłem na kanapie. Schowałem ręce w dłoniach, by przez chwilę móc pomyśleć.Nagle przyszedł E.Jack.
-Co jest z Eme? Dziwnie się zachowuje. I te oczy. Coś się stało?- Dopytywał.
Nagle wparowała Jane, cała zdyszana i zakrwawiona.
-Jeff, musimy ratować Emeli. Jana to posłaniec Szatana. Łapie ofiary i zamienia w demony obierając im jakiś cel do morderstwa. Jeśli im się to uda, zostaną diabłami. Jeśli też ma kaprys zabija swoje ofiary odsyłając ich dusze do piekła, gdzie Szatan się nimi bawi. Jeśli Eme Cię zabije, zostanie demonem.- Wytłumaczyła. Jack stał wryty ale już miał pomysł.
-Czekaj, jak to My? Gdyby nie Ty, nic by się takiego nie stało. Nie chcę byś się wtrącała.- Odparłem wstając z miejsca. Popatrzyłam na Jane z pogardą.
-Ale Jeff. Pzyznaję, byłam zazdrosna. To nie moja wina, że czytam w myślach!
-Ej ej, spokojnie koty. Mam pomysł.- Odparł Jack rozdzielając nas.-Co powiecie na rozdzielenie i stopniowe przypominanie Eme, kto to dla niej Jeff.
-A może niech mnie zabije? Ja nie wytrzymam bez niej! Ale przyznam, zrobiła się strasznie silna.-Wziąłem głęboki wdech.
-Właśnie. Jeff jesteś nam potrzebny. Chcesz żeby dziewczyna zajęła Twoje miejsce? Żeby to ona była z nas wszystkich najlepsza? Bo coś mi się nie wydaje.-Dodał Jack.
-Co? Nie pozwolę się wygryźć. Więc co mam robić?- Odparłem.
-Plan jest taki. Będziemy stopniowo przypominać Emeli, kim był dla niej Jeff. I powoli ich do siebie zbliżać. To jedyne wyjście, by wróciło wszystko do normy. Teraz tylko od niej zależy, czy będzie chciała wrócić do nas.- Wytłumaczył.
-Chodźmy już teraz! - Krzyknąłem podekscytowany tym szalonym pomysłem.
Jane, Jack i ja poszliśmy do sali pytając Slendera gdzie Emeli.
-Śpi u mnie w pokoju.Nie zróbcie bałaganu.- Odpowiedział pokazując korytarz prowadzący do jego mieszkania.
We trójkę weszliśmy do pokoju. Emeli od razu wstała. Schowałem się za przyjaciół.
-O witajcie. O co chodzi?- Odparła z fałszywym uśmiechem na twarzy.
-Chodzi o Jeffa.- Odparła Jane.

*Wracamy do punktu widzenia Emeli*
Gdy usłyszałam, po co oni tutaj przyszli, mina mi zrzedła.
-Chyba nie mamy o czym gadać.- Odpowiedziałam powstrzymując złość. Właściwie nie wiem czemu go tak nienawidziłam. To wina tej dziewczyny. To ona coś namieszała.
-Emeli posłuchaj. Uspokój się, to po pierwsze. - Odparła Jane podchodząc do mnie. Usiadła obok i zaczęła tłumaczyć całe to zamieszanie z Jana'ą.
Jack stał nadal w tym samym miejscu coś ukrywając. Nagle zauważyłam, że zanim jest ktoś jeszcze. Szybko wstałam. Okazało się, że to Jeff. Od razu się na niego rzuciłam. Zaczęłam go okładać pięściami, a on się nawet nie bronił. Zaszokowało mnie to. Bo przecież język, w jakim swoje modły odprawiała Jana, wnioskował, że Jeff to zawodowy morderca, którego trzeba się pozbyć. A on ma taką słabą obronę? Dlaczego więc mnie nie atakuje?
-Emeli, jemu  na Tobie zależy. On da się zabić, byle byś była bezpieczna. - Wytłumaczył Jack zdejmując mnie z niego. Jane pomogła mu wstać. On otarł swoją twarz z krwi.Podszedł do mnie. Jack nadal mnie trzymał zwiększając nacisk.
-Puść  ją. Najwyżej mnie zabije.- Odparł Jeff. Jack spełnił jego prośbę.
Jane była czujna, wiedziała, że jeśli zabiję Jeffa, stanę się zagrożeniem dla wszystkich. W końcu po spełnieniu zadania, dostanę następne. Kto będzie następny?
O dziwo stałam spokojna. Jeff podszedł, popatrzył na mnie.
-Gdzie ta niebieskooka Emeli, która pokazała mi jak używać apteczki? Gdzie ta dziewczyna, która strasznie bała się swojego domu? Obroniłem Cię, pamiętasz?- Mówił. Milczałam, w środku kłóciłam się ze sobą. Kto ma rację? Jana, która tak strasznie namieszała mi w głowie? Czy Jeff, opowiadający wszystko, co zdążyliśmy razem zrobić? On kontynuował.- Gdzie do cholery dziewczyna, której udało się skraść moje serce?! No pytam się, gdzie?!-Zaczął mną trząść. Stałam bez ruchu. Coś pękło...
Czy on powiedział 'skradła moje serce' ?!
To niemożliwe.
Wszystko znów wróciło, jednak z mniejsza siłą. Rzuciłam się na niego dusząc go. Jeff znów się nie bronił. Był gotowy umrzeć.Puściłam go. Zdjęłam bluzę i wybiegłam z domu. Pofrunęłam w górę. Te skrzydła są straszne. Ciężko mi było utrzymać równowagę. Trzęsłam się na wszystkie strony.
W pewnej chwili zabolało mnie ramie. Nim zdążyłam zobaczyć dlaczego, zabolało mnie drugie ramie. To strzały. Dwie strzały. Dostałam. Spadam w dół. Znów spadam. To się nie skończy prawda?
-Wyciągnęłam strzały i popatrzyłam na ich właściciela. Stałam zakrywając się skrzydłami. Były jak moja tarcza. Nic się przez nie nie przebije. W pewnej chwili jednym trzepotem zdmuchnęłam go z ziemi. Wylądował kilkanaście metrów dalej.
Znów poszybowałam w górę osłabiona. Wylądowałam na dachu jednego z większych budynków miasta. Obserwowałam wszystko i wszystkich zadając sobie to najważniejsze pytanie.
-I co teraz?.




~/Eme ♥

sobota, 13 grudnia 2014

Rozdział 4

***
Jejku, cieszy mnie, że tak wam się podoba moja historia :D
***

 Spojrzałam mu w oczy i gdy już mieliśmy się pocałować, nagle zza skały przyszła Jane.
-AAAA Jeff, coś mnie ugryzło AAAA Strasznie boli, mógłbyś zobaczyć? - Krzyczała w niebo głosy.
Odsunęłam się od Jeff'a, usiadłam na skale i  czekałam aż sobie pójdzie. Byłam zła, tak blisko jego warg, jednak wciąż tak daleko.
On podszedł do Jane, ta chyba ma jakieś magiczne moce, bo oni zniknęli.. Zostałam sama na tej zasranej plaży.
Poszłam więc na jakieś wysokie skały, i zorientowałam się że to wodospad. Stanęłam na krawędzi, gdy nagle pojawili się Jeff z Jane.
-A no bo wiesz, to jutro tak? HAHAHAHA- Cała radosna Jane szła w moją stronę. Stałam na skarpie i patrzyłam w dół. Chciałabym nauczyć się latać, jak anioł..
-Tak Jane, a teraz możesz zostawić nas samych? - Pytał Jeff idąc za nią. Jane podeszła do mnie.
-Fruń aniołku.- Szepnęła mi do ucha i popchnęła w przepaść. Sama nie wiem jak to się stało, ale od samego spadania straciłam przytomność. Pamiętam tylko że nie umarłam. Nie kontaktowałam, ale wiedziałam, że Jane się śmieje. Wiedziałam, że Jeff'owi jest przykro.
Z góry zapewne nie było widać mojego ciała i miejsca upadku, gdyż było to między krzakami.
Ja nadal spadam, czuję że lecę w dół. Nie wiem jak długo jeszcze, ale jestem niewładna nad swoim ciałem.
Spadłam, czuję posadzkę. Ziemię, zimną ziemię i krew w ustach. Umieram?
Słyszałam krzyki z góry. To był Jeff. Zakłopotany wołał mnie. Lekko rozchyliłam usta, znów nie kontaktowałam.

***
Emeli znika aż do następnego rozdziału, nie umrze, nie martwcie się, teraz opisywać wszystko będę z punktu widzenia Jeff'a ;)
***

Stałem na tej zasranej górze i krzyczałem. Jane stała obok uśmiechnięta i wypinała swoje donice.
-EMELI, EMELI ODEZWIJ SIE. EMELI !!!- Ciągle odpowiadała mi cisza. Załamany sam nie wiedziałem co mam robić.
-Jeff, ona nie żyje. Wracajmy do domu..- Nakłaniała mnie Jane. Nie wiem dlaczego jej posłuchałem. Nie poszedłem sprawdzić na dół, czy dziewczyna, na której zaczęło mi zależeć jeszcze żyje.
Teleportowaliśmy się do mnie. Załamany usiadłem na kanapie chowając twarz w dłoniach. Mój wieczny uśmiech przestał mieć już sens. Jane usiadła mi na kolanach całując mnie po szyi. Na prawdę, miałem ochotę przerżnąć tą dziwkę już dawno, nawet zrobiłbym to teraz, tyle że nie mam humoru. Nastroju, nie mam ochoty na nic.
Jane widząc moje zakłopotanie stratą dziewczyny wstała, zdjęła swoją sukienkę i założyła jej bluzę.
-Będę Twoją Emeli. - Odparła z uśmiechem, podeszła do mnie i położyła głowę na moje kolana kierując ją w stronę mojego krocza.
-Jane daj mi spokój do cholery jasnej!! Nie prześpię się z Tobą, choćbyś była Króliczkiem Playboy'a!!- Zwaliłem ją z siebie zdenerwowany. -Zdejmuj jej bluzę, słyszysz?!
Jane zszokowana moim zachowaniem zdjęła bluzę, założyła sukienkę i poszła korytarzem przez salę do siebie. Jej zdenerwowanie zaciekawiło resztę towarzyszy i wszyscy od razu zjawili się u mnie. Tylko dziewczyny pobiegły dowiedzieć się co z Jane.

-Stary, coś Ty jej zrobił? Gdzie Emeli? Co tu się stało?- Dopytywał E Jack.
-Nic jej nie zrobiłem. Ja w porównaniu do was nie sypiam z kurwą ! Nic tu się nie stało ! Wynocha.! - Krzyczałem jak opętany. Bolało mnie to, że już nie zobaczę tej bluzy na jej ciele. Że już nie ma Emeli.
Wszyscy momentalnie wyszli, został tylko Eyeless.
-Czego tu jeszcze chcesz?! - Zapytałem znerwicowany.
-Gdzie jest Emeli? Czeka na zewnątrz? - Jack rozejrzał się po piwnicy, następnie wzrok zawiesił na schodach.- Eme, możesz do nas przyjść.
Słysząc jej imię usiadłem na kanapie chowając twarz w dłoniach. Pierwszy raz od tak dawna... Płakałem?
Jack przerażony podszedł do mnie, dał mi w twarz i zapytał znów.
-Gdzie Eme Ty Debilu?!
-Nie żyje.- Odparłem znów pogrążając się w płaczu.
-CO?! Jak to nie żyje?! Gdzie?!- Dopytywał.
-Spadła ze skarpy..
-A ktoś stał obok niej? - Drążył temat..
-Nie wiem, nie widziałem..
-Ty Przychlaście !!- Krzyczał na mnie Jack, również załamany. Przecież obiecaliśmy, że będziemy jej bronić!.

***
* Rozmowa Sally, Niny i Jane*
Wszystko z punktu widzenia Sally
***
Siedziałam na sali i jak zwykle rozmawiałam z Jack'iem, na temat naszych wspólnych wakacji, jak i również wspólnej przyszłości. Nagle zauważyłam Jane, zdenerwowaną, rozpłakaną, która wybiegła z korytarza prowadzącego do piwnicy Jeff'a. Bez zastanowienia pobiegłam za nią, a Nina za mną.
-Jane, co się stało? - Podeszłam do niej,kucnęłam przed i zapytałam spokojnie.
Nina kręciła się przy nas jak zwykle i gadała coś pod nosem.
-On mnie nie chce! Nie podobam mu się! Nawet zwalił mnie z kolan! Wszystko wina tej zasranej Emeli! Gdyby nie ona, już dawno byłby mój.- Krzyczała przez płacz Jane.
-Jak to? Co Eme zrobiła? Wydawała się w porządku. - Nie rozumiałam, przecież była miła, nie bała się nas, to co poszło nie tak?
-Wydawała. Prawie całowała się z Jeff'em ! Tak byś dłużej nie może. I ta skarpa..- Jane w jednej chwili rozpłakała się tak mocno, że nie mogłam wydusić z niej ani jednego słowa więcej.
Zostawiłam ją samą z Niną a sama poszłam do chłopaków.
Weszłam do piwnicy Jeff'a. Jego też zastałam zalanego łzami.
-Kotuś, Jane mówiła, że Emeli spadła ze skarpy.-Wyjaśniłam Jack'owi
-Tak, ale nie mogła spaść sama ! Stała przy niej Jane! - Wykrzyczał nagle Jeff.
-Przecież mówiłeś że nic nie widziałeś.- Odparł zdziwiony Jack
-Bo sobie przypomniałem. - Jeff otarł łzy i powędrował do pokoju Jane. Tam zastał ją  jak całowała się z Niną.

***
Wracamy do punktu widzenia Jeff'a
***
Chciałem to wszystko wyjaśnić z Jane. Zaniepokojony losem nowej znajomej poszedłem pogrążony w smutku do tej durnej krowy i co tam widzę?! Jak liże się z Niną.
-Nina?!- Odezwałem się zdziwiony. One oderwały się od siebie. Nina zakłopotana wyszła z pokoju dziewczyn. Zamknąłem drzwi i podszedłem do Jane.Dałem jej plaskacza nie patrząc na konsekwencje.
-Coś Ty jej zrobiła?!
-Bo.. Ja słyszałam jej myśli. Ona chciała polatać.. To myślałam, że umie.. Więc pomogłam jej zrobić krok do przodu.. Ja nie chciałam.-Tłumaczyła Jane. Wpadłem w jakiś totalny trans, lewe oko i ręka zaczęły mi drgać, wyciągnąłem nóż z bluzy i wymierzyłem cios w Jane. Nie chcę by ona jeszcze kiedyś pokazała mi się na oczy!
Moją rękę zatrzymała jedna z macek Slendera. Szarpałem się, by mnie puścił. Chciałem wymierzyć tej krowie sprawiedliwość. Przecież Emeli to człowiek, nie umie walczyć z nami, potworami! Jak można być tak bardzo zazdrosnym ?! To oczywiste, że nigdy nie byłbym z Jane. Nie po tym, jak puściła się ze wszystkimi.
Slender jako jedyny nie wiedział jeszcze o co chodzi. Chciał wyjaśnień.
-Dlaczego chcesz zabić Jane?- Zapytał spokojny.
-Ta krowa zabiła Emeli! Zrzuciła ją ze skarpy! Głupia kretynka! - Byłem w transie. Wybiegłem z domu dziewczyn i teleportowałem się do miasta, gdzie jest ta plaża, na której zginęła Eme.
Ujrzałem tam multum ludzi. Wszystkich po kolei zabiłem. Usiadłem na skale i wpatrywałem się w wodę powstrzymując rządzę zabijania.


***
Do historii dochodzi Jana The Killer, która już wieczorem zostanie dodana do zakładki 'Bohaterowie'
***

Nagle ujrzałem dziewczynę,bardzo podobną do Niny. Spacerowała sama po plaży i śpiewała pod nosem. Nim się zorientowałem, stała przy mnie. Była bardzo urodziwa. Spojrzała mi w oczy i nuciła coś pod nosem.
-Znam Twoje lęki. - Odparła po chwili. Wytrąciła mnie z hipnozy. Szybko stanąłem do walki, rzucając się na nią. Przyłożyłem jej nóż do szyi. Ona uśmiechnęła się do mnie chytrze. - Wiem czego pragniesz.
-Na prawdę? To czego?- Pokazałem jej język nadal trzymając nóż na gardle.
-Emeli Rockbell.. Zginęła tutaj dziś. Przez pewną kobietę. Ta kobieta. Pragnęła Ciebie.
Zamurowało mnie. Skąd ona to wiedziała!!
-Jesteś jakąś szamanką? - Zapytałem złażąc  z niej jednak nie tracąc czujności.
-Jestem kapłanką. Mogę podarować Emeli drugie życie. Jednak już nie jako człowiek. Musisz mi tylko powiedzieć gdzie ona jest.
Zaszokowany nie wierzyłem w to co ona do mnie mówi. Stałem jak jakiś przyjeb i patrzyłem na nią z rozchylonymi ustami. Miała taki słodki głosik.. NIEEEE
Jeff ogarnij się, tu chodzi o Eme.
Wskazałem kapłance wodospad, z którego spadła Eme. Ona spojrzała na mnie jak na debila.
-Przynieś mi jej ciało. Wtedy porozmawiamy.- Po czym zaczęła znikać.
-Czekaj, a jak Cię znajdę?- Odparłem.
-Będę tutaj przed drugim zachodem słońca. Masz jedną jedyną szansę.
Potem zniknęła. Schowałem nóż i pobiegłem w stronę wodospadu.



~/Eme ♥

Rozdział 3

***
Od tego rozdziału do opowiadania dochodzą nowi bohaterowie, których charaktery możecie znaleźć w zakładce 'Bohaterowie'
New- Hoodie, Masky, Slenderman, Jane The Killer, Nina The Killer, Ben, smile.jpg, Sally, Ticci Toby, Laughing Jack.
Do zakładki 'Bohaterowie' Dodałam również rodziców głównej bohaterki.

***

Zeszłam na dół , ujrzałam starą piwnicę i jakieś korytarze prowadzące nie wiadomo gdzie. Wszystkie te korytarze łączyła jakby jakaś ogromna sala, w której było mnóstwo kanap, około 3 lodówek, toaleta, zrobiona na odpierdol..
Najlepsze, że byli tam ludzie!
Dwaj chłopacy grali w karty, nie odzywając się do nikogo.
Jakaś pewnie świernięta laska tańczyła na stole a jakiś blondasek macał ją po dupie.. Co za patola..
Strasznie wysoki i szczupły facet bawił się z jakimś zmutowanym psem.. Matko.. Gdzie ja trafiłam..
To pewnie towarzystwo Jeffa..
Jedna dziewczyna wyglądała jak jakaś dziwka. Kleiła się do każdego po kolei nie patrząc czy jest on w związku czy nie.
-Co oni tu robią.. - Zadałam sobie to pytanie..
Nagle podbiegł do mnie ten straszny pies, zaczął na mnie szczekać a wzrok wszystkich skupił się na mojej osobie.
Dwaj kolesie, którzy rozkrajali jakiegoś faceta podeszli do mnie z nożami w rękach, mówiąc że będę następna, gdyż jestem człowiekiem.
-CO?! - Spojrzałam na nich jak na idiotów.- Na pewno nie dam wam się pokroić.
-Jesteś tego pewna? Laluniu?- Koleś przebrany za klown'a myślał, że mnie poderwie? Co za żałosny tekst haha
-Hahahahaha, ziomek Ciebie chyba coś boli hahahaha - Zaczęłam śmiać mu się w twarz.
Wtedy oni złapali mnie za ramiona i zanieśli na stół. Przywiązali pasami podnosząc moją bluzę.
Zauważyli moje blizny, popatrzyli na mnie i zaczęli ciąć mi brzuch. Krzyczałam w niebo głosy, gdy nagle zbiegli na dół Jeff i Jack.
Jeff od razu rzucił się na Tobiego i zaczęli się szarpać.
Dziewczyny jak i pies oraz karciarze olali to.
Jack skoczył jak widać na swojego imiennika waląc go pięściami po twarzy, by zostawił mnie w spokoju. Jeff przerzucił jednego z chłopaków przez ramie i bił go po twarzy w pewnej chwili wyciągając nóż. Wbił mu go w brzuch i zaczął powtarzać czynność. Jack natomiast szarpał się z Jack'iem.  To był taki nienaturalny, ale zarazem naturalny widok. W moim świecie też chłopacy nawalają się pięściami, tyle  że nie nożem ! Nie wyrastają im macki ! Nie rozcinają komuś brzucha !
 Ja natomiast patrzyłam na swój brzuch i krzyczałam z bólu. Podszedł do mnie ten wysoki anorektyk i zaczął zszywać mi brzuch. Następnie z jego pleców wyrosły macki. Złapał wszystkich po kolei i uniósł na wysokość 2 metrów. Po zaszyciu mojego brzucha przykucnął koło mnie.
-Witaj Emeli Rockbell. Nazywam się Slenderman. Przepraszam za moich przyjaciół, nie wiedzieli kim jesteś.- Mówił do mnie. Słyszałam jego ciężki ale ciepły głos. Najlepsze jest to, że on nie miał twarzy !!
-Jak Ty do mnie mówisz? Skąd znasz moje imię? Gdzie ja jestem? - Zadawałam pytania
-On mówi do Ciebie w myślach Eme. - Wyszczekał Eyeless Jack szarpiąc się, by znów dowalić imiennikowi.
-Jack uspokój się. - Powiedział Jeff również się szarpiąc.
-I kto to mówi, Wywłoko.- Zaczął Jack
-Stul pysk Debilu - Odezwał się Jeff.. Oboje zaczęli się szarpać.Slender mówił do mnie dalej.
-Oni mają rację, mówię do Ciebie w myślach Emeli. Znam Cię, gdyż mam ponad 100 lat, znam całe miasto, całą historię. Wszystko. Jesteś w naszej piwnicy spotkań. Gdy nie mamy co robić, siedzimy tutaj i robimy przeróżne rzeczy.
-Okeej.. Wiec skoro wy mnie znacie, ja chcę poznać was.- Odparłam do wszystkich tutaj zgromadzonych. Wszyscy skupili na mnie swój wzrok. Slender wypuścił ich z masek, oni się otrzepali i po kolei się przedstawili.
-Jestem Ticci Toby, Słodziutka- Odparł jeden z chłopaków poprawiając sobie okulary.
-Hehehe, Masz branie jak krowa na sianie, Jestem Laughing Jack - Dodał imiennik Eyeless'a.
-Twoje suchary są żenujące Jack'uś, No nic, witaj w naszych szeregach Emeli, jestem Jane. - Wtrąciła dość wysoka dziewczyna, w skąpym stroju poprawiając włosy.
-To nie ma sensu, dajcie sobie spokój.- Dodała dziewczyna w różowej sukience.
-Oh Sally przestań. Czeeeeeeeeeeeeeeeeeeeść Emeeeeeeeeliiii Jestem Ninaaaaaa - Przedstawiła się jakaś szurnięta laska podchodząc do mnie i kręcąc się wokół. Wyglądała jak psychicznie chora.-A to mój przyjaciel Ben - Dodała obejmując niskiego blond elfa ramieniem.
Spojrzałam na kącik gdzie siedzieli dwaj chłopacy i grali w karty.
-A oni to?
-To Hoodie i Masky.. Oni wolą swoje towarzystwo.. Nie dogadasz się z nimi.. - Wyjaśnił mi E Jack
-A ten pies?
-To moja psinka. Prawda, że słodka?- Zaczął słodzić Jeff przytulając psa.- Wabi się Smile.
-Czemu mnie to nie dziwi... Chcę do domu..- Odparłam znudzona.
-Nie możesz iść. Nie w tym stanie.- Tłumaczyła Jane- Przepraszam za moich kolegów, są strasznie nieogarnięci. - Dodała, po czym podeszła do Jeff'a. Przytuliła go, ale widać on nie zwracał na to uwagi. Zaczęła się do niego kleić.
Odwróciłam wzrok, jak na dziś miałam dość lovelasów.
Nina i Ben poszli dalej tańczyć na stole. Slender był w trakcie rozmowy z Toby'im, i uleczał go. Sally rozmawiała pewnie na jakiś ważny temat z Eyeless'em, bo była strasznie opanowana. No, chyba że zawsze taka jest. Hoodie i Masky nadal grali w karty.
Nagle podszedł do mnie Laughing Jack.
-Emeli, jesteś z Brukseli? Bo właśnie tam widziałem takie dupeczki.- Spojrzałam na niego jak na debila, w mojej głowie zapiszczał świerszcz, na znak, że był to totalny suchar.
-Daj mi spokój. Chciałeś mnie pokroić !!
-Oj Emeli przepraszam, może dasz się wyciągnąć na jakąś małą randeczkę? - Kontynuował.
-Chyba jednak nie, ona woli prawdziwych mężczyzn, a nie jakieś klown'owate wywłoki. Więc umówi się ze mną.- Podszedł do nas Toby wygłaszając swój monolog... Bosh.
Wstałam więc z stołu, by oni na spokojnie mogli się kłócić, który z nich zabierze mnie na pseudo randkę. Podeszłam do dużej kanapy i usiadłam na niej. Doskonale słyszałam wszystkie rozmowy Sally z Eyeless'em i Jane z Jeff'em. Dla sprostowania, usiadłam tam przypadkowo, nie specjalnie.
Zaciekawiły mnie ich rozmowy.
-Jack, ja już nie mogę tak czekać, jeszcze ta dziewczyna.. Co to ma być?! Nie zależy Ci na mnie?! -Mówiła Sally.
-Sally, Kotuś to nie tak, po prostu nie mogłem pozwolić by Jeff niewinnie ją zatłukł. Musiałem coś zrobić.- Bronił mnie Jack.
-A co ona domu nie ma?! Rodziców?! To śmiertelniczka, zdradzi nas, wyda i co wtedy?!- Nagadywałą Sally dalej..
-Słońce, ona nic nie powie.. W końcu jest molestowana w domu.. - Palnął Jack.
Nagle wszystkie oczy skierowały się w moją stronę, rozejrzałam się po twarzach wszystkich. Milczałam. Po chwili wszyscy wrócili do swoich zajęć. Wyszło na to, że Sally i Jack byli parą.. Trochę szkoda, bo chłopak jest naprawdę super.
-Jeff'uś chooodźmy do mnie, pokażę Ci moją nową piżamkę.- Naciągała Jane.
-Nie chce mi się, przebierz się i przyjdź.- Spławiał ją Jeff.
-Ale wolę byś ocenił ją sam.- Ciągnęła Jane.
-Nie chce mi się, muszę pilnować Eme.- Dodał Jeff zostawiając napaloną dziewczynę samą i podszedł do mnie. Usiadł obok i zagadał.
-Jak się czujesz?
-Nic mi nie jest, idź do niej, bo jeszcze mnie zadźga w nocy.- Odpowiedziałam.
-Coś Cię boli? Ona puściła się tutaj z każdym, nawet ze Slenderem..
-A co mnie to obchodzi?- Zwiodłam go na inny trop. Tak naprawdę byłam zła, iż ona robi TO dla przyjemności, a ... a ja nie.. Zdenerwowana wstałam, i wyszłam tym samym korytarzem co wcześniej trafiając do domu Jeff'a. Zabrałam swoje rzeczy łapiąc się za ledwo co zszyty brzuch. Ubrałam bluzę na siebie i wyszłam z piwnicy.
Jeff szybko pobiegł za mną biorąc ode mnie torbę i zatrzymując na chwilę.
-Chcesz tam wrócić? - Zapytał patrząc mi w oczy.
-Nie, po prostu nie chcę być w Twoim towarzystwie. Chcę być teraz sama.- Dodałam wyruszając w dalszą wędrówkę donikąd.
-To będziesz sama ze mną. - Odparł Jeff idąc za mną, i asekurując w razie czego.
Wędrowaliśmy w ciszy przez las. Nagle natrafiłam na ten stary dom, który widziałam gdy byłam pijana.
-To dom dziewczyn. Nie radziłbym tam iść.- Wytłumaczył Jeff.
-Zabierz mnie gdzieś gdzie nikt mnie nie znajdzie..- Poprosiłam.
W mgnieniu oka Jeff złapał mnie za biodra i rozpłynęliśmy się w powietrzu. Ślad po nas zaginął.

Gdy otworzyłam oczy znajdowałam się na jakiejś polanie. Ubrana w to co wcześniej. Było strasznie zimno. Jeff siedział na ziemi i trzymał mnie na kolanach. Szybko z niego wstałam siadając na jakimś pniu. On nie zmienił miejsca.
-Co to znaczy gwałt? - Zapytał po chwili ciszy.
-Opowiem Ci, jeśli powiesz mi gdzie my właściwie jesteśmy.- Postawiłam mu warunek.
-Aktualnie znajdujemy się w Kanadzie, tam gdzie wcześniej. W którymś z opuszczonych lasów. Czyściłem je wszystkie z ludzi, nie martw się, nikt nas tu nie znajdzie.- Wyjaśnił mlecznoskóry.
-No dobrze.- Odparłam.- Więc gwałt to jest to, co widziałeś przez moje okno.
-To co robił Ci ten dziad? Dlaczego się nie broniłaś?- Wypytywał.
-Mogłeś się przypatrzeć. Nie miałam jak..- Wyjaśniłam.
-Bolało? - Zapytał z troską w głosie.
Skinęłam głową, on się zdenerwował.Popatrzyłam w ziemię, by uniknąć jego wzroku.
-Eme,jeśli to się powtórzy, powiedz mi. Ja go też zgwałcę. - Dodał Jeff całkiem opanowany.
Spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem
-Nie gwałć go. To mój ojciec.
-O-Ojciec?- Zapytał Jeff.- Ja swojego zabiłem.- Dodał
-Tak wiem, czytałam..
Milczeliśmy. Z jednej strony nie miałam zamiaru mu się zwierzać, z drugiej jednak chciałam..
Ku mojemu zdziwieniu Jeff pochylił się nade mną, przytulił i powiedział to: !!!!!!!
-Eme, przepraszam, że Cię uderzyłem.  Przepraszam, że dałem Cię pokroić. Przepraszam, że Cię nie obroniłem przed ojcem. Strasznie Cię przepraszam.
-Jeff przestań. - Odepchnęłam go od siebie.- Nie byłeś w stanie. Uderzyłeś mnie, bo sama zaczęłam. Należało mi się. Nie pokroili mnie, przecież żyję. Nie obroniłeś mnie, nie obroniłbyś mnie i tak. To się ciągnie już dobre 4 lata..
-Co?! Dlaczego nic nie mówiłaś?!- Wypytał.
-Nie znaliśmy się.. -Odparłam.
Skuliłam się na pniu.
-Chcę do domu.- Dodałam po chwili.- Jest mi zimno.
-Dobrze, pod jednym warunkiem. Wejdę z Tobą.- Odpowiedział.
-Ok, tylko tak  by Cię nikt nie widział,..
Wstałam, zawieszając torbę na ramieniu. On podszedł do mnie, przytulił i zabrał torbę. Teleportowaliśmy się.

Po dłuższej chwili otworzyłam oczy. Znajdowałam się w swoim pokoju w samej bieliźnie. Leżałam na łóżku przykryta pościelą. Na fotelu siedział Jeff w samych bokserkach. Przetarłam oczy.
-Ubierz się !! - Nakrzyczałam na niego.
-Dobra już no, Ty też się ubierz.. - Odpowiedział uśmiechając się do mnie. Spojrzałam na siebie i zakryłam kołdrą rumieniąc się. Jeff założył spodnie i bluzę, usiadł obok mnie i skakał dupskiem po moim łóżku. Uśmiechnęłam się.
-Możesz położyć się koło mnie, tylko zdejmij tą śmierdzącą bluzę. - Odparłam pokazując mu język.
Ten szybkim ruchem zdjął bluzę i usadowił się obok mnie w łóżku. Wtuliłam się w jego klatę. Była taka duża i miękka.
Nagle do pokoju wszedł ojciec.
-A co tu się dzieje?! Ale mi już się stąd wynoś! - Skierował swe słowa do Jeff'a. Był zazdrosny.
Jeff wstał, założył bluzę i buty i wyszedł zasłaniając policzki. Przed wyjściem specjalnie dał mi buziaka w policzek.
Myślałam, że naprawdę sobie pójdzie, zapomni o mnie i wszystko wróci do normy. Jednak dotrzymał obietnicy. Po chwili zjawił się za oknem.
Ojciec zrzucił kołdrę i zobaczył mnie w samej bieliźnie.
-Ty dziwko jedna! Ty suko! Ja Ci dam się pieprzyć po nocach !  - Krzyczał na mnie zdejmując pasek i bijąc po ciele.
-Przecież z nim nie spałam !!- Broniła się.
Krzyczałam z bólu gdyż dostałam skórzanym paskiem po brzuchu, na którym miałam szwy.
Ojciec pochylił się nade mną i już miał brać się do roboty, jednak do pokoju wparował Jeff. Oczywiście przez okno. Wyciągnął zza bluzy nóż i wymierzył ojcu prosto w serce. Dźgał go kilka razy aż ten padł martwy na ziemię.  Wydawać się może, iż to już koniec. Jednak nie dla prawdziwego mordercy. Jeff pochylił się nad ojcem, wyciął mu na twarzy uśmiech i wydłubał oczy. Następnie polał go niedopitym piwem, stojącym na szafce. Podszedł do mnie, zdjął swoją bluzę i kazał założyć. Bez zastanowienia ubrałam ją. Założyłam też buty. Jeff wziął moją torbę , zawiesił na ramie, kazał wyjść.
Wybiegłam z domu, gdyż wiem co kombinował. Zabrał do drugiej torby resztę moich 'ciekawych rzeczy', m.in. perfumy, pościel. itp itd. Następnie rzucił na ojca zapalniczkę, a ten stanął w płomieniach. Jeff wyskoczył przez okno. Odsunął się od domu ocierając spoconą rękę o klatę. Matko, sam sex *-*
Podszedł do mnie, złapał za rękę i zniknęliśmy.

Otworzyłam oczy w jego piwnicy. Leżałam wówczas na kanapie a Jeff krzątał się by zrobić mi coś do jedzenia.
Nagle przyszedł Jack wraz z Sally trzymając się za ręce.
-O Eme, jak się czujesz?- Nie odpowiedziałam na pytanie Sally. Byłam w szoku.
-Ona? Właśnie idzie coś zjeść.- Uśmiechnął się Jeff pokazując mi język.
Szczerze? Cieszyłam się że ich poznałam.
Nim się zorientowałam, Jack i Sally zaczęli się całować. Do piwnicy weszli wszyscy oznajmiając coś.
-Jeff, zaszła mała zmiana. Ty, Eme i Smile będziecie mieszkać tutaj. Ja z Sally bierzemy dom Ben'a. Natomiast Ben idzie do Jane i Niny. One się zgodzili. Co wy na to? - Zapytał Jack
-Ja mam swój dom..- Odparłam.
-Tak Eme, mieszkasz ze mną.- Wyprostował Jeff.- Ja się zgadzam.- Dodał po chwili.
Jane spojrzała na mnie groźnym wzrokiem. Była zazdrosna.
-Tylko tam bez szaleństw, seksiaki- Zaśmiał się L. Jack.
-Bez przesady..- Dodałam. Wstałam i zorientowałam się że jestem w bieliźnie..- Jeff, czy jak już nas teleportujesz, mógłbyś mi zostawić ubrania?!
Chłopacy zaczęli gwizdać. Nawet Eyeless Jack zawiesił na mnie swój wzrok, co niezbyt podobało się Sally.
Owa dziewczyna wraz z Jane i Niną wyszły. Panowie zostawi. Wsunęłam się z powrotem pod kołdrę. Wszyscy opuścili nasze 'mieszkanie'. Postanowiłam trochę tutaj pozmieniać. W końcu miałam zacząć tu mieszkać.
W tej jednak chwili postanowiłam się zdrzemnąć.  Wstałam, rozłożyłam kanapę i kładąc znów wtuliłam się w kołdrę.
Ku mojemu zdziwieniu Jeff zostawił wszystko, co robił wcześniej, przecież miał okazję. Zdjął buty i spodnie. Położył się tuż za mną wtulając w moją szyję. Swoją rękę zawiesił na moim biodrze bawiąc się palcami. Był ciepły. Tak strasznie ciepły..
Nie spałam, udawałam. On szeptał mi do ucha kołysankę, bym spokojnie usnęła. Nie mogłam zasnąć z tego powodu, iż zawsze spałam sama. A tu nagle mam spać z kimś?! To dla mnie trudne.
-Wolałabym spać sama.- Odparłam.
-Nie mam drugiego łóżka, a też chcę sobie poleżeć..- Tłumaczył się Jeff.
-No dobra.. - Odwróciłam się w jego stronę, z bliska spojrzałam na jego twarz-Przynieś apteczkę na chwilę..
-Eee, a co to? - Zapytał.
-Takie coś czerwone z białym krzyżem na środku.- Wytłumaczyłam.
-Aaaaaa, zestaw lekarza.- Objaśnił Jeff po swojemu.
Wyszedł z kanapy i przyniósł mi nietkniętą apteczkę. Podniosłam się, otworzyłam ją. Nalałam trochę wody utlenionej na wacik i przyłożyłam mu do zakrwawionego policzka. Nawet nie zauważyłam, kiedy Toby mu przywalił siekierką po twarzy. Eh, to podłe.
Opatrzyłam jego rany. Gdy ten nagle palnął.
-Co powiesz na spacer?
-He?- Odpowiedziałam zdziwiona.
-Na spacer, najlepiej po plaży. Tylko musisz się ubrać.
Zdziwiona jego zachowaniem przyglądałam mu się. On wstał, założył bluzę i spodnie, poprawił włosy i czekał aż się ubiorę. Wstałam więc, wyciągnęłam z torby pierwsze lepsze ubrania. Były to :

  • koszulka w paski (granatowo szara) 
  • spodenki jeans'owe.
Przyodziana czekałam na jego reakcję. Ten w mgnieniu oka przeniósł nas na dziką plażę. Złapał za rękę i poprowadził wzdłuż plaży.Było bosko. Słońce świeciło tak jasno, jak jeszcze nigdy. Było straasznie gorąco. Fale obijały się o brzeg. Stanęłam jak wryta, rozpuściłam włosy, by poprawić ich splot w koka, jednak Jeff podszedł do mnie od tyłu, wyrwał mi gumkę i wyrzucił. Poprawiłam więc włosy zostawiając rozpuszczone. On objął mnie od tyłu, położył głowę na moim ramieniu i patrzył na mnie. Spojrzałam mu w oczy i... 





Muzyka akurat do ostatniego fragmentu :) 
↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓
https://www.youtube.com/watch?v=ZemMpJmV6aA

~/Eme ♥